Zachód, a zwłaszcza Europa Zachodnia krwawią, tracąc siły oraz swój nieodparty przez setki lat urok. To jest sednem zmian, zachodzących także w Polsce. Moc przyciągania Zachodu słabnie i dlatego Rafał Trzaskowski przegrał wybory. Nie wierzycie? To posłuchajcie.

Reklama

"Drodzy państwo, to właśnie Polki i Polacy w całej Polsce stworzyli nadzieję. Stworzyli nadzieję na Polskę otwartą, uśmiechniętą, tolerancyjną, europejską" – mówił podczas wieczoru wyborczego 12 lipca Rafał Trzaskowski, najbardziej europejski kandydat na prezydenta III RP, jaki kiedykolwiek się jej przydarzył. Żaden inny nie władał angielskim i francuskim z tak znakomitym akcentem. Żaden nie prezentował się tak w garniturze, jakby od razu się w nim przyszedł na świat. O obyciu na europejskich salonach nie ma co dodawać, bo jest niepodważalne.

W swej profesjonalnie przeprowadzonej kampanii wyborczej Trzaskowski odmieniał słowo "Europa" na wszelkie możliwe sposoby. Zawsze w pakiecie z: demokracją, wolnością, tolerancją, prawami mniejszości itp., itd. Rzecz od strony ideowej niezwykle istotna podczas wyborów, które de facto były plebiscytem, pytającym Polaków - czy są za odsunięciem Prawa i Sprawiedliwości od władzy. Głosowanie na Trzaskowskiego automatycznie oznaczało odpowiedź pozytywną. Udzieliło jej jedynie 49 proc. wyborców.

Sądząc po reakcjach liberalnych elit oraz osób się z nimi utożsamiających, był to ciężki wstrząs, niemal jak zgon kogoś bliskiego. Ponieważ przy tak traumatycznym zdarzeniu pierwszymi reakcjami są szok i potępienie, z internetu wylała się fala bezsilnej frustracji. Postulaty bojkotu truskawek z Podkarpacia czy ziemniaków z przemyskiego i rzeszowskiego należały do bardziej umiarkowanych.

Pierwsze próby pocieszania się, że "tamci" mają po swojej stronie jedynie 51 proc. wyborców, okazywały się równie konstruktywne. "Do 2023 umrze ponad milion osób (419 tys. zgonów w 2019). A prawa wyborcze otrzyma ponad milion dzisiejszych nastolatków. Preferencje wyborcze w zależności od wieku znacie. PiS właśnie osiągnął swój szczyt poparcia. Teraz zacznie się powolne schodzenie z wysokiej góry" – ogłosił optymistycznie na Twitterze redaktor naczelny "Liberte" Leszek Jażdżewski. Budując strategię wyborczą na fakcie, że przeciwko prezydentowi Dudzie zagłosowało aż 64 proc. osób przed trzydziestką. W domyśle należy zaoferować młodym Polakom więcej: fajności, uśmiechu i europejskości. Zaś biologia poradzi sobie ze staruszkami (a może i koronawirus pomoże). W sumie są to bardziej konkretne pomysły niż te wysunięte w piątek w Gdyni przez Rafała Trzaskowskiego. Teraz Platforma Obywatelska zostanie przebudowana na ruch obywatelski, otworzy się na młodych, będzie bronić demokracji oraz samorządności.

W tym miejscu przychodzi na myśli coraz popularniejsze powiedzenie Alberta Einsteina: "Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów". Pasuje ono jak ulał, ponieważ od pięciu lat obóz liberalny w Polsce robi wciąż to samo. A na koniec jest tak samo wkurzony, czemu to nie działa?

Reklama

Wbrew pozorom wkurzenie da się zrozumieć, ponieważ wcześniej działało i to nieprzerwanie od 1989 r. Mówiąc jaśniej - od upadku komuny, niezależnie czy w III RP rządziła Unia Demokratyczna i koalicjanci, czy SLD z PSL, czy PO, wszystkie te stronnictwa miały na sztandarach "fajności, uśmiech i europejskość". Ba! Tak samo prezentowało się dawne PiS. Nie wierzycie? No to przypomnijcie sobie, jak na konferencji prasowej w grudniu 2005 r. premier Kazimierz Marcinkiewicz wykrzyczał "Yes, yes, yes!" po zakończeniu negocjacji w sprawie budżetu Unii Europejskiej. Albo jak prezydent Lech Kaczyński negocjował traktat lizboński. Europejska fajność pociągała z grubsza 80 proc. wyborców, a eurosceptycy wegetowali na politycznym marginesie.

Radykalne odwrócenie trendu nastąpiło w 2015 r. Nie przypadkiem zdarzyło się to w momencie, gdy Unia Europejska totalnie zawiodła podczas kryzysu emigracyjnego. Kraje południa musiały się zupełnie osamotnione zmagać z falą uchodźców, nie mogąc liczyć ani na wsparcie Brukseli, ani na solidarną pomoc państw z północy. Chaos pogłębiły Niemcy, łamiąc konwencję dublińską, dokładnie określającą, jak powinna wyglądać procedura przyjmowania emigrantów. Zręcznie wykorzystał to Jarosław Kaczyński, kładąc w kampanii wyborczej nacisk na to, że jedynie silne państwo narodowe może zapewnić swym obywatelom bezpieczeństwo. Obóz liberalny do dziś święcie wierzy, że PiS zwyciężyło dzięki obietnicom socjalnym. Zapominając o zdrowym sceptycyzmie polskiego wyborcy, który z dystansem traktował zapewnienia polityków, że dostanie coś za darmo. Owszem Prawo i Sprawiedliwość utrzymało władzę dzięki dotrzymaniu obietnic socjalnych, jednak w 2015 r. wygrało dlatego, że Unia Europejska zawiodła. Te kilka procent głosów, jakie doszły do stałego elektoratu, wzięło się nie tylko ze zmęczenia rządami PO, ale też z lęku przez zewnętrznym zagrożeniem. Unia zawiodła znów wiosną 2020 r., gdy nadciągnęła pandemia. Natomiast prawdziwe lęki dopiero przed nami.

Trwa właśnie rozpaczliwy wyścig z czasem, bo nim staje się szczyt w sprawie budżetu UE. Przy spadkach PKB w okolicach kilkunastu procent kraje południa Europy potrzebują natychmiastowego uruchomienia, uzgodnionego przez Berlin i Paryż funduszu pomocowego, zaplanowanego na kwotę 750 mld euro. Teoretycznie można go powiązać z wymogiem przestrzegania standardów praworządności. Ale na teorii się skończy i to nie tylko dlatego, że Viktor Orban zagroził wetem, a polska delegacja dyskretnie go wspiera. Przywódcy w Berlinie i Paryżu nie zaryzykują, że wielki projekt, jakim jest strefa euro zostanie złożony na ołtarzu wymuszenia modelowej praworządności w dwóch krajach Europy Środkowej. Bez szybkich wypłat z funduszu pomocowego, wraz z bankructwem krajów południa, Unia Walutowa zacznie się walić.

Dlatego straszak obcięcia funduszy dla Polski rządzonej przez Prawo i Sprawiedliwość zostanie odłożony na odleglejszą przyszłość. Od kilku lat był on dla obozu liberalnego jak przysłowiowy generał Andres na białym koniu. Ale to nie pogrzebanie nadziei, iż w końcu przybędzie może okazać się najgorsze.

Dużo poważniejsze skutki niosą ze sobą zmiany długofalowe. W roku 1989 r., gdy Polacy żegnali się z PRL, kraje Europy Zachodniej były niczym przedsionek raju. To, ile wygody, bezpieczeństwa, zamożności i wolności gwarantowały zwykłym obywatelom przekraczało wyobraźnię ludzi, którym udało się wyrwać spod rządów komunistów. Za sprawą swego potencjału ekonomicznego i kulturowego Zachód przyciągał Polaków jak wielki magnes. Ale przez ostatnie dwie dekady Europa Zachodnia powolutku się zmieniała. Klasa średnia ubożała, produkcja przemysłowa odpływała na Daleki Wschód, getta w metropoliach, pełne emigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu oraz ich potomków, rozrastały. Natomiast elity polityczne zajęte były kwestiami obyczajowymi i udawaniem, że nic złego się nie dzieje. Tak magnes powolutku słabł.

W roku 2015 r. proces przyśpieszył. Natomiast żeby zobaczyć, jak może wyglądać definitywne wyłączanie magnesu, można dla przykładu rzucić okiem na Dijon. Przeciętne miasto na środkowym zachodzie Francji, zamieszkałe przez 150 tys. ludzi. Sławne dotąd za sprawą musztardy. W połowie czerwca czeczeńskiego nastolatka pobili tam do nieprzytomności czarnoskórzy handlarze narkotyków. Jego rodzice nie skontaktowali się z policją, lecz wezwali na odsiecz pobratymców. Jak wiadomo Czeczeni to bitna nacja i bardzo rodzinna. Kilkuset z nich, uzbrojonych w karabiny maszynowe, opanowało Dijon. Jak przekazali relacjonującemu ich najazd korespondentowi BBC Mikowi Sandersowi – "białych nie ruszą". Trzeba im oddać, że dotrzymali słowa. Przez cztery dni sukcesywnie wyłapywali w Dijon tylko czarnych, następnie tłukli ich kijami bejsbolowymi do nieprzytomności. Miejscowa policja udawała, że wyjechała na wakacje. Czeczeni hasło od odwrotu dali dopiero po przybyciu specjalnych oddziałów policji z Paryża. Przy czym nie jest powiedziane, że się wystraszyli. Równie dobrze po czterech dniach maltretowania emigrantów z Maghrebu mogli poczuć się tym już ździebko zmęczeni. Pogrom w Dijon, gdy państwo francuskie na pół tygodnia utraciło kontrolę nad sporym miastem, przeszedł w Europie bez echa. Wszyscy potraktowali go jako element "nowej normalności". W tym samym czasie w metropoliach demonstranci pod hasłem "Black Lives Matter" zwalali pomniki, a serwisy informacyjne ekscytowały się liczbą zachorowań na COVID-19 w poszczególnych krajach.

To składa się na ogólny obraz narastającego chaosu. Choć przecież dopiero stoimy na jego progu. Za sprawą wpompowania gigantycznych sum w gospodarki krajów UE odczuwalne skutki załamania odsunięto na jesień. Być może nadejdą wraz z drugą falą pandemii. Jeśli nie podsyci to konfliktów ekonomicznych, społecznych i rasowym, to można będzie mówić o cudzie. Te niestety zdarzają się rzadko.

Dlatego niezależnie, jak mocno kryzys uderzy w polską gospodarkę, magnetyczny urok Zachodu może tylko słabnąć. Nawet jeśli dla większości Polaków i niemal wszystkich polskich polityków "zagranica" to pojęcie abstrakcyjne i niewarte uwagi. Zeitgeist to jest coś takiego, przed czym nawet największy ignorant nie ucieknie. Dał on PiS-owi drugą kadencję Andrzeja Dudy z dwoma procentami przewagi nad całą opozycją. Zapewnił je nie tylko socjal, lecz także przekazanie wyborcom prostej recepty na wyzwania nowych czasów. Mianowicie: spokojne życie zagwarantuje im wzmacnianie państwa narodowego, w ścisłym sojuszu z USA. Jednak w niedalekiej przyszłości ta recepta może okazać się niewystarczająca. Polska gospodarka wręcz nierozerwalnie splotła się z niemiecką i bezbolesne oderwanie od Unii jest niemożliwe. Na dokładkę USA też słabną, a Polska nie ma żadnych narzędzi, by samodzielnie powstrzymywać imperialne apetyty Rosji. W tym galimatiasie proste recepty są ułudą. Natomiast można być pewnym jednego. Jeśli za trzy lata liberalne elity pójdą do wyborów pod hasłami: fajności, wolności, europejskości plus socjal, to po głosowaniu ich wyborcom uśmiech na twarzy będą mogły przywrócić chyba jedynie elektrowstrząsy.