„Nigdy nie pozwól, aby dobry kryzys poszedł na marne” – oświadczył współpracownikom Winston Churchill w najmroczniejszym w dziejach Wielkiej Brytanii momencie jakim był początek jesieni 1940 r. Do dziś biografowie premiera Wielkiej Brytanii spierają się, czy sentencję brzmiącą w oryginale „Never let a good crisis go to waste” wymyślił sam, czy też zasłyszał ją podczas Wielkiego Kryzysu dziesięć lat wcześniej. Ale jeśli nawet Churchill nie był jej autorem i tak jak mało kto posiadał prawo, by się nią posługiwać. W końcu jego życie oraz kariera toczyły się w rytm kolejnych kryzysów.

Reklama

Cóż z tego, że będąc Pierwszym Lordem Admiralicji okazał się wielkim wizjonerem, który wytyczył kierunek modernizacji brytyjskiej floty. Dzięki czemu zachowała ona swą przewagę nad niemiecką. Zamiast tego zapamiętano mu przeforsowanie desantu morskiego pod Gallipoli. W zamyśle winien on przynieść opanowanie cieśnin Bosfor i Dardanele oraz wyeliminować Turcję z wojny. Tymczasem operacja zakończyła się katastrofą i w konsekwencji dymisją Churchilla. Gdy wrócił do rządu jako minister uzbrojenia, a następnie wojny, wbrew oporowi gabinetu wymusił rozpoczęcie prac nad bronią pancerną. To dzięki jego uporowi wojska brytyjskie zostały uzbrojone w czołgi. Jednak z ministerstwa wojny odchodził w niesławie. Zapamiętano mu wysłanie korpusu ekspedycyjnego do ogarniętej rewolucją Rosji oraz użycie gazów bojowych przeciwko zbuntowanym Kurdom.

Kolejny kryzys sam sprokurował w 1925 r., gdy jako kanclerz skarbu podjął próbę przywrócenia funtowi parytetu złota. Brytyjska waluta odzyskała stabilność, ale zbyt silna przyniosła krajowi recesję, deflację oraz falę strajków. Po swej dymisji Churchill uznał, że w polityce jest skończony. Zajął się więc inwestowaniem na nowojorskiej giełdzie. „A teraz, moja droga, muszę powiedzieć ci, że ostatnio w sprawach finansowych sprzyja mi olbrzymie i nadzwyczajne szczęście” - pisał w liście do żony pod koniec września 1929 r. chwaląc trafnymi decyzjami. „I tak w ciągu kilku tygodni uzbieraliśmy niewielką fortunę” – podkreślał. Miesiąc później - 24 października na Wall Street - Churchill stał na galerii dla vipów i bezradnie przyglądał się, jak ogarnięci paniką ludzie starają się sprzedać akcje. Tylko nikt ich nie chciał kupować. Tego dnia były kanclerz skarbu stracił wszystkie oszczędności. Musiał wrócić do Wielkiej Brytanii, by szukać pracy, bo groziła mu utrata domu.

Nie zbankrutował jedynie dzięki talentowi literackiemu. Przez następne lata utrzymywał siebie i rodzinę z honorariów autorskich, pisując do rozlicznych gazet. Aż nadszedł kolejny kryzys i najbardziej przegrany z brytyjskich polityków otrzymał kolejną szansę. Wykorzystał ją tym razem bezbłędnie i Wielka Brytania podczas II wojny światowej miała przywódcę najlepszego z możliwych. W dużej mierze dlatego, że Churchill potrafił wyciągać wnioski z poprzednich kryzysów i własnych pomyłek. Uczył się na nich, a Wielka Brytania pomimo rozlicznych słabości, znalazła się w gronie zwycięskich mocarstw. Co stanowiło najlepsze świadectwo, że poprzednie kryzysy nie poszły na marne.

Opowieść o powiedzonku Winstona Churchilla oraz jego życiowych perypetiach ściśle powiązanych z kolejnymi wstrząsami dotykającymi Wielką Brytanię, odnosi się wbrew pozorom do współczesnej Polski.

Rzecz idzie o los państwa, które staje w obliczu serii szybko następujących po sobie kryzysów. Są one nieuniknione i mogą zagrozić jego egzystencji. Jednak potrafi przetrwać z racji dobrego przywództwa i uczenia się na popełnianych błędach. Tyle o Zjednoczonym Królestwie.

Wracając natomiast do Polski, to po trzydziestu latach cieszenia się „historycznym zaciszem” rzadkim w tej części Starego Kontynentu, stanęła oko w oko z pierwszym, poważnym kryzysem. A że pandemia jest wstrząsem ogólnoświatowym, nieuchronnie wygeneruje całą serię kolejnych. Temu już nie da się zapobiec. Można natomiast nie pozwolić, póki jeszcze czas, żeby pierwszy kryzys poszedł na marne.

Na razie na marne poszły letnie miesiące, które stanowiły znakomity moment, by dobrze się przygotować na nadejście drugiej fali zachorowań. No, ale przecież dla rządzących ważniejsze były wybory prezydenckie, rekonstrukcja rządu, LGBT, „piątka dla zwierząt”, konflikt Ziobry z Morawieckim, wakacje. Wyliczać, co okazywało ważniejsze niż pierwszy od trzydziestu lat prawdziwy kryzys, można dłużej. Choć da się podsumować wszystko jednym zdaniem. Jarosław Kaczyński, rząd oraz prezydent (choć ten ostatnio głównie odpoczywa) zajmowali się sobą i ewentualnie opozycją. Stronnictwa opozycyjne zajmowały dla odmiany PiS-em oraz przede wszystkim sobą. Do zajmowania się krajem nikt jak zwykle nie miał głowy.

Tegotygodniowa pobudka z ręką w nocniku wszystkich zaskoczyła i wiele wskazuje, że to dopiero początek niemiłych niespodzianek. Wprawdzie na razie, wraz z pierwszą falą paniki w mediach i służbie zdrowia, uwaga skupiona jest na błyskawicznym wzroście liczby zachowań, ale wkrótce do tego przywykniemy. Fenomenalność natury ludzkiej opiera się na nadzwyczajnych zdolnościach adaptacyjnych. Po chwilowym szoku niezależnie, czy dziennie będzie przybywać w Polsce 4 tys., czy 14 tys. przypadków COVID-19 i tak do tego przywykniemy. Podobnie jak do informacji o rosnącej średniej zgonów. Gorzej z przyzwyczajaniem się do radykalnych obostrzeń, rosnącego bezrobocia i nieuchronnego spadku poziomu życia. Najmniej zaś akceptowalna w momentach kryzysowych bywa nieudolność rządzących. No chyba, że zaczynają jak Churchill, wyciągać wnioski z popełnianych błędów. Na co jednak się nie zanosi.

Wynika to w dużej mierze z modelu politycznego, jaki ukształtował się w Polsce po 2005 r. Opiera się on na prostych, a jednocześnie znakomicie sprawdzających się w spokojnych czasach rozwiązaniach. Mamy dwa wrogie obozy i trochę politycznej drobnicy między nimi. Oba nieustannie szczują swych wyborców na siebie, pogłębiając polaryzację. W efekcie cieszą się posiadaniem bardzo licznych, twardych elektoratów. Stanowią one wygodny fundament, bo dają partii gwarancję przetrwania po przegranych wyborach oraz nadzieję na przyszłe zwycięstwo. Bez nieustannego pogłębiania polaryzacji ryzykuje się topnienie twardego elektoratu. Tyle w wielkim uproszczeniu o systemie politycznym III RP, który wspólnym wysiłkiem zbudowali Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Jego głównym felerem jest to, że w kryzysowych czasach zamiast stabilizować państwo systematycznie niszczy wszystko, co je scala.

Logiczną konsekwencją tego systemu było parcie prezesa Kaczyńskiego za wszelką cenę do korespondencyjnych wyborów prezydenckich 10 maja. Po nich połowa obywateli uznawałaby je za sfałszowane. Co nie tylko odebrałoby prezydentowi legitymizację do sprawowania urzędu, ale też znakomicie podsyciło wszelkie konflikty wewnętrzne na progu drugiej fali epidemii. Jednym słowem otrzymalibyśmy wreszcie polaryzacja doskonałą. Na mały cud zakrawa, że wypadki potoczyły się inaczej. Ale jeden szczęśliwy traf wiosny nie czyni, ponieważ gołym okiem widać, że obóz władzy niczego w obecnym stanie rzeczy nie zamierza zmieniać. Polska jest więc krajem, gdzie nie ma możliwości osiągnięcia konsensusu politycznego przez władze i opozycję wokół żadnego celu, który można uznać za istotny dla jej przyszłości.

Żeby było śmieszniej nie ma takich problemów wobec spraw drugorzędnych, za to nośnych medialnie, jak nieszczęsna „piątka dla zwierząt”. Nota bene bunt rolników, jaki udało się tak sprokurować, znakomicie ukazuje czym kończy się polityczna zabawa z zapałkami w nowych czasach (a stojący na czele komitetu do spraw bezpieczeństwa wicepremier je tak lubi). Gdy rządzący biorą się za rzeczy konfliktogenne, to z racji narastających w społeczeństwie frustracji i leków, już nie skończy się na nieśmiałych protestach. Gdy jest kryzys, wszystko idzie na ostro. W takich okolicznościach spolaryzowane państwo z natury swej podsycające konflikty, którego elity władzy nie uczą się na kryzysach, musi się posypać. Niestety wszystkim na głowy.