Pierwsza patologia nawiązuje do starych tradycji. Dla porządku można nadać jej nazwę: „polityki zagranicznej w stanie krańcowego rozproszenia”. Czyli każdy, kto chce coś na polskiej scenie politycznej znaczyć, prowadzi własną. Szukając sojuszników w ościennych stolicach, lub nieco dalej. Tę tradycję wykuwały od XVII wieku kolejne rody magnackie. Ród Mniszchów, wspierając Dymitra Samozwańca, pchnął Rzeczpospolitą w 1607 r. do wojny z Rosją. Dziesięć lat później Wiśniowieccy i Potoccy, próbując uszczknąć dla siebie co nieco w Mołdawii, sprowokowali Turcję do najazdu na Polskę. Nie minęły trzy dekady i Radziwiłłowie zawarli sojusz ze Szwecją, by podczas „potopu” wykroić dla siebie z Rzeczpospolitej własne państwo. Potem było jeszcze gorzej. Każdy z kilkunastu wielkich rodów, które nieustannie konkurowały o wpływy, prowadził własną politykę zagraniczną. Wierząc, że dzięki wsparciu: Petersburga, Wiednia, Berlina czy Paryża, zdominuje pozostałe.

Reklama

Poza tym relacje z ościennymi państwami próbowali we własnym zakresie układać: król, kanclerz, dwaj hetmani (Wielki Koronny oraz Wielki Litewski). Porządek w tym chaosie zaprowadziła dopiero caryca Katarzyna II, mianując swym posłem w Warszawie Nikołaja Repnina. Ten zmusił Sejm do przyjęcia Traktatu Gwarancyjnego legalizującego stałą obecność na terenie Rzeczpospolitej rosyjskiego korpusu liczącego 40 tys. żołnierzy. Gdy zaś młody Seweryn Rzewuski ogłosił protest, Repnin nie bawił się w negocjacje, lecz kazał żołnierzom zapakować przywódcę opozycji wraz ze współpracownikami do kibitki. Pięć lat pobytu w Kałudze nauczyło Rzewuskiego pokory, a jego los to samo uczynił z resztą magnaterii. Od tego momentu jedyną zagraniczną stolicą, gdzie możne rody szukały wsparcia, był Petersburg. Jaki przyniosło to efekt końcowy, chyba nie trzeba przypominać.

Drugą patologię można nazwać: „polityką zagraniczną pod wpływem mitomańskiego myślenia życzeniowego”. Jej twarzą był płk Józef Beck. Jako że II RP usiłowała unikać błędów przodków, dbano żeby monopol na sprawy międzynarodowe zawsze utrzymywał jeden ośrodek władzy. Od połowy lat 30. niepodzielnie rządził nimi Józef Beck, próbując na różne sposoby wcielić w życie swą idee fix, jaką było Międzymorze. Nie oglądając się przy tym na fakty. Te jasno mówiły, iż cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Z powodu konfliktów o bieg granic permanentną wrogość Polsce okazywały Czechosłowacja i Litwa. Drugi z potencjalnych filarów Międzymorza – Węgry - znajdowały się w stanie niewypowiedzianej wojny ze wszystkimi sąsiadami, którym za sprawą traktatu w Trianon przypadły w 1920 r. węgierskie ziemie. Wbrew temu,

Beck uparcie trzymał się absurdalnych założeń. Jego życzeniowe myślenie szczytowy punkt osiągnęło w roku 1938. Choć egzekucja Czechosłowacji, jaką zaplanował wówczas Hitler, oznaczała dla Polski znalezienie się w beznadziejnej sytuacji geopolitycznej, polski minister spraw zagranicznych robił co mógł, żeby to przyśpieszyć. W efekcie Niemcy zyskali możność uderzenia na Rzeczpospolitą także wzdłuż całej południowej granicy. Od tego momentu skuteczne prowadzenie wojny obronnej przestało wchodzić w grę. Beck zyskał wspólną granicę z Węgrami. Ale w Budapeszcie nikt na poważnie nie brał pod uwagę sojuszu z Polską. Natomiast decyzja o zbliżeniu z III Rzeszą stawała się już tylko kwestią czasu. Sytuacja II RP pod koniec lat 30. przedstawiała się fatalnie, a człowiek kierujący jej polityką zagraniczną uczynił bardzo wiele, żeby stała katastrofalna.

W przypadku III RP doszliśmy właśnie do momentu, gdy mamy do czynienia jednocześnie z polityką zagraniczną rozproszoną i mitomańską.

W odniesieniu do „rozproszenia” to dla porządku wyliczankę należy zacząć od rządzących. Teoretycznie za prowadzenie bieżącej polityki zagranicznej odpowiada MSZ. Teorię w praktykę usiłował wcielać Witold Waszczykowski, lecz po kilku kompromitujących porażkach i wypowiedziach najpierw został ubezwłasnowolniony, a potem zwolniony. Jego następca - Jacek Czaputowicz - otrzymał tekę ministra spraw zagranicznych, bo nie wypadało pozostawić tego stanowiska bez obsady. Nikt nie traktował go poważnie, nawet podwładni w ministerstwie. Wreszcie Mateusz Morawiecki na wszelki wypadek częściowo ubezwłasnowolnił MSZ, powierzając prowadzenie polityki zagranicznej na terenie UE ministrowi do spraw Unii Europejskiej - Konradowi Szymańskiemu. A że premier wykazuje tendencje, żeby wszystko robić osobiście, gdy na Białorusi zbuntowali się obywatele, wziął na siebie polityką wschodnią. Kilka lat temu usiłował ją prowadzić prezydent Duda, lecz po wizytach w Kijowie, kiedy Ukraińcy zademonstrowali, że bardziej liczą się ze zdaniem Berlina, zupełnie się do tego zniechęcił. Zresztą po wyborach prezydent wykazuje zniechęcenie do przemęczania się czymkolwiek.

Reklama

Oczywiście ośrodek prowadzenia polityki zagranicznej znajduje się na Nowogrodzkiej. Przy czym prezes Kaczyński angażuje się w nią niechętnie, skupiając się na dyscyplinowaniu premiera i ministrów, żeby w niczym nie ustępowali Brukseli oraz Berlinowi.

Prywatną politykę zagraniczną prowadzi Zbigniew Ziobro. W tym przypadku nadrzędnym celem jest sprokurowanej takiej afery w relacjach z Unią i USA, po której Morawicki już się nie pozbiera. Im bardziej staje się widoczne, że Jarosław Kaczyński widzi w premierze swego sukcesora, tym desperacja ministra sprawiedliwości, by użyć zagranicy jako młota na znienawidzonego konkurenta, wydaje mocniejsza.

W tym chaosie nie sposób dostrzec, co rządzący chcą osiągnąć na arenie międzynarodowej dla Polski. No może poza nieustającą miłością ze strony Ameryki. Ale ilekroć ambasadoressa Mosbarcher zasiada do Twittera okazuje się, iż miłość ta jest bardzo warunkowa.

Czego chce, wie opozycja rozpaczliwie pragnąc, żeby PiS wreszcie stracił władzę. Jako, że wygrywanie wyborów nadal okazuje niemożliwe, a obywatele nie palą się do masowego wychodzenia na ulice, jedynym skutecznym narzędziem wydaje się polityka zagraniczna. Przy czym podobnie, jak w przypadku obozu władzy, jest ona kompletnie rozproszona. Własną uskutecznia Platforma Obywatelska i jej europosłowie. Niektórzy z nich, jak Róża Thun czy Radosław Sikorski, wykazują się przy tym dużą nadaktywnością i samodzielnością. Na własną rękę politykę zagraniczną prowadzi Donald Tusk, dla którego funkcja przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej (EPL), stała się narzędziem służącym do podejmowania prób wpływania na politykę krajową. Acz prawdziwym objawieniem tego sezonu okazuje się Sylwia Spurek. Europosłance marzy się, że przy pomocy Komisji Europejskiej oraz Parlamentu Europejskiego nawróci Polaków na weganizm oraz wszystkie najnowocześniejsze ideologie tego świata. A przy okazji pogoni PiS.

Jakby było mało, własne polityki zagraniczne prowadzą samorządy. Znakomitym tego przykładem w tym tygodniu jest prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Desperacko zabiegając o sympatię niemieckich mediów i polityków zaserwowała słuchaczom Deutschlandfunk mrożące krew w żyłach opowieści o III RP, przekształcającą się w III Rzeszę. Najpewniej będzie to oznaczało rychłe uruchomienie sieci obozów koncentracyjnych wyposażonych w krematoria i komory gazowe (wiadomo dla kogo), a w odleglejszej przyszłości być może najazd na Rosję.

W tym teatrze absurdów nikt nie baczy na długofalowe skutki własnych poczynań, a krótkoterminowe cele uświęcają wszelkie środki. Wszystko zaś podane jest w oparach mitomanii „a’la Józef Beck”.

Obóz władzy niezłomnie wierzy w sojusz z USA, dla którego nie trzeba szukać żadnej alternatywy. Równą naiwnością odznacza się opozycja, przekonana o tym, że w UE obowiązują jedynie czyste intencje, a głównym cele polskiej polityki zagranicznej powinno być polubienie nas przez wszystkie kraje w Europie. Co akurat nie jest takie znów trudne. Wystarczy wesprzeć Niemcy w budowie Nord Stream 2, a Francję w dalszym ograniczaniu swobodnego przepływu usług i pracowników na obszarze UE (nawet jeśli trupem padną wszystkie polskie firmy transportowe). Kraje południa da się pozyskać zapraszając do siebie nielegalnych emigrantów z pękających w szwach obozów przejściowych. Na deser pozostanie jeszcze zdobycie sympatii Rosji. I z tym sprawa jest prosta. Dość poprzeć roszczenia Kremla względem Białorusi i Ukrainy oraz przeprosić za wspólne z Adolfem Hitlerem wywołanie II wojny światowej. Na koniec nie należy tylko się dziwić, gdy wszyscy obdarowani takim pociskiem miłości poproszą Polaków o dokładkę.