Cała historia, jako żywo przypomina zabawę w kotka i myszkę. Przy czym to mysz usiłuje dopaść kota, a on ze względów: politycznych, wizerunkowych i historycznych nie chwyta jej za gardło (jak to dawniej bywało), lecz zręcznie odskakuje. Ewentualnie odsuwa łapką natręta w kąt, pokazując z wrodzoną wyższością, gdzie jest miejsce dla grzecznych myszy. W polityce historycznej RFN nie ma bowiem miejsca na upamiętnienie zbrodni popełnionych na Polakach podczas II wojny światowej, ponieważ Berlinowi taki ruch zupełnie się nie opłaca.

Reklama

Polska jest zbyt bliskim i dużym sąsiadem, żeby dobrowolnie dać Warszawie do ręki narzędzie, którego mogłaby używać do wpływania na niemiecką politykę. To byłoby zupełne sprzeczne z pragmatyzmem. On zaś nie pozwala traktować ofiar wśród ludności polskiej na równi z żydowskimi.

Stworzona przez kanclerza Konrada Adenauera strategia pojednania z państwem Izrael oraz organizacjami żydowskimi wymagała przyznawania się do zbrodni, karania winnych, upamiętniania ofiar oraz wypłacania ogromnych sum (i płacone są nadal), jako zadośćuczynienia. Dzięki żelaznej konsekwencji w realizacji pojednania państwo niemieckie przestało budzić śmiertelny strach w Europie, uzależniło od swych dotacji żydowskie organizacji, nawiązało partnerskie relacje z Izraelem, a do niedawna mogło liczyć w Waszyngtonie na przyjaźń wielu lobbystów.

Acz może największym sukcesem jest stopniowe rozwodnienie w oczach światowej opinii publicznej odpowiedzialności za Holocaust. Przecież Żydów mordowali nie tylko Niemcy. Robili to też polscy szmalcownicy oraz uczestnicy pogromów. To, plus fakt lokalizacji większości obozów zagłady na polskich ziemiach, pozwalają coraz łatwiej spychać odpowiedzialność na barki nacji, która wprawdzie znalazła pod okupacją, lecz także ma zbrodnie na sumieniu.

Dla dzisiejszych Niemiec nie stanowi problemu uczciwe upamiętnianie skazanych w III Rzeszy na zagładę: Romów, homoseksualistów, czy osób chorych psychicznie. To pozwala eksponować dbałość o prawa wszelkich mniejszości. Nie jest problemem przypominanie o eksterminacji wziętych do niewoli czerwonoarmistów. Właściwie jedyny kłopot to jak zwykle Polacy.

Rozczarowany ich butną postawą Hitler zamiast potraktować ich jak Czechów, czy Francuzów, już w sierpniu 1939 r. rozkazał generałom, by żołnierze prowadzili z nimi „wojnę totalną”. Mordując cywili bez względu na płeć i wiek. Potem okupację rozpoczęto od wyrżnięcia elit, by następnie zacząć wcielać w życie Generalplan Ost. Wedle jego założeń pogłowie dawnych obywateli II RP winno ulec redukcji o jakieś 20 mln istnień. Zbyt szybki koniec wojny sprawił, że licznik zatrzymał się na 6 mln. Z czego trzy miliony byli to obywatele pochodzenia żydowskiego. Ci z obecnego punku widzenia rządu Niemiec są ofiarami, w które warto inwestować. Reszta to kłopotliwy balast. O nim elity polityczne wolałby zwykłym Niemcom nie przypominać. Choćby dlatego, że wówczas rodziłoby się pytanie, czemu III RP nie ma partnerskich przywilejów, jakimi cieszy się Izrael?

Jedyny kłopot Berlina polega na tym, iż po dekadach ostentacyjnego kajania się za rozliczne zbrodnie III Rzeszy, w przypadku polskich ofiar nie może otwarcie powiedzieć: te jedne olewamy. Stąd gra w kotka i myszkę. Polska mysz np. od lat domaga się, żeby w stolicy RFN powstał choć jeden pomnik przypominający o milionach zamordowanych Polaków. Niemiecki kot nie odmawia, tylko dale popis zwinności.

W czerwcu tego roku wydawało się, że nastąpi mały przełom i przy placu Askańskim w Berlinie powstanie instalacja artystyczna upamiętniająca zbrodnie. Ale to przyzwolenie grupa posłów CDU/CSU i SPD natychmiast uzupełniła projektem rezolucji wzywającej Bundestag, żeby obok pomnika powstało centrum dokumentacji dotyczące wszystkich ofiar wojny. No bo przecież każda ofiara jest równie ważna. W tejże rezolucji – jak donosiło „Deutsche Welle” – „podkreślono dotychczasowe osiągnięcia Niemiec w rozliczaniu się z przeszłością, a jednocześnie przyznano, że niektórym grupom ofiar poświęcono dotąd mniej uwagi. W pierwszej kolejności wymienia się prześladowanych świadków Jehowy”. Na szczęście nieco dalej w kilku okrągłych i uprzejmych zdaniach wspomniano także o martyrologii Polaków.

Co ciekawe, nie byłoby to jedyne centrum dokumentacyjne w okolicy polskiego pomnika, bo Związek Wypędzonych chce wznieść własne. Poświecone oczywiście niemieckim mieszkańcom wschodnich ziem III Rzeszy, nad którymi po II wojnie światowej znęcali się Czesi oraz przede wszystkim Polacy. Jednak prawdziwa wisienka na torcie upamiętniania pojawiła się na początku tego tygodnia. Jest nią projekt wzniesienia przy placu Askańskim wielkiego Exilmuseum. Owo Muzeum Emigracji zajmowałoby się przypominaniem o losach pół miliona niemieckich obywateli deportowanych lub zbiegłych z III Rzeszy.

W końcowym kształcie wokół pomnika poświęconego polskim ofiarom wyrosłyby gmaszyska, w których zwiedzający dowiedzieliby się jak wszystkie narody (także niemiecki) cierpiały podczas II wojny światowej, a także po niej. Bo przecież rząd Polski Ludowej (nota bene za zgodą mocarstw alianckich) skonfiskował nieruchomości 3,5 mln Niemców, a ich samych wysiedlił. Nadal też nie uzgodniono wyglądu samego pomnika. Można domniemywać, że inspiracją dla twórcy okaże się któryś z wrocławskich krasnali, ponieważ nie rozmiar decyduje o artystycznej wartości dzieła.

Jednak z całym szacunkiem dla krasnali, ten w Berlinie nie ma już najmniejszego sensu. Niczego lepszego nie należy się też spodziewać. Zwłaszcza, że polska strona od dekad ustawia się w roli bezbronnej myszy. Zaniedbano bowiem rzecz oczywistą, jaką jest muzeum, a zarazem centrum dokumentacji w całości poświęcone zbrodniom popełnionym podczas II wojny światowej przez Niemców na obywatelach Rzeczpospolitej. Owszem upamiętnia się to w Polsce na każdym kroku. Tyle tylko, że ilość nie przechodzi w jakość.

Wszędzie na Zachodzie symbolami niemieckich zbrodni na ludności cywilnej są: czeska wieś Lidice oraz francuska Oradour-sur-Glane. W obu zamordowano po ok. 600 ludzi. Na tym martyrologia czeskich i francuskich wsi w zasadzie się kończy, bo niemiecki okupant nie przesadzał z brutalnością. O tym, że w Polsce historycy doliczyli się ok. 230 wsi wyrzniętych w pień jak Lidice nie wie na Zachodzie nawet większość historyków. Podobnie rzecz się ma z: likwidacją polskich elit, rzezią Woli, czystkami w Wielkopolsce, wybiciem Polaków w Bydgoszczy itp., itd.

Reklama

Skuteczną pracę nad zmianą stanu wiedzy można zacząć od stworzenia centrum równie atrakcyjnego i prężnego jak Muzeum Powstania Warszawskiego. Już tylko jego budowa postawiłaby niemieckiego kota w niezręcznej sytuacji. Ta konfuzja rosłaby z każdym tysiącem zagranicznych turystów mogących zapoznać się z prawdą.

Niestety owa idea zapewne pozostanie tylko w sferze marzeń, bo zderza się z codziennymi realiami. A są one takie, że cała polska polityka historyczna to niekończące się fajerwerki impotencji, połączone z partyjną pralnią grosza publicznego.

Muzeum Bitwy Warszawskiej, które miało powstać na setną rocznicę triumfu jak było szczerym polem, takim jest. Pomnika nie było i nie będzie. Okrągłe rocznice związane z odzyskaniem niepodległości, czy też rokiem 1920 tylko zaskakują rządzących. Budżety IPN, Polskiej Fundacji Narodowej oraz innych instytucji, mających jakoby kreować politykę historyczną i dbać o wizerunek Polski (liczba takich placówek stale rośnie), to grubo ponad pół miliarda złotych. Jedyne, co im dobrze wychodzi, to zapewnienie godziwego życia ludziom związanym z obozem władzy oraz ich krewnym i znajomym. Od lat nie udaje się stworzyć nic trwałego, co mogłoby wpływać na wiedzę zagranicznych odbiorców. Jedyny godny uwagi wyjątek, to przywrócenie pamięci o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ. Być może przywraca się ją tak zaciekle, bo współpraca brygady z niemiecki okupantem pod koniec wojny prezentowała się wręcz wzorcowo.

Na deser zaś serwuje widowiska rocznicowe transmitowane przez TVP, będące „misiem na skalę naszych możliwości”. Do czego służą takie „misie”, każdy miłośnik filmów Stanisława Barei dobrze wie.

Dlatego niemiecki kot nie musi się specjalnie wysilać, by trzymać zidiociałą mysz w kącie. A gdy ta ustami posła Mularczyka wspomni o bilionie dolarów reparacji wojennych (taką kasę obiecano nam już cztery lata temu) nie zacznie chichotać jedynie dlatego, że koty po prostu nie mają poczucia humoru.