Wpis Pawłowicz o transpłciowym dziecku to w Polsce nie jakieś ekstremum

Reklama

Głośny wpis na Twitterze prof. Krystyny Pawłowicz, który wywrócił do górny nogami życie dziesięcioletniego dziecka, to w Kraju nad Wisłą wcale nie jakieś ekstremum. Ot sędzia Trybunału Konstytucyjnego, doktor habilitowany nauk prawnych, do niedawna polityk rządzącej partii, osoba wpływowa, na samym szczycie hierarchii społecznej, postanawia użyć dziecka, jako narzędzia w walce ideowej. CZYTAJ WIĘCEJ TUTAJ>>>

Zrobiła tak bez cienia refleksji, jak niszczące skutki dla malucha może to przynieść. Symptomy posiadania sumienia pojawiają się u pani sędzi dopiero wówczas, gdy od oburzenia zapłonęły media społecznościowe. A to groźne bywa nie tylko dla każdej osoby publicznej, ale też notowań partii, za jaką jest ona związana. W tym momencie nastąpiło skasowanie wpisu i przeprosiny, które już niczego nie naprawią, bo prywatne życie dziecka oraz jego rodziców stało tematem publicznym. Jeśli jeszcze, w imię obrony przed prawicą, na sztandary weźmie malucha lewica, to resztki nadziei na powrót do anonimowej egzystencji, prysną.

Dzieje się tak pomimo powszechnych wyrazów współczucia. Bo przecież wszyscy dorośli zgadzają się (jak rzadko ponad politycznymi podziałami), że dzieci są bezbronne, więc należy je otaczać opieką, chronić, dbać o nie, a nawet kochać. Próżno szukać, by ktoś temu głośno zaprzeczał przekonując, że należy postępować odwrotnie. Chronić dzieci nakazuje społeczeństwu spuścizna kulturowa Zachodu, wywodząca się z myśli chrześcijańskiej oraz idei filozoficznych przekonujących, iż to jak traktujemy najsłabszych, jest świadectwem mówiącym najwięcej o nas samych.

Katastrofa "Titanica" i... kody kulturowe

Kody kulturowe mają olbrzymie znaczenie. Odwiedzający Państwo Środka w XIX w. Brytyjczycy z zaskoczeniem odnotowywali, że gdy tonął statek, to Chińczycy do szalup w pierwszej kolejności ładowali starców, następnie mężczyzn w sile wieku. Jeśli zostawało jakieś wolne miejsce zezwalano ratować się kobietom i dzieciom. To obrazowało konfucjańską hierarchię ważności jednostek w społeczeństwie. W przypadku, gdy szedł na dno okręt brytyjski żaden szanujący się dżentelmen nie mógł wejść do szalupy, jeśli na pokładzie było choć jedno dziecko oraz kobieta. Gdyby to zrobił, nikt by mu tego do końca życia nie wybaczył. Presja społeczna była przeogromna. Dlatego, kiedy w kwietniu 1912 r. tonął „Titanic” pasażerowie płci męskiej, zwłaszcza z kajut pierwszych klas, masowo poszli na dno. Choć przecież mogli bez trudu wywalczyć sobie miejsce w szalupach. Żona pochodzącego ze Szkocji milionera Waltera D. Douglasa, ciągnęła go w stronę nadal pustawej, ale ten wyrwał się jej. Musze pozostać gentelmanem! – oświadczył na pożegnanie. Jeden z najbogatszych wówczas ludzi w Ameryce wolał utonąć niż wstydzić się, że uległ pokusie złamania zasad.

Reklama

Powyższe przykłady dobrze obrazują, co znaczy siła kodu kulturowego oraz nieformalnej grupowej presji, określającej zasady zachowań jednostek. Zwłaszcza, gdy one same wierzą, że postępują słusznie i jest to dla nich powód do dumy. Obserwację tę warto przyłożyć do tego, na co przywala w Polsce w odniesieniu do dzieci opinia publiczna, a także elity rządzące i opiniotwórcze.

Kroniki kryminalne

Pierwszym dobrym probierzem są kroniki kryminalne, czyli dostępne dla każdego wiadomości o bulwersujących zbrodniach. Jeśli sprawca zgwałci, a następnie będzie tak długo bił i maltretował ofiarę aż ona umrze, zazwyczaj za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem sąd orzeka dożywocie. No chyba, że jest to kilkuletnie dziecko. Ostatnio w przypadku zadręczonego w ten sposób trzylatka Sąd Apelacyjny w Łodzi zmniejszył sprawcy wyrok z 25 do 15 lat więzienia. A bywały już i łagodniejsze orzeczenia w podobnych sprawach.

Generalnie polski wymiar sprawiedliwości działa wedle następującego schematu. Gdy dziecko jest maltretowane przez bliskich, sąd rodziny ustanawia kuratora. Ten niewiele może, więc zachowując się racjonalnie udaje, że nic nie widzi. Torturowanie dziecka trwa do momentu zgonu. Ten nagłaśniają media, z wielką dbałością o przybliżenie odbiorcom najbardziej drastycznych szczegółów. Opinia publiczna przez trzy, cztery dni, żąda głów sadystycznych dewiantów, po czym traci zainteresowanie tematem. Mija sporo czasu, bo sądy w III RP są wiecznie nierychliwe i orzekający sędzia uznaje, że „dziecku i tak życia się nie przywróci”. Po co więc niszczyć je krewkiemu rodzicowi (opiekunowi) i jednocześnie przeciążać system penitencjarny? Zapada w miarę łagodny wyrok, za dobre sprawowanie skracany potem o połowę. Biorąc za punkt odniesienia skazanie na 1,5 roku więzienia mieszkańca Białegostoku, który zrzucił psa na beton z 8 pięta, to w polskim wymiarze sprawiedliwości dziecko jest zdefiniowane jako stan pośredni między psem a człowiekiem. Do jakiego zwierzęcia mu najbliżej zapewne uda się dostrzec na podstawie orzecznictwa w kolejnych latach.

Obietnice, obietnice...

Ten stan rzeczy oburza co kampanię wyborczą polskich polityków (także ponad podziałami). Jednak oburzenie to nie przekłada nawet na stworzenie systemowego rozwiązania, umożliwiającego trwałe odizolowanie pedofilów- recydywistów od potencjalnych ofiar. Za rządów Donalda Tuska obiecywano ich chemiczne kastrowanie. Potem minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro organizował Rejestr Sprawców publicznie dostępny w Internecie. Jeśli jakiś dzieciak regularnie do niego nie zagląda, by zapamiętać kogo powinien unikać w drodze ze szkoły, a następnie pada ofiarą pedofila, to sam jest sobie winien.

Choć i tak jest to przyjaźniejsze podejście do maluchów od modelu funkcjonującego w polskim Kościele Katolickim. To, że seksualnych dewiantów, gdy już sobie pogwałcą w jednej parafii, po cichu przenosi do innej, zapewniając nową pulę ofiar, było publiczną tajemnica od dekad. W sumie jest nawet frapujące, że nagle jakieś trzy lata temu, wszystkim zaczęła owa kościelna tradycja przeszkadzać. Wręcz, jakby dobro dzieci miało jakieś znaczenie.

Na szczęście większość dzieci posiada w Polsce kochających rodziców, którzy się nad nimi nie znęcają i potrafią zapewnić jako takie bezpieczeństwo. Jednak co jakiś czas przychodzi moment bezradności, kiedy rządzący przypominają sobie, że dzieci w przyszłości mogą się do czegoś przydać. Platforma Obywatelska, gdy zorientowała się, że system emerytalny III RP dogorywa, postanowiła wraz z nacjonalizacją OFE przymusowo przerzucić sześciolatki do szkół. Wszystko po to, żeby szybciej wchodziły na rynek pracy. Broniących swych pociech rodziców, którzy argumentowali że przecież szkoły są niegotowe, podobnie jak programy edukacyjne, hejtowano na różne sposoby. „Przez was PiS wróci do władzy” – brzmiało główne oskarżenie.

Gdy Prawo i Sprawiedliwość zorientowało się, że wyborcom nie podobają się gimnazja, bo w mediach zyskały opinię miejsc pełnych przemocy, z ich likwidacji uczyniono ważny element programu wyborczego. Realizująca go minister Anna Zalewska zamieniła likwidację w eksterminację. Rodzice protestowali, bo oznaczała ona podwójne roczniki w liceach, a potem na studiach. Bo brakowało podstaw programowych i sensownych koncepcji prowadzenia edukacji, bo szkoły zaczęły pracować na trzy zmiany.

Broniących swych pociech hejtowano na różne sposoby. „Przez was PO wróci do władzy” – brzmiało główne oskarżenie. Rządząca partia chciała się pochwalić, że zawsze dotrzymuje obietnic wyborczych i nic nie było od tego ważniejsze. A już zwłaszcza dobro dzieci. Nieco ponad 700 tys. sztuk sprowadzono do statusu zwierzątek laboratoryjnych i będą one ofiarami eksperymentu edukacyjnego aż do dorosłości. Dopiero wówczas być może odetchną, zyskując status pełnoprawnego człowieka.

Ale poza tym w III RP gremialnie troszczymy się o dzieci i strasznie martwimy, kiedy są krzywdzone. Na szczęście rodzi się ich coraz mniej, więc zmartwień sukcesywnie ubywa.