Przychodzi Polak do seksuologia i….

Reklama

… jest bardzo zdziwiony, że zadaję mu podstawowe pytania.

Podstawowe, czyli jakie?

"Co Pan właściwie robi z emocjami?", "Jak Pan przeżywa złość?", "A jak smutek?", "Radość?".

O co jeszcze Pan pyta?

"Czy jak się Pan złości na partnerkę, to mówi jej Pan o tym?" – są też bardziej szczegółowe pytania. Mężczyzna jest tym bardziej zaskoczony, bo w żaden sposób nie łączy tego – i tu już mówię objawami – że np. jego uzależnienie od masturbacji jest związane z tym, jak reguluje emocje. To teraz prawdziwa pandemia.

Badania naukowe potwierdzają: ok. 75 proc. mężczyzn w wieku od 18 do 30 lat ogląda pornografię przynajmniej raz w tygodniu.

To dla nich sposób na regulację napięcia emocjonalnego. Dlatego często, kiedy przeprowadzam szczegółowy wywiad, mężczyzna najpierw mówi "Wczoraj znowu było tak, że przyszedłem do domu i dwie godziny siedziałem przed telefonem i się masturbowałem". Dopiero potem zaczyna dostrzegać: "OK, tamtego dnia miałem w pracy trudną decyzję do podjęcia". Albo "Dowiedziałem się, że ktoś z mojej rodziny jest bardzo chory i trafi do szpitala". Albo "Mam konflikt z żoną". Przykłady można mnożyć.
Innymi słowy: to antydepresanty, tyle że łatwiej dostępne.

Z czym jeszcze mężczyźni do Pana przychodzą?

Z problemami z erekcją. Brakiem ochoty na seks. A także różnymi trudnościami w relacjach: z ich nawiązaniem i utrzymaniem czy np. konfliktami w związku. To jednak mniejszość.

A to się ostatnio zmieniło? Wcześniej przychodzili z czymś innym?

Nie, objawy są dosyć podobne. Za to teraz przychodzą sami z siebie. Wcześniej z delegacji żony lub partnerki. "Bo żona powiedziała". "Partnerka kazała mi przyjść". Albo "Żona mi kazała, żebym powiedział, to i to…"
Teraz sami zauważają problem. Sami szukają rozwiązania. To raz. Dwa, co zaskakuje mnie samego, jest coraz więcej środowisk, w których mężczyźni chodzą na terapię i się do tego przyznają.

Głównie osoby wykształcone, otwarte…

A skąd, wykształcenie czy zawód nie mają tu znaczenia. Przychodzi tak samo profesor z uniwersytetu, jak i górnik czy np. spawacz. I każdy z nich mówi: "Znajomy mi powiedział, bo on też chodził", "Kumpel mi mówił". Kolega, brat, ojciec….

Co się takiego stało, że nastąpiło to "pospolite ruszenie"?

Reklama

Mężczyźni pozwolili sobie na to, by się przyznawać, że nie dają rady. A to nie znaczy wcale, że nagle przestali sobie dawać radę. Tylko, że zaczęli o tym mówić głośno. Nie bez znaczenia jest i to, że media zaczęły o tym pisać. Mamy też seriale z bohaterami, którzy chodzą na terapię. Kiedyś inteligenci kojarzyli tylko: "A, tak. Woody Allen" i śmiali się, że sami będą na takiej kozetce. Ale nie! Teraz mężczyźni widzą, że inni mężczyźni tak robią. Że to im wcale nie ujmuje ani męskości, ani siły. Poza tym, jest wielu specjalistów mężczyzn, którzy się zaczęli tym zajmować. Jest ich też coraz więcej na studiach, w szkołach terapii czy na podyplomówkach…

W ślad za tym idzie też zmiana modelu męskości?

Zdecydowanie! To już się dzieje. Mężczyźni mogą być słabsi. Mogą o tym mówić. Dopuszczają, że mogą mieć problemy. I że to nie jest zastane, że można coś z tym zrobić. Dalej: mężczyźni mogą być świadomi, wrażliwi. Wielowymiarowi. Bardziej ludzcy. Podczas gdy wcześniej – powiem wprost – mężczyzna był jak cyborg. Miał być silny, bezkompromisowy, pewny siebie, zdecydowany. Zarabiać pieniądze, opiekować się domem i płodzić dzieci. Bo przecież od dziecka wychowywano go w poczuciu, że męskość to coś specjalnego, gloria ogromna, trofeum wręcz. I dlatego nie może pokazywać innych cech niż te, które wpisują się w szablon. Innymi słowy: to był model mężczyzny, który czuł, ale nie mógł czuć. Na zasadzie: mógł był smutny, ale nie mógł tego pokazywać. Mógł być zły, ale też za bardzo nie mógł tego pokazywać. Zawsze i wszędzie musiał być opanowany.
Na szczęście przemiany społeczne i industrializacja zrobiły swoje – mężczyźni przestali być jedynymi żywicielami rodziny, kobiety weszły na rynek zawodowy…

Mimo to nadal aktualne pozostaje pytanie: jak wychowywać młode pokolenie?

Najkrócej mówiąc: pozwalać dzieciom na różnorodność, na ich własne wybory. Nie tylko na te zdeterminowane przez stereotypy.

Do jakiego stopnia?

Weźmy konkretny przykład: jeśli chłopiec chce się przebrać za księżniczkę – jak bohater książki "Mój cień jest różowy" Scotta Stuarta – to oczywiście, że jestem na tak! Chodzi o to, by wyjść z pozycji dziecka, czyli od tego, co ono chce. A nie tak, że ma się nauczyć: jak samo czegoś chce, to jest to od razu złe.

Tyle, że nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której chłopiec-księżniczka przychodzi od przedszkola i spotyka się z kąśliwymi uwagami kolegów czy niewybrednymi żartami pedagogów. Nadal to dobre rozwiązanie?!

To, co Scott Stuart pokazuje, to oczywiście przykład idealny. Ale nawet ze swojego doświadczenia wiem, że jeśli dorośli – bo to wszystko będzie zależało od nich – zadbają o dziecko, to wszystko będzie w porządku.

Co to znaczy "zadbają"?

Pójdą z nim do przedszkola. Porozmawiają wcześniej z wychowawczynią. Z dyrekcją. Zapewnią warsztaty dla kadry pedagogicznej. Mnie osobiście już kilka razy poproszono, żebym w liceum zrobił wykład o tożsamości płciowej – pojawili się uczniowie, którzy określali się jako osoby transpłciowe. To, my dorośli jesteśmy odpowiedzialni za tworzenie tego środowiska.
Ale nie chcę tu twardo mówić, że to zawsze dobry pomysł, bo to utopia. Zawsze najważniejsze powinno być bezpieczeństwo dziecka.

Skoro już o bezpieczeństwie mowa, to jak w takim razie mądrze wspierać je w jego wyborach?

Przede wszystkim nie oceniać – i to się już powoli dzieje. Pytała Pani, co się zmieniło na przestrzeni lat: już nie mam sytuacji, a miałem je na początku kariery zawodowej, że rodzice umawiali sesję do seksuologa, bo nie wiedzieli co zrobić, kiedy chłopiec poprosił o pomalowanie paznokci. Albo, żeby go nazywać żeńskim imieniem. Szczególnie, że na tym etapie życia, nieraz nie wiadomo, czy dziecko jest transpłciowe czy nie. A może zidentyfikowało się z bohaterem/bohaterką bajki. To może mieć różne znaczenie. Najważniejsze – i o tym są książki Stuarta, bo wydał on też "Jak być prawdziwym mężczyzną" – że jeśli chłopiec chce mieć samochód-zabawkę, to jest ok, podobnie jeśli chce mieć lalkę. To też jest ok.

Czyli nie oceniać, rozmawiać. Co jeszcze?

Zapewniać, że zawsze będziemy dziecko lubić, kochać i wpierać, bo to jest najważniejsze. W książce Stuarta ojciec mówi mniej więcej tak: "Domyślam, że nie wszyscy będą cię lubić". To jest właśnie to!
Mam skojarzanie z rodzicami dzieci homoseksualnych czy transpłciowych. "Ale boję się, że oni zostaną odrzuceni przez środowisko". "Będą mieli potem problemy w szkole, w pracy" – pada wtedy często. Tymczasem jestem przekonany, że jeśli dziecko ma poczucie, że zawsze za placami ma rodziców, którzy je kochają, ma bezpieczną więź i samo czuje się bezpiecznie, to dużo lepiej poradzi sobie z tym, że ktoś go nie lubi lub ktoś będzie go szykanował.
Kolejna rzecz: upominać się o emocje. Swoje i dziecka.

Jak?

Dopuszczać do siebie fakt, że mamy różne emocje. Dwa: przyjąć, że one się pojawiają niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Trzy: nauczyć się, że stan danej emocji może być negatywnie przeżywany, ale złość – weźmy ją dla przykładu – sama w sobie jest bardzo pozytywna. To informacja, że ktoś robi coś, co nam nie pasuje. Inna rzecz, że odpowiedź na pytanie, co to jest, co mnie tak złości, wcale nie jest już taka łatwa. Ale mam prawo się zezłościć. Tak samo jest z lękiem – dzięki temu, że się boimy nie wpadamy w różne niebezpieczne sytuacje. On nam pomaga przetrwać.

To wersja dla dorosłych, łatwiejsza. A jak upominać się o emocje dzieci?

Przede wszystkim metalizować. Starać się wyobrażać, co one przeżywają i dlaczego. I oddawać im to. Jeśli dziecko plącze, wtedy rodzic może podejść i powiedzieć np. "Ojej, płaczesz, jest ci smutno". Dziecko uczy się, że jest mu smutno, jak płacze. Jak to się powtarza, to potem nie musi już tyle płakać, a w pewnym momencie samo zaczyna mówić: "Jestem smutny". "Mamo, jest mi smutno". Inna sytuacja: dziecko krzyczy: "Aaaa, babcia przyjeżdża". "Ale jesteś podekscytowany. Ale widzę, ze się cieszysz, że babcia przyjeżdża" – możemy wtedy powiedzieć. Za jakiś czas dziecko będzie już miało reprezentację tej emocji i powie: "Ale się cieszę, że babcia przyjeżdża. Ale jestem szczęśliwy". I już nie będzie musiało rozwalać rzeczy i biegać po całym domu.
My jako dorośli możemy sobie i im nawzajem bardzo pomóc, bo przecież chodzi o to, by dziecko potrafiło rozpoznawać emocje i nazywać je. A to już jest dojrzały sposób ekspresji – niewyrażanie emocji, tylko mówienie o nich.

Jak być prawdziwym mężczyzną / Materiały prasowe