Dziennik Gazeta Prawana logo

"Ofiar wśród uchodźców będzie więcej. Będą umierać kobiety, dzieci, wszyscy" [#RigamontiRazy2]

5 listopada 2021, 07:42
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Aleksandra Gulińska
<p>Aleksandra Gulińska</p>/Dziennik Gazeta Prawna
"Zdarzają nam się osoby, które mówią, że wszystko, czego by chciały, to wrócić do kraju pochodzenia, żeby ktoś je wydostał z tej matni. Niestety, najczęściej nie jest to możliwe" - mówi Aleksandra Gulińska, członkini stowarzyszenia Homo Faber wchodzącego w skład Grupy Granica w rozmowie z Magdaleną Rigamonti. 

Ratować?

Przedłużać życie. O dzień, o noc, o kilka godzin.

Dzwonią?

Cały czas. W październiku 400 zgłoszeń. Prawie wszystkie z lasu, z puszczy. To 400 trzeba pomnożyć, bo ktoś jeden dzwoni, a wokół niego z reguły jest kilku, kilkunastu albo i kilkudziesięciu innych. Dzwonią też tacy, którzy są kompletnie sami. Albo ludzie, którzy mówią, że kogoś zostawili, bo nie miał siły iść, był ciężarem, uniemożliwiał przedzieranie się przez las.

To się nazywa instynkt.

Tak, tak, instynkt przetrwania. Jeśli wiadomo, że do jednej osoby trzeba wezwać karetkę, reszta odchodzi do lasu i się chowa. W trakcie tej wędrówki zachodzi wiele procesów w grupie. Jedna osoba chce kontaktu z nami, inne się boją, więc ktoś się z nami kontaktuje, ale bez wiedzy pozostałych członków. Tu chodzi o kwestię przeżycia. Zdarzają się osoby, które do nas dzwonią i mówią, że są same, zostały pozostawione przez grupę, są ranne i nie mają siły iść. Czasami je popędzano, żeby szły szybciej, choć wszyscy wiedzieli, że są skrajnie wyczerpane albo mają złamaną nogę. W niektórych grupach ludzie nie za bardzo są w stanie się dogadać - pochodzą z różnych krajów i mówią różnymi językami. Rozmawiałam z człowiekiem, który był w lesie po białoruskiej stronie. Noc, jest sam, są dwa stopnie, on ma złamaną nogę i nie jest w stanie się ruszyć.

I zostawia się go na śmierć?

Tak, zostawia się go na śmierć. Kontaktowaliśmy się z nim w ciągu tej nocy kilka razy. No i w końcu kontakt się urwał. Nie wiem, czy mu się wyczerpała bateria w telefonie, czy po prostu umarł. „Po prostu umarł” - słyszę, jak to brzmi. To nie jest proste umieranie. To umieranie w mękach, gdzieś w lesie, w zimnie, w strasznej samotności. Jeśli jeszcze żyje, to w zasadzie tak samo jakby umarł, bo nikt go w tym lesie nie znajdzie. Dzwonienie na białoruski Czerwony Krzyż mija się z celem, bo tam nikt nie odbiera. Na jeden e-mail na dziesięć dostajemy odpowiedź, że mamy przesłać imię, nazwisko, datę urodzenia, numer paszportu tego człowieka, który w tym lesie umiera, to oni spróbują wtedy wszcząć procedurę uzyskania zgody na wjazd na teren przygraniczny. Nietrudno się domyślić, że nikt tam nie pojedzie. Takich spraw po białoruskiej stronie jest bardzo dużo.

CZYTAJ WIĘCEJ W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ">>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj