Wojna jest nieprzewidywalna. Rządzą nią przypadek i błędy w kalkulacjach. Nie jestem w stanie przewidzieć, czy kiedy będą państwo czytać te słowa, będziemy świadkami ciężkich walk w Donbasie, rosyjskiej defilady w Charkowie, a może przemówienia prezydenta Zełenskiego w odbitym Chersoniu. Pewne jest to, że rozgrywa się dziś walka o teraźniejszość i przyszłość Ukrainy. Ale nie boję się też zaryzykować stwierdzenia, że decyduje się właśnie kształt nowego europejskiego - jeśli nie światowego - ładu.

To może być koniec epoki zimnej wojny

Rosyjska napaść na Ukrainę może być cezurą, która zakończy postzimnowojenną epokę rozpoczętą wraz z Okrągłym Stołem, upadkiem muru berlińskiego i wreszcie rozpadem ZSRR. Ten okres, naznaczony legendą fukuyamowskiego „końca historii”, obecnie przemija. Co prawda w ostatnich kilkunastu latach wiele perturbacji na świecie zapowiadało kres „końca historii” - szczególnie wielki kryzys finansowy 2008 r. - ale w moim odczuciu dopiero dwutakt pandemiczno-ukraiński nie pozostawia złudzeń, że pewna era się definitywnie zamyka.
Reklama
Kilka lat temu profesor historii gospodarczej Walter Scheidel opublikował książkę „The Great Leveler” (Wielki Wyrównywacz), w której przekonywał, że wojny powodowały zwykle zmniejszanie się społecznych nierówności. Nie wiem, czy wojna w Ukrainie będzie miała podobny skutek. Sądzę jednak, że w jej wyniku nasze wyobrażenia, pojęcia i spory ulegną znaczącym przemianom. Dwie z nich będą kluczowe z perspektywy Polski: rewizja infrastruktury instytucjonalnej Zachodu, która może otworzyć przed nami niepowtarzalne dziejowo możliwości, oraz nowa logika funkcjonowania państwa, która zadecyduje o tym, czy wykorzystamy tę szansę.
Autor jest doktorem nauk ekonomicznych, adiunktem w Katedrze Stosunków Międzynarodowych UEK, głównym ekspertem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego