Tradycja, by po wygranych wojnach zaprzepaszczać możliwe korzyści, jest w Polsce długa i bogata. Zacząć można od bitwy pod Grunwaldem, po której oddano walkowerem możliwość zdobycia Malborka i likwidacji Zakonu Krzyżackiego. A zakończyć na podpisanym z bolszewicką Rosją pokoju w Rydze. Jego postanowienia bowiem nijak się miały do wcześniejszych zwycięstw pod Warszawą i nad Niemnem. Zaś polska strona dała wysłannikom Lenina nawet więcej niż się domagali.

Reklama

Stan umysłów III RP

Jeśli chce się zrozumieć, skąd się brała ta prawidłowość, wcale nie musi się czytać opasłych dzieł historyków. Wystarczy podnieść wzrok znad kart książki i rozejrzeć po mediach, a zwłaszcza tych społecznościowych. Wówczas da się dostrzec stan umysłów nie wróżący dobrze na przyszłość.

Oto w sobotę rzecznik MSZ Łukasz Jasina w programie Onet Opinie po zapytaniu prowadzącej potwierdził, iż jego zdaniem prezydent Zełenski powinien przeprosić Polaków za Wołyń, ponieważ państwo ukraińskie wciąż tego nie zrobiło. Na to bardzo emocjonalnie zareagował ambasador Wasyl Zwarycz. W swoim wpisie oznajmił, iż: „Wszelkie próby zmuszenia prezydenta Ukrainy lub Ukrainy do tego, co musimy zrobić w związku z naszą wspólną przeszłością, są niedopuszczalne i godne ubolewania”. Dalsza, łagodniejsza część wpisu - mówiąca o pojednaniu - bynajmniej nie zacierała złego wrażenia. Podobnie jak usunięcie twitta kilka godzin później i zastąpienie go próbą wyjaśnienia własnej reakcji, a także czymś przypominjącym otwarcie na dialog.

Reklama

Zachowanie ukraińskiego ambasadora sprowokowało po polskiej stronie prawdziwy wachlarz komentarzy, z których już wyziera zapowiedź przyszłej klęski zamiast szukania zwycięstwa.

Wojna o przyszłość Rzeczpospolitej

Zacznijmy od tego, że po raz pierwszy od czasów Jan III Sobieskiego i odsieczy wiedeńskiej państwo polskie znalazło się w tak luksusowej sytuacji. Wojna o przyszłość Rzeczpospolitej rozgrywa się z dala od jego granicy. W trakcie walki Polacy nie giną masowo, a ich dobytek i dorobek kilku pokoleń pozostaje bezpieczny. Również koszty ekonomiczne konfliktu dociążyły naszą gospodarkę o wiele mniej niż prognozowano.

Jakby nie dość szczęścia III RP jest członkiem koalicji mającej wszelkie szanse okazać się zwycięską. Inaczej niż podczas II wojny światowej nie pojawia się niebezpieczeństwo, że z pozycji koalicjanta Rzeczpospolita spadnie do roli ubezwłasnowolnionej ofiary. Po raz ostatni tak luksusową sytuacją Polacy mogli się cieszyć jakieś 340 lat temu.

Infantylizm i krótkowzroczność

Świadomość, jakie szanse to rodzi, powinna wręcz oszałamiać. Tyle tylko, że ona w debacie publicznej, poza nielicznymi wyjątkami, nawet nie zaistniała. Jej brak sprawia, że trudno liczyć, by okazje wręcz same pchające się do rąk, były obracane na korzyść III RP. Skutecznie temu zapobiegają przeważające w wewnętrznym dyskursie: infantylizm, krótkowzroczność, dominacja kwestii polityki wewnętrznej nad zagraniczną oraz bezrefleksyjność.

Reakcje na to, co zamieścił na Twitterze Wasyl Zwarycz, uwidoczniły wszystkie te słabości jednocześnie.

Zwykli ludzie na wpis ukraińskiego ambasadora zareagowali głównie złością i jest to normalne. Od miesięcy widzieli i słyszeli jak wielką pomoc Polska zaoferowała walczącej Ukrainie. Oczekują więc wdzięczności. Zaś słowa „przepraszamy za Wołyń” zaczęto traktować jako jej naturalny składnik. Jednakże liderzy opinii w III RP powinni potrafić nieco więcej niż zwykli ludzie. Czyli nie tylko dostrzegać oczekiwania społeczne i skupiać się na ich podsycaniu (w tym wypadku rozczarowania i złości) lub też koncentrowania się wyłącznie na tym, jak to wpłynie na krajową scenę polityczną przed wyborami. Generalnie świat wokół nas drży w posadach, a elity z prawa i lewa zachowują się nadal tak, jakby Polska była wyspą otoczoną bezpiecznym oceanem spokoju.

Dzięki temu poczuciu wśród komentatorów na prawicy mógł dominować infantylizm zmagający się z determinizmem. Jeśli idzie o zdziecinnienie to charakteryzuje je zaciekłe przekonanie, iż uzyskanie od Ukrainy przeprosin za Wołyń jest obecnie dla Polski najważniejsze. Czyli symbolika więcej znaczy niż polityka, a poczucie słuszności od dążenia do realizacji celów strategicznych.

Inna sprawa, że brak jasności, jakie cele strategiczne do osiągniecia po zakończeniu działań zbrojnych wytycza sobie państwo polskie. Ale akurat o ten fakt jakoś pretensji nie słychać. Za to wokół mnóstwo deterministów powtarzających uparcie, że wszystko musi się dla naszego kraju jak zwykle źle skończyć. Generalnie Ukraińcy okażą się niewdzięcznikami, po wojnie staną się wrogami Polski, a ich kraj odbudują Niemcy. A dlatego, że teraz nie przeprosili za Wołyń.

Na to strona liberalno-lewicowa w strusi sposób odpowiada, że po pierwsze teraz nie czas o tym mówić, a po drugie PiS podsyca nastroje antyukraińskiej, jako element kampanii wyborczej (co ciekawe jeśli idzie o punkt pierwszy rząd i media rządowe mają podobne zdanie).

Łącznie infantylizmu z determinizmem i chowaniem głowy w piasek daje końcowy efekt w postaci jednoczesnego paraliżu mózgu oraz woli. Przecież Polska ani nie zablokuje Stanom Zjednoczonym i sojusznikom możliwość dostaw zaopatrzenia na Ukrainę, ani nie wejdzie w sojusz z Rosją, ani też nie uczyni niczego innego, co od ręki pozwoliłoby uzyskać od Kijowa upragnione „przepraszam za Wołyń”. A skoro tak, to skupianie się na tym teraz (jeśli nie jest się płatnym agentem Putina) pozostaje zupełnie bezcelowym frustrowaniem siebie i wszystkich wokoło - dla samego frustrowania. Przedkładaniem satysfakcji moralnej (poczucia lepszości) nad szukaniem długoterminowych korzyści dla kraju.

Ta koncentracja na własnych odczuciach sprawia, iż brak zainteresowania dla przyczyn, czemu ukraińskiej elity polityczne zachowują się tak a nie inaczej. Nie chodzi o powielania wyobrażeń, lecz zebranie wiedzy i jej analizę. Dopiero trafna diagnozy dają możliwość myślenia o kolejnych krokach wiodących do zmiany sytuacji.

Zauważmy, że Polska jak teraz jest kluczowym zapleczem, tak w przyszłości będzie dla Kijowa bramą do świata Zachodu. Geografia decyduje, że innej bramy dla Ukrainy nie będzie. Poza tym, kiedy w końcu walki ustaną nasz wschodni sąsiad wyjdzie z nich straszliwie okaleczony i wykrwawionym. W Polsce nie zauważa się nawet tego, że w 1991 r. liczba mieszkańców Ukrainy wynosiła 51 mln ludzi, zaś dziś szacuje się, że na terenach wolnych od rosyjskiej okupacji pozostało ok. 24 mln osób.

Ukraina potrzebuje przyjaznych sąsiadów

Tak zniszczony i osłabiony kraj bardzo potrzebuje przyjaznych sąsiadów, zwłaszcza jeśli na wschodzie nadal będzie się czaiła liżąca swe rany Rosja.

Bogacąc się Polska ma pod ręką całą gamę narzędzi pozwalających na kształtowanie wzajemnych relacji tak, aby rodzima opinia publiczna uznała je za sprawiedliwe w kwestii wspólnego pamiętania - również o zbrodniach popełnionych przez UPA na polskich mieszkańcach Kresów.

Jak to się robi, nie jest żadną magią tylko normalnym elementem polityki zachodnich państw z Niemcami na czele. Tworzy się wspólne komisje, negocjuje ujednolicanie treści podręczników, dokonuje ekshumacji, stawia pomniki, finansuje fundacje propagujące przypominanie o trudnej przeszłości, funduje grandy badawcze, etc. Wachlarz „miękkich narzędzi” w polityce zagranicznej jest szeroki, ale aby one zadziałały potrzeba: ciężkiej pracy, konsekwencji i długoterminowych przedsięwzięć. Czyli nudne to i ciężkie, nie to co emocjonalny orgazm na Twitterze w sobotni weekend.

I nada to dopiero początek pracy, bo wbrew obecnym odczuciom o wiele ważniejsze od prostowania ukraińskiej pamięci historycznej, jest zadbanie, by udział w zakończonej sukcesem wojnie przełożył się na realizacje polskich celów strategicznych na niwie politycznej i ekonomicznej. Tylko jeden mały drobiazg - czy ktoś w tym kraju tak naprawdę wie jakie one są? Bo bez tej wiedzy, trudno będzie myśleć, jak chcemy wygrać pokój.