Ostatnie publiczne wystąpienia Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego były takie jak zawsze. Tusk mówił o Kaczyńskim, a Kaczyński o Tusku. Jedyne, co niezwykłe, to medialne komentarze, iż gdy Tusk mówił o rozliczaniu i pojednaniu, to wzbudzał nadzieję. Zaś kiedy Kaczyńskie się obraził, następnie obraźliwie wyraził i wyszedł, to coś nadzwyczajnego. Szukając porównania, było to tak, jakby napisać entuzjastyczną recenzję o świeżości i prekursorstwie spektaklu "Okno na parlament".

Reklama

Spektakl Kaczyński-Tusk

Farsa Raya Cooneya miała swą premierę we wrocławskim Teatrze Polskim wczesną wiosną 1994 roku. Od tego momentu nie schodzi z afiszy. Wrocław się zmienił, Polska zmieniła się nie do poznania, a świat, w jakim żyjemy, to całkiem inna rzeczywistość. Nawet reżyser spektaklu, znakomity Wojciech Pokora, zdążył umrzeć sześć lat temu. Tymczasem trzydziesty rok tydzień w tydzień aktorzy grający w "Oknie na parlament" potarzają te same dowcipy. Powoli można zacząć się obawiać, że tylko zagłada ludzkości miałaby szansę sprawić, iż sztuka przestałaby być wystawiana. Acz i to nie jest do końca pewne. Patrząc na dzieje III RP, jedynym bytem prawie tak trwałym jest polaryzacyjny spektakl Kaczyński-Tusk.

Reklama
Reklama

Jednak w jego przypadku zaczyna się pojawiać rysa, wcale niewynikająca z coraz bardziej zaawansowanego wieku obu oponentów. Chodzi o to, że po raz pierwszy od dwudziestu lat polaryzacja, jaką nieustannie w Polsce nakręcają, niekoniecznie zagwarantuje nowe sukcesy ich partiom oraz trwałe zepchniecie na margines mniejszych konkurentów.

Składa się na to kilka czynników.

Odbijanie państwa z rąk PiS-u

Zgodnie z tym, co obiecywał w kampanii wyborczej przewodniczący Platformy Obywatelskiej, nowy rząd przystąpił do odbijania państwa z rąk PiS-u. Oglądając się na prawo i konstytucję w momentach dla siebie wygodnych. W odpowiedzi prezes Prawa i Sprawiedliwości - potwierdzając, co powszechnie wiadomo na temat jego temperamentu - wydał rozkaz podwładnym, by bronili do upadłego każdej piędzi ziemi, fotela, biurka czy niedawno założonych instytutów od badania tego i owego. TVP i PAP padły, ale KRS trwa, a niektóre izby Sądu Najwyższego się okopują. W sumie punktów oporu jest tyle, że media powinny codziennie zamieszczać szczegółową mapkę, gdzie przebiega linia frontu. Zaznaczając na niej - w jakim kierunku się przesunął w ciągu doby. Tak jak to było choćby w przypadku relacjonowania trwającej prawie rok bitwy o Bachmut.

Wprawdzie ukraińska tragedia na pierwszy rzut oka nie przypomina w niczym polskiej farsy, jednak niektóre warunkujące ją mechanizmy są podobne. Obie strony były skazane na walkę do upadłego ze względów prestiżowych i propagandowych, bez oglądania się na straty. Kwestia niewielkiego znaczenia strategicznego miejscowości okazywała się sprawą trzeciorzędną. Liczył się pokaz determinacji większej niż u wroga.

Zdeterminowany też zdaje się być Donald Tusk. W swym orędziu noworocznym oznajmił: "Rozliczymy zło - to już się dzieje". Jasno wskazując kolejność priorytetów do zrealizowania, bo dopiero na następnych miejscach wymienił naprawienie krzywd oraz pojednanie. Zatem będzie Bachmut. Zwłaszcza że Jarosław Kaczyński od początku kariery uwielbiał takie bitwy, podobnie jak dzielenie świata polityki na dobro i zło (które oczywiście należy rozliczyć).

Osobisty Bachmut marszałka Hołowni

W tym miejscu pojawia się pierwszy, ciekawy szczegół. W teorii państwo i instytucje z rąk ludzi PiS-u miał przejmować rząd sformowany przez koalicję kilku partii. Natomiast w praktyce widzimy grupę polityków PO (plus jednoosobowo Adam Bodnar) toczącą walki pozycyjne z grupą polityków Zjednoczonej Prawicy. Pozostali koalicjanci, poza pechowym Szymonem Hołownią, który wdepnął w swój osobisty Bachmut z posłami Kamińskim i Wąsikiem, stoją coraz bardziej z boku.

Ani Władysław Kosiniak-Kamysz, ani Włodzimierz Czarzasty wraz ze swym otoczeniem nie pędzą z krzykiem szturmować pisowskich okopów. Oni tylko patrzą.

Dwa jelenie na rykowisku

Ogólnie wyłania nam się taki obrazek: oto na środku sceny, niczym dwa jelenie na rykowisku, próbę sił uskutecznia największa partia rządząca z największą partią opozycyjną. Z bliska przygląda się temu tłumek dziennikarzy, podniecony tak, jakby przyszedł na premierę "Okna na parlament". Nieco dalej siedzą i patrzą pozostałe partie oraz gro wyborców, nie ruszając się z miejsc. Acz z zainteresowaniem śledząc zmagania jeleni. Te tłuką się zapamiętale.

Wprawdzie PiS pozbawiony wielkiego atutu, jakim jest możność używania aparatu państwa, chciałby zaktywizować swój elektorat, żeby przybył z odsieczą, ale partyjni stratedzy znów wykazali się geniuszem, niemającym odpowiednika na półkuli północnej. Marsz poparcia zwołano w środku zimy (zapowiadana temperatura ok. 0 stopni), w środku Warszawy (oddanych tam głosów na PiS – 20,14 proc.) i w środku tygodnia zamiast w weekend. To ostatnie oznacza, że kierownictwo partyjne najwyraźniej żyje w przekonaniu, iż na PiS poza stolicą głosują tylko przedsiębiorcy, emeryci, gospodynie domowe i bezrobotni. Każda inna osoba, chcąc przyjechać na czwartkową demonstrację, musi bowiem już na początku roku wziąć dwa dni urlopu na żądanie.

To tyle w temacie genialnej strategii zadbania o frekwencję.

Trupy w szafach obu partii

Wracając do polaryzacji i ciekawych szczegółów, to kolejnymi są trupy w szafach. W farsie Cooneya wystarczył jeden, by mieć z niego masę uciechy. W polskiej rzeczywistości mamy ich całe pobojowisko. Nie powinno to dziwić, bo są one naturalnym dorobkiem każdej partii sprawującej władzę. Tu zaś mamy urobek dwóch partii z okresu 20 lat. W tym tygodniu rządzący cieszyli się, że lada dzień Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik trafią za kratki za nadużywanie władzy. Opozycja natomiast się radowała, iż trafić tam może była gwiazda poprzedniej opozycji Tomasz Grodzki. Wprawdzie eks-marszałek senatu twierdzi, że padł ofiarą spisku pisowskiej prokuratury, ale do oczyszczenia przed niezawisłym sądem w wolnej Polsce swego imienia jakoś się nie pali.

Łatwo zauważyć, iż obie zakleszczone w walce partie są zdeterminowane do wyciągania oponentom z szaf kolejnych trupów. Mamy więc gwarancję, że dostaniemy nawet po kilka tygodniowo. Te nowe i te używane. A rozkładające się zwłoki (nawet jedynie polityczne) mają to do siebie, że śmierdzą. Owszem - myśmy się na ich woń już kompletnie znieczuli. Jakiś trup z szafy tu, inny tam – na nikim nie robią wrażenia. Jednakże zapowiada się rekordowa kumulacja dwupartyjnego smrodu, przy którym nawet zapach SLD wiosną 2005 roku prezentował się ujmująco. Takie zjawisko nie może się wydarzyć ot bez żadnych późniejszych konsekwencji.

Zniesmaczenie wojną na górze

Zwłaszcza że Polacy w swej masie szybko zaczynają czuć zniesmaczenie wojną na górze. Tak przynajmniej reagowali w przeszłości. Męczyła ich nadmierna agresja polityków i wojowniczość. Tymczasem czeka ich oglądanie Bachmutu, ponieważ jak już wszystkie rubieże padną, pozostanie najważniejsza, czyli prezydent. A Jarosław Kaczyński, co by nie sądził o Andrzej Dudzie, pozostaje skazany na walkę w jego obronie do ostatniego partyjnego działacza.

Natomiast "pojednanie", o jakim wspominał w noworocznym orędziu premier Tusk, jest całkowicie niemożliwe i to nie tylko z PiS-em, ale też całym jego elektoratem. Gdyby z podobną ideą wyszedł inny polityk z rządzącej koalicji (nawet może znalazłaby się taka osoba w PO), to istniałby cień szansy, że uda mu się pojednać choć z częścią wyborców Prawa i Sprawiedliwości.

Z Tuskiem, nawet gdyby zabrakłoby Kaczyńskiego, mieszkańcy pisowskiej Polski jednać się nie będą. Zapewne i on ma tego świadomość, a wyciągnięcie ręki do zgody posłuży temu, żeby potem z bólem pokazywać publicznie, jak została ona pokąsana. Obecnemu premierowi nie uda się też wypchnąć z polityki prawie ośmiu milionów wyborców, którzy charakteryzują się zbliżonym profilem światopoglądowym i ideowym. Można nawet postawić tezę, iż są oni o wiele wierniejsi swojemu stronnictwu politycznemu od elektoratu PO. Ten bowiem dwukrotnie próbował uciec do stronnictw, jakie przez moment wydawały się mu po prostu fajniejsze.

Chwiejność elektoratu Platformy

Tak dla małego przypomnienia - w lutym 2016 roku wedle sondażu IBRiS-u na Nowoczesną Ryszarda Petru deklarowało chęć zagłosowania 27 proc. zapytanych osób, a na Platformę ledwie 13 proc.

Cztery lata później, wiosną 2021 roku, w kolejnych sondażach Platforma Obywatelska oraz Polska 2050 Hołowni szły łeb w łeb, odnotowując średnie poparcie na poziomie 19 proc.

Jeśli zatem zsumujemy ze sobą wszystkie powyższe szczegóły i dodamy do nich wiosenne wybory samorządowe, czerwcowe do Parlamentu Europejskiego i niedługo po nich początek kampanii prezydenckiej, to można wysnuć pewną hipotezę.

Mianowicie wyborcy PO patrząc na dwa jelenie na rykowisku, przy jednoczesnym odebraniu PiS-owi większości prerogatyw władzy, mogą poczuć pewne zmęczenie oraz chęć zmiany. Szymon Hołownia w codziennym obejściu potrafi być dużo sympatyczniejszy od Tuska. Z kolei Kosiniak-Kamysz jest tak przyjemnie spolegliwy. Lewica z twarzą Agnieszki Dziemianowicz-Bąk ma w sobie wiele magnetycznego uroku. Czemu więc nie uciec z Bachmutu do tych, którzy trzymają się na uboczu. Ba! Nawet Konfederacja może dla wyborców PO zacząć się kojarzyć z czymś milszym.

Wówczas w kolejnych sondażach kierownictwo Platformy zobaczy ten odpływ i uświadomi sobie, że koalicjanci stają się po wielekroć większym zagrożeniem dla ich partii od PiS-u. Ten bowiem nie ma szansy przejąć platformerskiego elektoratu. Zaś nakręcanie polaryzacji w starym stylu może proces odpływu jedynie przyśpieszać. Z kolei odejść od niej nie sposób, bo pisowska opozycja nie będzie chciała pojednania.

Pułapka bez wyjścia

Najzabawniejszym podsumowaniem hipotetycznego biegu zdarzeń, prowadzącego Platformę w stronę pułapki, z której jedynym wyjściem byłby upadek rządu, to ziszczenie się plotki brzmiącej trochę jak samosprawdzająca się przepowiednia. Głosiła ona, iż przewodniczący PO pod koniec roku poszuka sobie znów pracy za granicą. Gdybyż plota się ziściła, nawet autor "Okna na parlament" byłby zachwycony taką puentą.