Po trzęsieniu ziemi u wybrzeży Japonii światowe media pełne były doniesień i spekulacji o losach reaktora nuklearnego. Najpierw jednego, potem jeszcze dwóch dotkniętych falą tsunami w Fukushima Daiichi, 170 mil od obrzeży Tokio.
Reklama
W miarę jak rosło zagrożenie największą katastrofą nuklearną od czasów Czarnobyla, amerykańskie i brytyjskie telewizje, na co dzień operujące w milach, niespodziewanie przeszły na system metryczny i ze 170 mil zrobiło się 255 km. W niedzielę, kiedy ewakuacja objęła blisko ćwierć miliona osób, odległość znowu wzrosła. Teraz według BBC do reaktora było 350 km. Tyle że nie do obrzeży, ale do centrum Tokio. Tak jakby życie ludzi wokół stolicy przestało być zagrożone. Autocenzura, czy – jak wolą inni – odpowiedzialność dziennikarzy za słowo, kazała redakcjom grać liczbami. Ani Tokio nie zrobiło się od tego bezpieczniejsze, ani katastrofa mniej groźna. Ot tak, dla uspokojenia lepiej brzmiało w kilometrach.
To zupełny zbieg okoliczności, że w tę samą niedzielę Donald Tusk od niechcenia wrzucił nam swój uspokajacz. Ogłosił, że raportu komisji Millera nie przedstawi przed 10 kwietnia, żeby nie psuć nastroju obchodów rocznicy katastrofy. Mała szansa, żeby rodzinom ofiar kolejny tydzień życia w nieświadomości dawał większy spokój ducha nad grobami bliskich. Jeszcze mniejsza szansa, że ucichną spekulacje i teorie spiskowe.
Często oskarżani jesteśmy w mediach o sianie paniki. I to pewnie jest nasz grzech, ale czy przeciwieństwo można uznać za akt szlachetności? Czy ukrywanie teczek konfidentów PRL-owskiego reżimu uchroniło nas przed obrzydliwymi pomówieniami? Czy ukrywanie latami zagrożenia dla finansów państwa, jakim były rozrzutne świadczenia dla rolników, mundurowych, czy podtrzymywanie fikcji publicznego systemu zdrowia pomogło w jego reformowaniu? Czy sprzeczne sygnały obłudnie uspokajające na temat zmian w systemie emerytalnym zapewniłą nam bezpieczną starość?