Reklama

isywane przez amerykańskie gazety poszukiwania bin Ladena mogą być scenariuszem filmu sensacyjnego. Warto jednak nie zgubić przy okazji tego, co w polowaniu na terrorystę było kluczowe. Niemal absolutnej zgodności elit politycznych, niezależnie od barw, w sprawach ważnych dla państwa oraz konsekwencji w realizacji założonych celów. Zabicie bin Ladena jest właściwym momentem na pokazanie dobrych praktyk, które gwarantują siłę nie tylko państwom o potencjale USA.

Na kilka dni przed ogłoszeniem śmierci terrorysty prezydent Obama dokonał rewolucji kadrowej w resortach siłowych. Szefa CIA odpowiedzialnego za sukces operacji „Geronimo” przeciw bin Ladenowi – Leona Panettę – zastąpi obecny dowódca sił NATO w Afganistanie gen. David Petraeus. Panetta pokieruje Pentagonem, gdzie zastąpi Roberta Gatesa – przed pracą w Departamencie Obrony dyrektora centrali CIA. Do Kabulu zostanie wysłany nowy ambasador Ryan Crocker, specjalista od krajów frontowych.

Obama w tej karuzeli stanowisk czerpie z kadr, które błyszczały w epoce George’a W. Busha. Petraeus zapewnił Bushowi wyjście z Iraku z twarzą. Crocker to były ambasador w Bagdadzie z czasów poprzednika Obamy – prezydencki Lawrence z Arabii. Ustępujący Gates kierował Pentagonem za Republikanów, a karierę kontynuował u Demokratów. Z wymienionych postaci tylko Panetta jest kojarzony z Demokratami. Ale nawet przy jego ocenie załamują się oczywiste środkowoeuropejskie paradygmaty posługujące się określeniami „nasi”, „wataha” czy „ZOMO”. Otóż Panetta przez cały okres urzędowania w Langley rozsmakował się w taktyce poprzedników – zabijania za pomocą bezzałogowych samolotów talibskich komendantów i oficerów Al-Kaidy.

Okazuje się również, że gdy chodzi o rację stanu, Obama zapomniał o obiecanym zamknięciu Guantanamo – grzechu epoki Republikanów. Wręcz rozbudowywał Bushowski program więzień CIA.

Tylko konsekwentne przestrzeganie tego, co jest racją stanu państwa, zapewnia sukcesy takie jak zabicie bin Ladena. Amerykanie wiedzą, jak to się robi.