Co gorsze, sam premier Kaczyński - polityk wielkiego formatu, moim zdaniem najbardziej utalentowany z tych, którzy rządzili po 1989 roku - nie poradził sobie z władzą. Bo za bardzo ją polubił. Nie potrafił się powstrzymać przed jej nadużywaniem, uwierzył że ma w sobie taką dobroć i reprezentuje tak czystą ideowość, że bez ryzyka może zawierać sojusze z każdym diabłem. I je zawierał. Potem pozbył się zdolnych współpracowników, zamknął się w świecie własnych myśli i potakującego mu dworu i zaczął popełniać wszystkie grzechy zagubionego władcy. Tropił spiski we własnych szeregach, uciekał w iluzję własnej wielkości, pozorował rządzenie, całą zaś realną energię koncentrował już tylko na jednym celu - na trwaniu u władzy.
Uczciwie trzeba przyznać, że nie było mu łatwo. Szybko zaczęły nas nudzić jego skargi na opozycję, ale przecież Kaczyński miał rację w jednym - żaden premier nie spotkał się z tak brutalnym atakiem. I to ZANIM - podkreślam to następstwo czasu - zrobił to wszystko, za co PÓŹNIEJ słusznie już go krytykowano.
Dwa nurty krytyki PiS
Istnieją dwa zupełnie odrębne nurty krytyki IV RP. Pierwszy w ogóle odmówił jej prawa istnienia ze względu na jej buntowniczy charakter. Ze względu na to, że Kaczyński, wziąwszy władzę, śmiał ogłosić przełom. Powiedział, że teraz rząd będzie robić to, czego domaga się większość. Oznajmił, że ma w nosie obowiązującą poprawność, że nie akceptuje istniejących hierarchii autorytetu, bo te się w latach 90. skompromitowały. Że nie zgadza się na to, by premierem z tylnego siedzenia rządziły wiedzące lepiej media (potem sam stał się zakładnikiem Radia Maryja) oraz że kończy z praktyką, w której konserwatywnym społeczeństwem rządzą lewicowe standardy.
Za tak sformułowane credo Kaczyński spotkał się z olbrzymim atakiem, na który zresztą równie furiacko odpowiedział. Jednak w tym akurat sporze - sporze z lewicą i z częścią elit III RP, które nie zamierzały uczyć się na własnych błędach, bo tych błędów w ogóle nie chciały dostrzec - to Kaczyński miał rację. Wygrał wybory i miał prawo realizować swój program. Zwłaszcza że druga równie wielka grupa Polaków, głosująca na PO, poparła bardzo podobne idee.
Kłopot był nie w programie, ale w tym, jak go PiS realizował. I właśnie z oceny jego realnych działań zrodził się drugi nurt krytyki - nazwijmy go prawicowym - który pokazuje, że po przejęciu władzy Kaczyński popełniał błąd za błędem. Najpierw fatalna koalicja, potem nieustanne skandale z udziałem Leppera i Giertycha, w których premier się moralnie pogubił. Zabrakło mu klasy, aby powiedzieć dość, aby wyrzucić z salonów władzy najzwyklejszą hołotę. Do tego doszła coraz bardziej irytująca polityka personalna samego PiS.
Wyrzucanie swoich wartościowych ludzi i obsadzanie instytucji państwa przez coraz bardziej tępawych aparatczyków.
Ten drugi, prawicowy nurt krytyki PiS pokazuje, że największą polityczną przewiną tej partii nie są ideały, z jakimi poszła do władzy, ale to, że w dwa lata te ideały ośmieszyła. Bo jak dzisiaj, po PiS, można walczyć z korupcją, jeśli stworzoną specjalnie do tego celu instytucję ostentacyjnie użyto do partyjnej walki o władzę? Jak uprawiać asertywną politykę zagraniczną? Jak głosić odnowę moralną? Kaczyński w dwa lata zużył wszystkie swoje sztandary. Nawet antykomunizm boleśnie wypłowiał. Bo jak być pryncypialnym antykomunistą po Jasińskim, Kaczmarku, Kornatowskim, a w końcu po ratowaniu Kwaśniewskiego debatą tylko po to, by uderzyć w Tuska.
Co pozostało po IV RP
W jakiej budzimy się dziś Polsce? Otóż mimo wszystko zupełnie odmiennej od tej sprzed dwóch lat. Konsekwencją wojny pomiędzy III i IV RP okazał się całkiem sensowny remis. Lewicowa krytyka PiS wcale nie wygrała, nawet nie przebiła się do większości społeczeństwa. Bez względu na ostateczny wynik wyborów nie grozi nam odbudowa dawnego porządku i powrót do władzy i wpływów dawnych liderów: Kwaśniewskiego, Geremka, Michnika. Skompromitowała się idea wiedzących lepiej elit, pogardliwie wyniosłych wobec mas, narzucających większości swoje ideowe kalki. Ale skompromitował się też prostacki antyelitaryzm Leppera i Giertycha oraz pycha premiera Kaczyńskiego i marszałka Dorna, którzy sądzili, że ponieważ oni sami są inteligentami, wobec tego mają prawo bezlitośnie upokarzać całą polską inteligencję. Wydaje się, że dziś są podstawy do sensownego kompromisu między wpływami elit i potrzebami mas.
Ale najważniejszą zmianę przyniósł drugi nurt krytyki PiS, właśnie ten prawicowy i realistyczny. Otóż budzimy się w Polsce, w której upadła ostatnia wielka polityczna ideologia. Ostatni projekt wielkiej zmiany, bez mała rewolucji, ostatni maksymalistyczny program, który głosił, że trzeba ratować Polskę. I że ta misja wymaga od nas jakiejś niecodziennej lojalności - nie wobec idei, nie wobec państwa, ale wobec politycznego lidera. A ci, którzy w to nie wierzą, są zdrajcami.
Nie czujemy jeszcze siły tej zmiany, bo strony kampanii sztucznie podsycają emocje. Jedni dowodzą, że ratują demokrację przed PiS, inni - że chronią Polskę przed śmiertelnym ciosem ze strony układu. Tymczasem prawda jest inna. Polska demokracja w istocie ma się dobrze. A wybory, które właśnie za chwilę mamy, nie są warte wielkich emocji. Bo w gruncie rzeczy sytuacja jest prosta. Jeśli ktoś nadal nie znosi elit III RP, natomiast udało mu się polubić Rydzyka, ten głosuje na PiS. Kto nie lubi ani Rydzyka, ani postkomunistów, ten głosuje na PO. A kto nie chce zaakceptować w Polsce aż tak wyraźnej przewagi prawicy, głosuje na LiD. Nic więcej. Reszta jest histerią, którą wzbudzają w nas spece od kampanii.