Chciałbym bronić tezy, że w mijającym roku w polskiej polityce dokonał się przełom, który przegapiliśmy. Uznaliśmy wybory za kolejny ruch wyborczego wahadła, tymczasem było to zamknięcie epoki, jaką rozpoczął 1989 rok. Upadły ostatnie wielkie podmioty tej polityki - postkomuniści i antykomuniści. Dwie formacje, które przez 18 lat organizowały życie polityczne w Polsce.

Krótki kurs historii III RP

Przez całą III RP obowiązywał jasny podział pracy - idee polityczne piszą byli opozycjoniści, realizują je postkomuniści. Oni byli specjalistami od zdobywania władzy. W ciągu 18 lat rządzili przez 8. Jeszcze dłużej dzierżyli prezydenturę - 2 lata Jaruzelski, 10 lat Kwaśniewski. Na tle rozdrobnionego Sejmu zapełnionego przez formacje żyjące zwykle przez jedną kadencję byli jedynym przejawem realnej siły.

W 1993 roku SLD wygrał wybory do Sejmu, dwa lata później Kwaśniewski sięgnął po prezydenturę, pokonując w dogrywce, w symbolicznym pojedynku, Lecha Wałęsę. 5 lat później poszło im jeszcze lepiej - Kwaśniewski wziął prezydenturę w pierwszej turze, a rok potem kierowany przez Millera SLD uzyskał najlepszy wynik w historii sejmowych wyborów. Cała władza trafiła w ręce postkomunistów.

Jeśli życie polityczne w wolnej Polsce miało jakąś stałą tendencję, był to powrót do władzy byłych działaczy PZPR.

U wielu Polaków powrót ten rodził podejrzliwość. Jarosław Kaczyński zaczął się głośno zastanawiać, czy w Polsce naprawdę dokonał się przełom. A może byliśmy naiwni, sądząc, że wystarczy ogłosić demokrację, aby ją mieć. Albo wierząc, że komunizm może upaść w jeden dzień. Kaczyński nie był wtedy radykałem, raczej dociekliwym sceptykiem, który zadaje ważne pytania. Czy historia zna ludzi, którzy mając władzę, oddają ją bez walki? Czemu, skoro komuniści oddali władzę, wszędzie ich pełno - w Sejmie, w rządzie, w służbach, w biznesie? Czy zachowują się tam jak praworządni mieszkańcy demokracji? Czemu w wolnej Polsce bogacą się głównie oni? Czy dlatego, że są bardziej zdolni? Jeśli tak, to czemu PRL-em zarządzali tak nieudolnie?

W ówczesnej Polsce nie wolno było stawiać takich pytań. Entuzjazm dla reform i kult okrągłego stołu były obowiązującą ideologią. Sądzono, że krytyczne głosy sprowadzą na Polaków wojnę domową, która skończy się prawicową dyktaturą. Dziś brzmi to dziwacznie, jednak taki właśnie ton dominował w debacie publicznej. Kaczyński został uznany za radykała, na co sam odpowiedział radykalizacją swej diagnozy, która przybrała formę oskarżenia. Brzmiało ono tak: okrągły stół nie był sukcesem, był takim porozumieniem komunistów z opozycją, w którym pierwsi całkowicie ograli drugich. Zapewnili sobie bezkarność, zamienili władzę na własność, pozostawili w swoich rękach służby, aby w końcu powrócić na szczyt państwa, biorąc pełną pulę - zarówno oficjalną władzę, jak i zakulisowe wpływy.

Tak zrodziła się teoria postkomunistycznego układu. Wedle niej nie było transformacji, a jedynie kradzież. Nie powstała demokracja, lecz sitwa. Nie narodził się rynek, a jedynie quasi-mafijny etatyzm. Zaś państwo prawa było fasadą, za którą krył się interes, teczki oraz szantaż.

Krytyka Kaczyńskiego odbijała się od postkomunistów, nie czyniąc im żadnej szkody. Rośli w siłę aż wreszcie przyszło apogeum. W 2001 Kwaśniewski i Miler wzięli całą władzę i... chwilę później duumvirowie rzucili się sobie do gardeł. Miller i Kwaśniewski zachowali się tak, jakby uwierzyli w opowieści Kaczyńskiego o wszechmocy własnej formacji. Toczyli wojnę na oczach wszystkich, jak szefowie mafijnego układu, którzy po skorumpowaniu policji i władzy bez dbania o pozory negocjują na ulicach udziały swych rodzin. Kiedy po ujawnieniu afery Rywina Polacy to zobaczyli, byli wstrząśnięci. I przyznali rację Kaczyńskiemu. Dopiero wtedy mu uwierzyli, że SLD to fasada, za którą kryje się korupcja, brutalna walka o władzę oraz dziwne kontakty ze służbami polskimi i rosyjskimi. Nawet ludzie o centrowych poglądach uznali, że lider PiS był jedynym, który się nie dał zwieść pozorom. Również Donald Tusk przyznał mu rację.

Afera Rywina stała się najważniejszym przeżyciem politycznym Polaków po 1989 r. Już chyba tylko polska lewica nadal nie chce zrozumieć znaczenia tamtych wydarzeń. Otóż PO i PiS dostały w wyborach dwie trzecie głosów po to, aby obalić III RP. To nie było żadne wyborcze wahadło - to był wyrok śmierci na postkomunizm. Jak na warunki polskie był to największy z możliwych ruchów sprzeciwu. Taka skala dezaprobaty w polskiej polityce pojawiła się tylko raz - 4 czerwca 1989 r., kiedy Polacy powiedzieli, że mają już dość komunistów. Otóż w 2005 roku komunikat był równie dobitny: postkomunistów też nie chcemy. To był powód, dla którego bracia Kaczyńscy ogłosili, że ich mandat do władzy jest szczególny. I że wraz z nimi zaczyna się nowa rzeczywistość.

Jeszcze krótsza historia IV RP, czyli nagła śmierć postkomunistów

I tu następuje najdziwniejszy moment nowej historii. Otóż zapowiedziana wojna z układem w ogóle nie wybuchła. Owszem, na poziomie retoryki działo się sporo, Kaczyński mówił dużo i mocno, opozycja go uwiarygadniała, robiąc z niego tyrana, jednak na poziomie realnych czynów nie zdarzyło się nic. Bilans dwóch lat jest następujący: Ziobro ujawnił akta moskiewskiej pożyczki, w których nic nie było, Macierewicz zlikwidował WSI, ale w ich archiwach niczego nie znalazł. CBA wysłało w Polskę agentów, na których celowniku znajdowali się ludzie o najważniejszych nazwiskach biznesowych i politycznych. Ale zamiast grupy trzymającej władzę złapało kilku lekarzy, posłankę PO i własnego ministra.

Analiza faktów jest bezlitosna. PiS nie zadał tzw. układowi żadnego efektywnego ciosu. Istotą dwóch lat pisowskich rządów nie jest to, że wszyscy przeszkadzali mu w walce z układem, ale to, że nie było im w czym przeszkadzać.

Dlaczego tak się stało? Aby to zrozumieć, warto spojrzeć na drugą stronę frontu - na postkomunistów. Całe zamieszanie z aferą Rywina, konsolidacja antykomunizmu, wybory i wreszcie wejście na scenę Kaczyńskich sprawiło, że przestaliśmy uważnie obserwować tę formację. W 2003 roku przypisaliśmy im demoniczną siłę, ale potem przestaliśmy się nad nią zastanawiać. Umknęła naszej uwadze skala dezorganizacji SLD, którą - pamiętając o wcześniejszych błyskawicznych zmartwychwstaniach tej formacji - wzięto jedynie za manewr taktyczny. Nie dojrzeliśmy rozmiaru upadku postkomunistów w 2005 roku, powodów ucieczki z polityki Kwaśniewskiego. I rzecz najważniejsza - nie zwróciliśmy uwagi na bierność, z jaką SLD czekał na cios, który miał na niego spaść z ręki PiS. Mafiosi mający ponoć pełne kieszenie lewych pieniędzy, kalendarze z numerami telefonów do Ałganowów, nielegalne wille itd. jakoś zbyt spokojnie czekali aż polski di Pietro przyjdzie po nich do domu.

Z początku można było jeszcze wierzyć, że to strategia ludzi pewnych swojej siły. Że postkomuniści ze spokojem pozwalają Polakom po sobie odpocząć, że cierpliwie czekają aż w świadomości społecznej pamięć afery Rywina przesłonią bieżące kłopoty. Jednak mijały miesiące, w końcu lata. I okazało sie, że SLD naprawdę gaśnie. Ostatnia kampania wyborcza pokazała typową polską partię - z kiepskim liderem, z topornym PR-em, osłabioną wewnętrznymi konfliktami i, co najważniejsze, pozbawioną funduszy. Ci, którzy jeszcze dwa lata temu opisywani byli jako mafia oparta na żołnierskiej lojalności, wielkich pieniądzach i politycznym geniuszu, okazali się politycznymi maruderami. Nie było w nich żadnej brutalności, żadnej sprawności, żadnej siły.

Postkomuniści przegrali wybory dwa razy pod rząd. W pierwszych wyborach utracili władzę, w drugich opromieniającą ich legendę - zarówno tę pozytywną o wyjątkowej sprawności, jak i tę czarną o mafijnej sile. W pierwszych przegrali jako partia, w drugich jako formacja.

Najbardziej uderzające były losy dwóch wielkich liderów - Kwaśniewskiego i Millera. Jeszcze na starcie kampanii Kwaśniewski traktowany był jako wielki gracz, którego powrót "z Sulejówka" do góry nogami wywróci polityczną scenę. Po kilku tygodniach jego wysiłków słupki SLD stały w miejscu, a my zobaczyliśmy pana jeżdżącego z wykładami po drugorzędnych uczelniach i mającego kłopoty z trzeźwością. Którego całe zakulisowe wpływy sprowadzają się do udzielania wywiadów w zagranicznych magazynach ilustrowanych. Sławny "prezio", który rozgrywał polskich oligarchów, wraz z urzędem stracił całą swoją moc.

Podobnie jest Millerem. Dziś wiemy, że przez wiele miesięcy przychodził codziennie do małego pokoiku na Rozbrat do pracy za grosze, tylko po to, aby nie stracić ZUS-u. Widzieliśmy, jak był wyrzucany z partii, jak łatwo to poszło, widzieliśmy, jak w akcie zemsty wystartował potem z listy Samobrony, jak upokorzony przysłuchiwał się przemowom Leppera podczas wspólnych konferencji prasowych, jak przegrał sromotnie. Nawet najbardziej zatwardziały antykomunista powinien sobie zadać pytanie, czy to naprawdę jest ten sam legendarny Miller, który za miliony dolarów sprzedawał ustawy? Ten sławny capo di tutti capi? Kto jeszcze może wierzyć że SLD to dzisiaj mafia? Raczej Gang Olsena.

Nie bronię uczciwości szefów SLD. Chodzi o coś innego. Skala ich obecnego znaczenia pokazuje, że nie stoi już za nimi żadne imperium. Nie stoi od dłuższego już czasu, przynajmniej od 2004 r. Nie chciałbym się wikłać w rozważania, czy układ istniał kiedykolwiek wcześniej. Do zrozumienia Polski w 2007 r. wystarczą dwie skromniejsze tezy. Po pierwsze, jeśli nawet układ był, to go już nie ma. Po drugie, nie ma go nie dlatego, że został obalony - bo byśmy o tym słyszeli - ale ponieważ sam się rozsypał. Bez oporu, bez walki, bez huku. Groby się nie otworzyły, lwy nie ryczały, więc nikt nie zauważył, kiedy postkomuniści stali się nie straszni, ale śmieszni. Kojarzą się już nie z aferą Rywina ale z taśmami Oleksego i filipińską chorobą Kwaśniewskiego.

Śmierć antykomunistów

Historia za późno przyznała rację Kaczyńskiemu. Dostał mandat do walki z układem właśnie wtedy, gdy ten się posypał. Nie było już Kwiatkowskiego, Jakubowskiej, Czarzastego, których można dalej demaskować. Więc Kaczyński wystąpił w roli Don Kichota, śmiesznego pana, który ruszył do walki ze smokami po tym, jak one wszystkie wyzdychały. Dlatego nikogo nie złapał, nikogo nie ukarał, żadnego układu nie zlokalizował. Szarżował na kolejne wiatraki, starając się wmówić światu, że toczy zwycięskie krucjaty.

Czy sam w to wierzył? Na pewno nie tak mocno jak kiedyś. Ale nie po to demaskował układ przez 15 lat, by teraz ogłosić, że ten zmarł śmiercią naturalną. Jednak kryzys wiary trudno mu było ukryć. Przez lata zbyt obsesyjnie interesował się przeszłością innych, by teraz skutecznie udawać, że nie wie, kim byli Kryże, Kaczmarek, Kornatowski, Jasiński czy Karski. To były wymowne znaki pokazujące, że Kaczyński czuje, że realia się zmieniają. Zresztą w czasie rządzenia Kaczyński zaczął wymieniać sztandary - antykomunistyczną retorykę zmieniał na hasła porządku, obrony interesu narodowego i populistyczny antyelitaryzm. Hasła antyukładowe pojawiły się w centrum jego polityki dopiero pod koniec kadencji, gdy chciał ukryć i na swoich warunkach objaśnić aferę we własnych szeregach. Pokazać, że sprawa Kaczmarka obciąża nie PiS, ale układ.

Z epoki zwanej IV RP polski antykomunizm wychodzi jako przegrany. W tym sensie, że nie jest już racjonalnym hasłem politycznym. Nie ma już swojego wroga, nie ma też uwiarygadniającej go legendy. O ile rząd Olszewskiego upadł ze sztandarem, kreując swój mit, o tyle rząd Kaczyńskiego po prostu się wypalił, w dekomunizacynej walce sam złożył broń, sam swoimi czynami przyznał, że nie ma z kim walczyć. Kaczyńskiemu wystarczyło siły, by z tej porażki ocalić partię, ale PiS przeżyło przecież jako zupełnie inna formacja, której istotą nie jest już antykomunizm, ale radykalna prawicowość obsługująca społeczny populizm i kulturowy tradycjonalizm, siły w Polsce realnie istniejące, pozwalające mu funkcjonować przez lata w polskiej polityce. Tyle że w niszy, bo ani populizm, ani obsługiwanie polskich lęków przed nowoczesnością nie nadają się na przepustkę do rządzenia krajem postawionym dzisiaj przed szansą pierwszego od wielu lat rzeczywistego modernizacyjnego skoku.

Oczywiście wszystko, co wiemy o rewolucjach od ich teoretyków i praktyków, od Tocqueville’a po Lenina, uczy nas, że żadni rewolucjoniści w istocie nie są tak silni, aby obalić "ancienne regime". Dla Robespierre’a i Dantona, rewolucjonistów działających w imię burżuazji, dawną władzę arystokracji zniszczył absolutyzm. Dla Lenina władzę Carów obaliły niemieckie armie. To naturalne, że Jarosław Kaczyński wziął władzę, kiedy po aferze Rywina poskomunizm był martwy, a władza leżała na ulicy. Tak samo wygrywali wszyscy rewolucjoniści, dla których demoniczne spiski "dawnego ustroju" były tylko wygodnym pretekstem do mobilizowania własnych szeregów, poszerzania władzy i radykalizowania celów przewrotu. Ale ostatecznie wygrywają tylko te rewolucje, które w pustce, jaką pozostawił dawny ustrój, potrafią zbudować swój własny ład. Jarosławowi Kaczyńskiemu to się nie udało. Może był tylko politycznie za słaby. A może po prostu tego nie potrafił. Nie miał ani wizji nowego porządku, ani kompetentnych ludzi, aby go budować.

Na gruzach starego

Budzimy się zatem w Polsce bez postkomunistów i bez antykomunistów. Jednak osobliwość sytuacji polega na tym, że postkomunizm i antykomunizm żyją sobie nadal jako falsyfikaty. Nie tylko one. W polskiej polityce skruszyły się wszystkie potęgi, które miały przynajmniej tę zaletę, że ich rzekoma wszechmoc mobilizowała do walki i do politycznej aktywności rzesze przeciwników. Kościół jest słaby i podzielony, jego pozorna potęga jest jedynie konsekwencją słabości klasy politycznej, która mniej lub bardziej świadomie próbuje się Kościołem podpierać, wciąga kapłanów w swoje konflikty, a nawet we współodpowiedzialność za rządzenie w Polsce. Tzw. lewicowo-liberalne media nie mają większego znaczenia, bo w Polsce powstał już silny i pluralistyczny rynek medialny, na którym walka o czytelnika, widza i o reklamy, staje się ważniejsza od walki o rząd dusz i politycznych przyjaźni. Unia Wolności nie istnieje. Tymczasem, jeśli coś jest istotą dzisiejszej dyskusji publicznej, to podtrzymywanie złudzenia, że wszystko jest jak dawniej. Że nadal trwa wojna między postkomunistami i antykomunistami. Między III i IV RP.

Zacznijmy od przeciwników PiS, głównie tych lewicowych. Oni w noc wyborczą zobaczyli nie procenty PO, ale procenty PiS. Które upewniły ich, że partia ta nadal znajduje się w centrum polskiej polityki. To ciekawe, ale to właśnie lewica uwierzyła, że pisowska rewolucja była faktem, czymś substancjalnym, że wżarła się ona w rzeczywistość, przeorała ją. Tę samą analizę, której Kaczyński użył wobec postkomunizmu, teraz zastosowano do niego. Z tekstów z "Polityki", ale także "Gazety Wyborczej" czy "Przeglądu" namawiających do radykalnej dekaczyzacji wyłania się obraz rozległego imperium pisowskiej ośmiornicy ukrytego pod powierzchnią rzeczywistości, które stamtąd zagraża polskiej demokracji. Które dziś trzeba wytropić i dobić.

Ci sami autorzy, którzy kiedyś podobne tropy myślenia nazywali spiskowymi, sami dziś im ulegają. I podporządkowują tej logice całą polityczną analizę. Platforma interesuje ich tylko jako instrument zatrzymania pisowskiej rewolucji. Tusk jest dla nich jedynie anty-Kaczyńskim. Rozliczają go wyłącznie z tego, w jakiej mierze różni się od poprzednika. Jeśli zmienia prokuratorów i rozmawia z Rosją, jest dobry. Jeśli pozostawia CBA i surową politykę karną, jest zły.

Podobną logikę widać po drugiej stronie. I co ciekawe, jest to konwersja. Wbrew temu, co się zarzuca "Rzeczpospolitej", nie była ona bezkrytycznym piewcą IV RP. Podobnie jak DZIENNIK w większym stopniu reagowała ona na histerię skierowaną przeciw Kaczyńskiemu, niż ulegała jego ideowemu czarowi. Jednak po upadku PiS w publicystyce "Rzepy" próbuje się wykreować rządy Jarosława Kaczyńskiego na nowe generacyjne przeżycie. Najprawdziwszą z istniejących Polsk, której się należy szczególna wierność, bo tylko ona napiętnowała Rywinowe zło. O ile więc Jacek Żakowski wzywa do kolejnych krucjat i czystek, to "Rzeczpospolita" ocenia nowy rząd jedynie pod kątem tego, w jakiej mierze decyduje się on nie zrywać z IV RP. O ile dla "Polityki" skala odcięcia jest miarą sukcesu, o tyle dla "Rzeczpospolitej" jest ona miarą zdrady. IV RP traktowana jest jako punkt odniesienia, cel do którego trzeba powracać.

Polacy wciąż przeżywają przeszłość, bo myślą że ona trwa nadal. A myślą tak, ponieważ nikt nowy nie przyciągnął ich uwagi. Platforma jedynie wygrała wybory, ale w sensie ścisłym jeszcze nie rządzi. Ona nawet nie jest postrzegana jako podmiot rządzenia. W centrum polityki jest nadal Kaczyński i dyskusja, czy go zlinczować, czy ocalić.

W świecie słabych podmiotów

Żyjemy na gruzach, w świecie, który nie ma jeszcze własnej tożsamości, który jest jedynie pustką po dawnych identyfikacjach.

Ostatnie wybory wcale nie były liberalną rewolucją, w której zwyciężyła nowa myśl i nowa siła. Liberałowie - znowu potwierdzając starą prawdę o naturze politycznych przewrotów i źródłach ich zwycięstw - wygrali dlatego, że konkurenci się wykrwawili. Powtórzę raz jeszcze, bo to najważniejsza teza: to nie liberałowie są silni, to pozostali gracze są słabi. A najsilniejszy gracz - rządząca Platforma - nie jest wystarczająco silny, by narzucić swój język. By powiedzieć "od dziś budujemy drugą Irlandię - czyli społeczny pokój i dobrobyt - i od dziś spieramy się tylko o to, jakimi środkami ten cel osiągnąć". I by to zostało naprawdę wysłuchane, zaczęło nadawać ton.

Polska polityka wygląda dziś jak Olimp, na którym poumierali bogowie. Słabi są wszyscy gracze. O słabości postkomunistów i antykomunistów była już mowa. Kolejna łatwa do dostrzeżenia jest słabość prezydenta. Lech Kaczyński nie potrafił zbudować silnej prezydentury nawet w najbardziej sprzyjającym otoczeniu, gdy nie miał wrogów, a brat premier dawał mu do zagospodarowania wielokrotnie większą przestrzeń, niż on sam kiedykolwiek potrafiłby dla siebie wywalczyć. Dziś jest tylko drugoligowym graczem, który nie ma ani ćwierci drapieżności Wałęsy, ani jednej dziesiątej wpływów Kwaśniewskiego. O słabości koalicyjnego PSL nie ma sensu pisać, widać ją jak na dłoni. Pozapolitycznych podmiotów, tak typowych dla lat 90., w zasadzie też już nie ma. "Michnikowszczyzna", o której wciąż pisze Rafał Ziemkiewicz, wcale nie podnosi głowy. Odwrotnie - ostatecznie ją opuściła. Przerzucenie poparcia z Kwaśniewskiego na nielubianego i obcego ideowo Tuska było przecież wielką porażką tej formacji. Ruchem uczynionym po to tylko, by zachować choćby iluzję politycznych wpływów. W dodatku dalszego pola manewru "Michnikowszczyzna" już w ogóle nie ma. No bo jeśli Tusk nie będzie jej słuchał, to na kogo przerzuci swoje symboliczne poparcie? Na Napieralskiego?

Skoro jednak dotychczasowi bogowie umarli, robimy wszystko, żeby ich znowu wymyślić, na nowo powołać do życia. W czasach afery Rywina przebiła się do debaty publicznej diagnoza Jadwigi Staniszkis na temat teatralizacji naszego życia politycznego. Pani profesor pokazywała, że politycy odgrywają przed nami grę, która ma nam dać poczucie zrozumienia i uczestnictwa. Tymczasem za kulisami toczy się rozgrywka prawdziwa, w której chodzi o zupełnie inne stawki i cele. My sobie chodzimy na wybory, głosujemy na lewicę bądź na prawicę, bo chcemy albo legalnej aborcji, albo dekomunizacji, nasi wybrańcy wchodzą do Sejmu, odgrywają oczekiwany teatr, z którego nic nie wynika, bo nie zmieniają się ani zapisy aborcyjne, ani dekomunizacyjne, ale my jesteśmy zadowoleni, bo rozegrano bitwy które znamy i lubimy. I postanawiamy w przyszłym roku zagłosować znowu tak samo. W tym samym czasie politycy wykonują realne zadania - na przykład dzielą polski rynek energii.

U źródeł krytyki polityki jako teatru leżała potrzeba poznania prawdy i uczestnictwa w realnych decyzjach. Dziś się to odwróciło. Teatr się posypał, a my robimy wszystko, by go naprawić. Aby odbudować rytualną scenę, bo spojrzenie za kulisy, dostrzeżenie gry sił, które nie mają prostych ideologicznych etykiet, wydaje nam się zbyt trudne, czasami bolesne. Wymuszałoby na nas własne określenie się nieraz zupełnie na nowo. Zatem rozdajemy graczom drewniane miecze, udajemy, że wierzymy w siłę SLD, udajemy, że w odbitych pisowskich kazamatach znaleźliśmy torturowane ciała, budujemy konstrukcje, wedle których "Gazeta" rządzi Platformą, tak jak dawniej Unią Demokratyczną. Publicyści, którzy mają w swoich redakcjach Passenta i Grońskiego, tropią u dziennikarzy z innych redakcji czy mediów grzech dyspozycyjności wobec IV RP. Pieczołowicie odtwarzamy każdy element przeszłości, żeby odgrywać przedstawienie, które już parę lat temu było tylko spektaklem. A więc ty będziesz Rywinem, ty Millerem, ty Ziobrą, ty Nałęczem, a ty Kwaśniewskim. Zwycięstwo jednych cofa nas do III RP czy wręcz do PRL-u, podczas gdy sukces innych grozi powrotem rewolucji moralnej i Czwartej RP.

To nie jest choroba psychiczna, to także nie cynizm. To naiwna, zupełnie zrozumiała ucieczka w przeszłość, która miała przynajmniej określony ład. Tymczasem teraźniejszość jest nieokreśloną magmą, w której dopiero rozpocznie się budowa nowego życia politycznego.

Dlatego przywracamy przeszłość w formie iluzji. Potrzebujemy starych podmiotów, bo nie widzimy nowych. Tracimy orientację. Mieliśmy pretensje, że politycy grają, ale gdy zeszli ze sceny, domagamy się ich powrotu. I kontynuacji rytualnego widowiska. Nie przyjmujemy do wiadomości, że Polską rządzi formacja, która naprawdę chce jedynie, żeby woda w kranie była jeszcze cieplejsza, a drogi mniej dziurawe. Musimy zdemaskować to hasło jako albo kryptoukładowe, albo kryptopisowskie. Dopiero wtedy je zrozumiemy. Bo tak rozumowaliśmy dawniej. Gdy chcieliśmy ciepłej wody, ale przeszkadzała w tym postkomuna i trzeba było ją najpierw obalić, wszystko było klarowne i podniecające. Gdy chcieliśmy ciepłej wody, ale przeszkadzał w tym homo sovieticus i ciemnogród, to nasze życie codzienne stawało się przez to równie sexy, jak wyprawa krzyżowa. Jednak sama ciepła woda już nie jest fajna. Jeśli żaden wszechpotężny ideowy wróg nie przeszkadza w modernizacji, przestaje nas ona pociągać jako zadanie. Taka modernizacja ani nie jest intelektualnie ciekawa, ani politycznie nośna.

I to jest dziś główny problem PO. Platforma ma zaczątki swojego własnego, autonomicznego języka. Ale uczestniczy w świecie iluzji. I nie wiadomo, czy ma wystarczająco siły, aby się z niego wyrwać.