Innym szeroko dyskutowanym pomysłem jest plan posłania do szkół sześciolatków. MEN chce, aby w przyszłości wszyscy robili maturę o rok wcześniej, w wieku 18 lat.
Minister Hall tłumaczy się także z wpadki podczas ostatniego egzaminu gimnazjalnego (pytano o lektury, które nie wszyscy przeczytali). Wyjaśnia też wątpliwości, które wzbudził ogłoszony przez MEN nowy kanon lektur.
: To wasza gazeta była za poszerzaniem kanonu lektur. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko przepytywaniu z treści książek.
.
Wiedzieli i uczniowie, i nauczyciele. To podstawa programowa służy ustalaniu treści egzaminów. Na egzaminie można pytać o treść książek, tak jak o wzory z fizyki czy fakty z historii.
System nadzoru pedagogicznego.
Widocznie nie sprostali zadaniu niektórzy dyrektorzy szkół i wizytatorzy. Nauczyciel ma obowiązek omawiać lektury, a nadzór musi tego pilnować. Ale skala zjawiska jest nieduża.
Przytłaczająca większość nauczycieli uczy, jak należy.
Kilka lat temu, za minister Łybackiej na egzaminie gimnazjalnym wymagano znajomości "Antygony". A środowisko nauczycieli wręcz sygnalizowało, że warto egzaminować z treści
lektur. Tych książek, które trzeba poznać od początku do końca przez trzy lata nauki, było raptem pięć. Więc jak ktoś opowiada, że dwie z nich zaplanował sobie na ostatni miesiąc, to
przepraszam, czegoś tu nie rozumiem. 99 proc. nauczycieli wiedziało, co powinno zrobić.
Pomoc konkretnym dzieciom, które nie ponoszą winy za to, że nauczyciel czegoś z nimi nie omówił. Kuratorzy powinni te dzieci odnaleźć i sprawdzić, jakie są ich dalsze plany. Trzeba im
pomóc indywidualnie.
Na razie ewidencjonujemy skalę zjawiska. Z każdą konkretną szkołą trzeba nawiązać kontakt. Warto jednak uspokoić uczniów i ich rodziców - ten egzamin jest ważny.
Ale te akurat testy nie przewidują wybierania odpowiedzi a, b czy c. Jednym z poleceń jest napisanie charakterystyki bohatera literackiego. To praca pisemna. Ucząca samodzielnego wypowiadania
się. Można ten system doskonalić. Dyskutować, z czego egzaminować, z jakich przedmiotów, z jakich umiejętności. Na przykład egzaminy z nauk przyrodniczych są zbyt powierzchowne. Nasi
uczniowie mają dużo wiedzy, ale nie potrafią z niej korzystać.
Nic bardziej błędnego. To w tej chwili mieliśmy wyścig: najpierw przerobić pewien zasób wiedzy w trzy lata gimnazjum, a potem powtórzyć w takim samym telegraficznym skrócie przez trzy lata
liceum. O efekty możecie panowie zapytać nauczycieli akademickich, którzy zwracają uwagę na gwałtowne pogorszenie się ogólnego poziomu młodzieży. My z tego chcemy zrobić sześcioletnią
całość. Ma być więcej czasu na ćwiczenie umiejętności i na dyskusję.
To przekłamanie. Owszem, zasadniczy kurs historii, chemii, biologii, fizyki czy geografii byłby ograniczony do jednego kursu rozpoczętego w gimnazjum i zakończonego w liceum. Tyle że po
pierwszej klasie liceum każdy uczeń będzie się uczył dwóch, trzech przedmiotów w sposób pogłębiony. I z nich to właśnie będzie się wymagało więcej niż do tej pory.
Ten humanista otrzyma po zakończeniu szkoły podstawowej przynajmniej czteroletni kurs fizyki. A potem wcale nie nic. Po pierwsze ta jedna godzina to minimum. Każda placówka może ustalić
więcej. Najwyższa pora dać szkołom, dyrektorom i nauczycielom więcej swobody. Ale co ważniejsze, w drugiej i trzeciej klasie humaniści będą mieli poza matematyką obowiązkowy blok:
przyroda-technika. Tam będą pogłębiane zainteresowania naukami przyrodniczymi. Analogicznie - ludzie o umysłach ścisłych będą mieli blok: historia-kultura-społeczeństwo. Nie będą się
tam uczyć kolejnej porcji dat, lecz skoncentrują się na dyskursie humanistycznym. Program obu bloków przygotowują świetni specjaliści. Wcześniejszy kurs akademicki będzie dopełniony wiedzą
służącą poruszaniu się w realnym życiu.
To prawda, ale zastanawiałam się nad tym już w ósmej klasie i wybrałam profil matematyczno-fizyczny.
Niekoniecznie…
Kilkanaście procent najbystrzejszych podejmuje czasem decyzję na miesiąc przed maturą. Oni sobie poradzą w każdym systemie. Ale pamiętajmy: my mamy dziś w liceach 80 proc. młodzieży. Chyba
warto tych młodych, ale w dzisiejszym świecie już dojrzałych ludzi, nakłonić do przemyślenia swoich wyborów raczej wcześniej niż później. Zresztą ja też musiałam podjąć decyzję,
idąc do klasy matematycznej, w wieku piętnastu lat.
I te przedmioty nadal będą, tylko inaczej uczone. Bo teraz w gimnazjum i w liceum uczniowie niepotrzebnie przerabiają dwukrotnie to samo. A ja chcę stworzyć już w gimnazjum ofertę zajęć
rozwijających zainteresowania do wyboru połączoną z obecnością dobrego doradztwa. Żeby pomagać młodym ludziom w podejmowaniu decyzji.
To ma być system pomagający uczniom w odkrywaniu talentów. Nie tylko naukowych, także na przykład manualnych. My proponujemy bardzo solidny, przynajmniej czteroletni kurs akademicki, a potem
spokojną naukę myślenia. Dziś podstawa programowa jest napisana jak koncert życzeń. Worek bez dna. W przyszłości ma ona być zbiorem wymagań. Uczymy przede wszystkim tego, czego można na
pewno nauczyć.
.
Prawo do zmiany zainteresowań zawsze istnieje...
Dobra szkoła zawsze ułatwi jednostce zmianę kierunku kształcenia. Zwłaszcza przy istnieniu tych dopełniających bloków: humanistycznego i przyrodniczego. Ale sama zachęta, żeby przemyśleć
sporo wcześniej, co zdawać na maturze, nie jest czymś złym.
Zdecyduje o tym szkoła. Może nawet podzielić te godziny: trochę dla fizyka, trochę dla biologa. Tak samo w przypadku bloku humanistycznego: na przykład dwie godziny historykowi, dwie
poloniście, a oni będą się uzupełniać.
Jak najbardziej.
Panowie, czy nie zauważyliście, że resort chce dać większą swobodę szkołom? Przecież nauczyciele domagają się tego od lat. Ministerstwo nie jest od układania planu zajęć. Duża szkoła
będzie miała zapewne klasy profilowane od pierwszej klasy. Mniejsza szkoła może od drugiego roku postawić na naukę bez klas. Uczeń będzie chodzić na różne zajęcia z różnymi grupami.
Zresztą bez pewnej elastyczności na pewno się nie obejdzie. Na przykład na naukę języka obcego trzeba będzie klasę podzielić: na grupy o różnym stopniu zaawansowania.
Jeśli w gimnazjum historia obejmuje kurs dziejów do I wojny światowej, uczeń będzie musiał opanować tę partię materiału wymaganą na egzaminie służącym rekrutacji do liceum. A w liceum
będzie uczony starannie już tylko historii najnowszej. Przy czym liceum podzieli sobie te godziny dziejów najnowszych, jak chce. Może zrobić wszystko w pierwszej klasie, może w pierwszej i
drugiej.
Dlaczego o różnym stopniu zaawansowania? Historii starożytnej trzeba będzie nauczyć w gimnazjum. My chcemy takiej podstawy programowej, która będzie realna, ale za to bezwzględnie
egzekwowana. Powtarzam to do znudzenia: trzeba mieć zaufanie do szkół.
Lista wymagań ma być ustalona tak, żeby każdy nauczyciel był w stanie to zrobić. Dziś lista wymagań jest piękna, ale każdy mruga okiem: tego i tego nie da się nauczyć.
Ten najgorszy to powinien pewnie zmienić pracę. Lista wymagań ma być napisana tak, żeby sobie poradził przeciętny nauczyciel z przeciętnymi uczniami.
Szkoła powinna znaleźć kompetentnego zastępcę.
Ale ten problem jest i teraz. Trzeba nauczyć minimum: koniec kropka. A cały czas pamiętajcie: na nauczanie przedmiotów maturalnych, czyli przyszłych dyscyplin akademickich, będzie nawet więcej
czasu niż do tej pory.
Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o demokracji greckiej czy prawie rzymskim była mowa w liceum podczas nauczania bloku humanistycznego. O jego zawartość warto spytać panią profesor
Choińską-Mikę, która kieruje przygotowywaniem programu bloku historia-kultura-społeczeństwo.
Proces konsultacji powstającej podstawy programowej jest bardzo szeroki. Pytamy ekspertów, nauczycieli, stowarzyszenia.
Programy nauczania powstające w oparciu o przygotowywaną podstawę programową jeszcze długo będą mogły być doprecyzowywane. Przecież nauczanie tych bloków w liceum zacznie się za dobre
parę lat.
Powtarzam: historia będzie wykładana, tylko w całkiem nowy sposób.
Zachęcam również i panów do formułowania opinii o przedstawionym projekcie.
Jest przedmiotem maturalnym do wyboru.
Na pewno jest elementem nauki języka polskiego. Pamiętajmy, że to jest podstawa krojona na potrzeby 80 proc. młodzieży. No i każda szkoła ma prawo do własnych pomysłów. Także do
wprowadzenia filozofii dla wszystkich. My zapisujemy minimum.
To prawda, ale mamy jeszcze sporo czasu. Od września 2009 r. reforma wchodzi do pierwszej klasy podstawówki i pierwszej gimnazjum. A tam uczyć będziemy mniej więcej tego samego, tylko trochę
wolniej. To będzie zresztą mniejsza reforma niż ta zapoczątkowana przez ministra Handkego, bo w ogóle nie zmienia się struktura. Nie będzie takiego zamętu jak kiedyś, przemarszu uczniów i
nauczycieli z jednej szkoły do innej. Kraju nie stać już na kolejną zmianę struktury.
Nie! Możliwa jest tylko korekta tego, co jest. Dajmy sobie na nią trochę czasu. To dotyczy również szkolnictwa zawodowego. To jeszcze trudniejsze wyzwanie, dlatego zostawiamy sobie na nie dwa
lata. Chciałabym, aby do szkół zawodowych wkroczyło więcej wiedzy ogólnej. Przykładowo, solidny kurs matematyki i fizyki do techników mechanicznych, geografii i języka obcego do szkoły
hotelarskiej.
One już dziś w wielu miejscach po prostu wymierają. Choć są i takie, które poprawiwszy swoją ofertę, okazują się atrakcyjne dla uczniów.
W przyszłości liceów profilowanych nie będzie.
Nie wiem.
Odbyłam parę dyskusji z premierem i mam wrażenie, że przekonałam go do swojej wizji.
Otworzyliśmy unikalną dyskusję. Nauczyciele, rodzice wchodzą na nasze strony internetowe, wypełniają ankiety...
To teraz właśnie jest to pańskie "zawczasu". Chciałabym panom przypomnieć, że ja do ministerstwa przyszłam ze szkoły. Te sprawy dyskutowało się w gronach nauczycielskich
od lat. Teraz organizujemy konferencje w każdym województwie. I naprawdę uwierzcie: nauczyciele też chcą skończyć z fikcją. Z programem przeładowanym i nierealnym. Ważne są dla nas także
opinie rodziców. Spotykamy się cały czas z nauczycielami, samorządowcami. Rozmawiamy i słuchamy.
Jest przekonany, że zmiany trzeba przeprowadzić. Ja stale przypominam: liceum dla ponad 80 proc. młodzieży musi być inne niż liceum dla 20 proc., tak jak było w czasach naszej młodości.
Sześciolatki chodzą już dziś obowiązkowo do zerówki i wielu rodziców musi płacić ciężkie pieniądze za przedszkola. A część posyła dzieci do szkół, ale niepokoi się, czy są tam
bezpieczne. My chcemy im zapewnić w szkołach taki standard opieki jak w przedszkolu. Rozpoznajemy stan gotowości samorządów do tej zmiany. I nastawienie rodziców.
Przy takiej postawie należałoby chyba nic nie robić. Pozostawić wszystko, tak jak jest. Mówimy bardzo wyraźnie: za rok ta oferta będzie tak dobra jak w przedszkolach, tyle że za darmo.
Mamy jeszcze ponad rok na spokojne przygotowanie tej zmiany. Samorządy dostaną pieniądze na każde dziecko. A dziś sześciolatek uczy się na koszt samorządów. Sprzyja nam demografia, liczba
dzieci w systemie będzie w najbliższym czasie spadać, nawet po dodaniu kolejnego rocznika. To sytuacja ułatwiająca taką reformę. W większości szkół są wolne sale, a koszty, poza
podwyżkami dla nauczycieli, będą niewielkie. Są na to zresztą jeszcze i środki europejskie.
Więc dodatkowo jeszcze przez kolejne dwa lata rodzice będą mogli sześcioletnie dziecko posłać do przedszkola, a nie do szkoły, jeśli uznają, że ich dziecko jeszcze nie dojrzało do szkoły,
w której warunki są nadal złe. Nic na siłę.
To są tylko efekty pracy zespołu eksperckiego do konsultacji. W mojej ocenie ta lista lektur nie jest radykalną zmianą, tylko korektą. Roman Giertych i różne gazety informowały, czego na
liście lektur nie będzie, a wiele z tych pozycji tak naprawdę miało tam zostać.
.
Ci, którzy domagają się wielu lektur, równocześnie mrugają okiem: trzeba zapisać, ale to nie znaczy: trzeba przeczytać. Chcę realnych wymagań. Nasi eksperci proponują jako obowiązkowe,
przeczytanie w całości dwóch powieści Sienkiewicza. Na pewno może to zachęcić do przeczytania następnych. Sama jako nastolatka przeczytałam więcej powieści Sienkiewicza, niż zadano mi w
szkole.
Powtarzam: dyskusja nad każdym tytułem trwa. Mamy zachęcać na konkretnych przykładach do czytania, a wymieniamy to, co może być wymagane na egzaminach.
Od lat omawia się wiele utworów, omawiając fragmenty, sztandarowe przykłady to Biblia, "Dziady", a w aktualnej podstawie programowej podpisanej przez ministra Ryszarda Legutkę
także na przykład "Pan Tadeusz". Ale oczywiście, niech specjaliści dyskutują o doborze lektur i przekonują. Warto także rozmawiać o tym, jak uczyć wuefu czy języków
obcych - proponujemy tu bardzo interesujące rozwiązania, a emocje wzbudza głównie Sienkiewicz.
Może brakuje mi politycznego doświadczenia. Z kolei w nadmiarze miał go chyba minister Giertych, a skutki tego polska szkoła będzie odczuwać jeszcze długo. Za to wiem, jak powinna wyglądać
dobra podstawa programowa. Jeżeli mamy dobrze zadbać o jakość polskiej edukacji, musimy przyjaźnie wymagać i od ucznia, i od nauczyciela. I ja wiem, jak to osiągnąć.
Rozmawiam i z panem premierem Schetyną i z panem premierem Tuskiem. Mam przekonanie, że robię coś sensownego i wiele proponowanych przeze mnie działań zostało wpisanych do celów
strategicznych rządu.
Pytajcie panowie o to pana premiera. Na pewno on też chce odpowiedniego poziomu nauczania i przyjaznej szkoły.