Zarówno opozycja, jak i i PSL mówią, że projekt odrzucą. Skąd więc taki pośpiech? Platforma chce, by jej projekt przepadł, bo w ten sposób będzie mogła przeforsować inne pomysły ograniczające finansowanie ugrupowań politycznych, m.in. zmniejszenie subwencji budżetowej dla partii oraz zakaz jej waloryzacji.

Reklama

PO mówiła głośno w kampanii wyborczej, że partie nie powinny być utrzymywane z państwowej kasy. W lutym złożyła nawet w tej sprawie projekt ustawy likwidujący tzw. subwencję budżetową, czyli dziś główne źródło utrzymania partii.

Wysokość subwencji zależy od liczby głosów zdobytych przez daną partię w wyborach. W 2008 r. łącznie na wszystkie ugrupowania, które znalazły się w Sejmie, w budżecie przewidziane jest 107 mln zł. W swoim projekcie PO zapisała, że ugrupowania polityczne będą utrzymywały się z odpisów podatkowych swoich wyborców - każdy obywatel mógłby przekazać 1 proc. swojego podatku ulubionej przez siebie partii. Wtedy na tym pomyśle nie pozostawił suchej nitki nie tylko PiS i SLD, ale też ludowcy.

Czy dziś koalicjant zmienił zdanie? "Nie, naszej zgody na to nie było i będzie" - mówi stanowczo poseł PSL Eugeniusz Kłopotek. Wtóruje mu Tadeusz Iwiński z SLD: "Opowiadamy się za utrzymaniem status quo. Bo są to reguły europejskie, tak jest w większości państw". I dodaje: "PO jest partią, która reprezentuje interesy ludzi bogatszych i ma dobre kontakty z biznesem. Liczy, że w ten sposób może dostać więcej pieniędzy, niż daje jej dziś subwencja".

Posłowie SLD i PiS przypuszczają, że Platforma wraca teraz z tematem finansowania partii nieprzypadkowo. Bo na najbliższym posiedzeniu Sejm zajmie się także sprawami, które PO nie są na rękę: debatą o drożyźnie oraz prezydenckim wetem w sprawie ustawy medialnej. "Dlatego może jest to temat zastępczy" - przypuszcza Karol Karski z PiS.

Oficjalnie politycy PO twierdzą, że przyspieszają z pracami nad zmianami zasad finansowania partii, ponieważ ostatnio subwencje zostały zwiększone ze względu na waloryzację. "A to jest sprzeczne z naszymi obietnicami" - twierdzi szef klubu PO Zbigniew Chlebowski. Ale nieoficjalnie posłowie mówią, że powód tego pośpiechu jest inny.

PO już dawno pogodziła się, że nie ma szans na przeforsowanie projektu, dlatego chce by upadł jak najszybciej. Dlaczego? Bo wtedy otworzy sobie drogę do forsowania innych zmian. "Gdy ustawa padnie, będziemy mieć mocny argument, by okroić budżetowe pieniądze dla partii" - mówi jeden z czołowych polityków Platformy. I doprecyzowuje: "Chcemy zmniejszenia subwencji i likwidacji przepisu nakazującego jej waloryzację, jeśli jest wysoka inflacja".

Ten pomysł nadal nie przekonuje ani PiS, ani lewicy. "A ja mam inną propozycję: żeby rząd pracował za darmo, żeby premier i ministrowie nie pobierali wynagrodzenia. Jakie to przecież będzie moralne" - ironizuje Karski.

Ale gdyby PO wyszła z takim projektem, możliwe, że poprą go także ludowcy. "Trzeba iść w tym kierunku, aby subwencji nie waloryzować. Można też ją zmniejszyć nawet o 50 proc. Myślę, że PSL może to rozważyć" - mówi pojednawczo Kłopotek.