Tak, ponad trzy lata temu. Pamiętam dokładnie datę: to był 19 czerwca 2005 roku, gdy doszło do gwałtownego zaostrzenia tonu PO. Zaczęto nas nagle atakować. Do dziś pamiętam swoje zaskoczenie - zastanawiałem się, co odpowiedzieć telewizji, która, bodaj w Bydgoszczy, zaczepiła mnie z prośbą o komentarz do zaskakującego wystąpienia Donalda Tuska na konwencji wyborczej PO. Wykręcałem się od jakiegokolwiek komentarza. Okazało się, że to właśnie był początek kampanii atakowania nas. Nawet raz, w czasie koalicyjnych rokowań między PiS a Platformą, koledzy z PO przyznali, że będą nas atakować bez względu na to, czy rozmowy będą trwać, czy nie. Ten atak niestety podjęła znaczna część mediów. Do dziś przekracza on coraz to nowe granice. A w ostatnich dniach został przekroczony kolejny Rubikon w sprawie Wojciecha Jasińskiego.
Tak, bo przecież na takich zasadach niemal każdemu ministrowi po 1989 roku można by postawić zarzuty. Jasiński na głowie stawał, by ze stoczniami coś zrobić. Użycie Trybunału Stanu jako
narzędzia walki propagandowej to właśnie przekroczenie kolejnego Rubikonu. Metoda jest wciąż ta sama, a jak już naprawdę nie da się nas za nic obciążyć, to wtedy media zaczynają
twierdzić, że niedobre wydarzenia to wina obu stron. Ten kształt życia publicznego mi nie odpowiada. Ale widzę jego źródła. On wyrasta z tego, że powstał rząd PiS, który zagrażał
establishmentowi.
Wyjaśnienie merytoryczne pojawiło się w internecie bardzo szybko. Mediów jakoś nie zainteresowało. Z tym jest jak z kimś napadniętym na ulicy, ciężko pobitym, który się trochę bronił.
Sprawca napadu krzyczy, że to skandal, że ma prawo bić bez żadnej odpowiedzi. My mamy prawo do obrony i czasem padnie ostre słowo, ale to jest relacja jak jeden do stu. Proszę poczytać sobie
Niesiołowskiego, Karpiniuka, Chlebowskiego. Proszę sobie wyobrazić reakcję mediów, gdyśmy nazwali ludzi PO "hienami cmentarnymi”. A Ewa Kopacz nazwała tak ludzi PiS. I jaka
była reakcja, gdzie oburzenie mediów? To jest niszczenie życia publicznego, czemu winni są nie tylko politycy.
To państwa ocena. Prezentacja PiS w mediach ma tę szczególną cechę, że pomija całą sferę merytoryczną. Np. bardzo liczne konferencje programowe czy moje przemówienia wygłaszane w
różnych częściach kraju. Choć zawsze są kamery wielu dziennikarzy, nic o tym się nie mówi i nie pisze. W naszym działaniu element merytoryczny jest bardzo mocny. Jeżeli mamy sytuacje, jak
przy stoczniach, gdy PO przez 10 miesięcy nie zrobiła prawie nic, a potem w perspektywie ciężkiej klęski próbuje zwalać to na nas, to jak mamy odpowiadać?
Powtarzam - była merytoryczna odpowiedź. Nasze projekty ustaw albo nie są rozpatrywane, albo odrzucane w pierwszym czytaniu, za to projekty rządowe to często ich kopie. Dyskusja może być
merytoryczna, kiedy dwie strony chcą ją prowadzić. A PO przyjęła, zgodnie z zaleceniami socjotechników, że lepiej wszystko dezawuować, operować inwektywą, odrzucać najoczywistsze fakty.
Niestety nie jest to weryfikowane przez większość mediów. Kontrola demokratyczna właściwie zanikła. Platformie wolno więcej, jak napisał redaktor jednej z przyzwoitszych gazet. Ja dodam -
Platformie wolno prawie wszystko. A to jest już sytuacja groźna dla demokracji.
Jeżeli państwo powiecie, że nie wszystko tutaj się udało, to rzeczywiście, macie rację. Dlatego właśnie wynajęliśmy zewnętrzną firmę internetową, która ma nam w tym pomóc. Własnymi
siłami się nie powiodło. Zobaczymy, jak to będzie działało. To są nie tylko problemy techniczne. Niezmiernie trudno jest znaleźć ludzi, którzy mają pewne publicystyczne zacięcie i
sprawnie piszą. Idą do mediów czy zawodów prawniczych. Lepiej się tam płaci i można się ciągle mylić, a za nic nie odpowiadać.
Może tak, ale jednak politycy są za to atakowani. Jeśli nie przez media, to choćby przez opozycję.
On się mylił w sprawach ekonomicznych. Był śmiertelnie oburzony, gdy ktoś ośmielał się mieć inne zdanie, a do tego jeszcze mieć rację, jak kiedyś Jerzy Eysymont w sprawie budżetu. Ale
rzeczywiście: Leszek Balcerowicz to świetny przykład osoby całkowicie niepodlegającej krytyce w głównym nurcie mediów. Czego by taki ktoś nie zrobił i tak jest wielki i dobry. Chyba żeby w
pewnym momencie, w ataku szaleństwa, Balcerowicz przyszedł do PiS i się do nas zapisał. Wówczas wszystkie jego błędy byłyby natychmiast wyciągnięte i analizowane.
Najpierw bym go zapytał, czy nie zmieniłby niektórych poglądów ekonomicznych. Ale możemy założyć, żebyśmy go przyjęli. A wracając do meritum: odpowiedź merytoryczna nie jest newsem.
Gdyby Aleksandra Natalii-Świat weszła na mównicę i zamiast poważnie odpowiedzieć, naubliżałaby ministrowi Jackowi Rostowskiemu, to news by był.
Jeżeli społeczeństwo zweryfikuje w pewnym momencie negatywnie tę socjotechnikę, to może nastąpi zmiana.
Państwo przyjmują teorię zaostrzającej się walki klasowej.
Do pewnego momentu tak będzie, ale jak gorsze notowania będą się utrzymywać, to może tę socjotechnikę zmienią? Choć będzie kłopot, gdyż w szeregach PO to jest już chyba trwałe
nastawienie mentalne.
Mnie jest trudno wypowiadać się na temat tych kontaktów i rozmów, bo obydwie strony umówiły się, że nic z nich na zewnątrz nie wyjdzie. Oczywiście, coś tam od brata wiem, ale nie będę
opowiadał. Ale przecież ci panowie się dobrze znają, od blisko trzydziestu lat. I to właśnie w kilku wypadkach dało już porozumienie. Ale są i emocje Donalda Tuska, o których dał znać np.
przy okazji podpisania umowy o tarczy. Ktoś celnie powiedział, że zachował się jak "o trzy lata za młoda debiutantka na balu”. Zapewniam, że to jest jednostronne. I jak
ktoś przywołuje przykład braku gratulacji prezydenta dla szefa PO, to ja tylko przypomnę, że po wygranych wyborach jako żywo Aleksander Kwaśniewski mi nie gratulował. I nie zauważyłem,
żeby media robiły z tego jakąś sprawę.
Dotarła. Fakt, że mnie państwo o to pytacie, to zresztą złamanie zasady, o której mówiłem, bo Tusk musiał komuś opowiedzieć o tym, co mówił prezydentowi. Ja tę informację rozumiem tak:
Donald Tusk ma pewne kłopoty z PSL, a resztę łatwo można sobie uzupełnić. Gdyby rzeczywiście chciałby ze mną się spotkać i porozmawiać w jakiejś sprawie merytorycznej, to ja nie
odmawiam. Ale przecież są telefony. Kiedy ja byłem premierem i mimo ataków chciałem z nim porozmawiać, to nie szukałem żadnych pośredników, a bodaj dwukrotnie do takiej rozmowy doszło. I
było zupełnie spokojnie.
Na pewno taki protokół mógłby powstać. W Polsce jest wiele spraw gardłowych, które powinny być przedmiotem ponadpartyjnej współpracy.
Do takich spraw na pewno należy służba zdrowia, drogi, energetyka, depopulacja, woda, której za jakiś czas może zabraknąć, wreszcie stan sił zbrojnych. To ważne zarówno z punktu widzenia
wspólnoty, jak i jednostki. Jest o czym rozmawiać. Uważam, że należy się z tymi sprawami do społeczeństwa zwrócić. Tyle że musi być jakiś punkt wyjścia. I nie chodzi o to, że partia
się zwróci do partii. Tu stosunki się naprawdę bardzo zaostrzyły. Nikt nie lubi być nieustannie obrażany. To tworzy bariery, które są trudne do przekroczenia. Można je przekroczyć, jeśli
jest sformułowana jakaś płaszczyzna merytoryczna. Wtedy nie trzeba za sobą przepadać, by podjąć rozmowy. Wystarczy, że się przyjmuje coś wspólnego do załatwienia. Sądzę, że można coś
takiego zrobić.
Nie, bo tu jest jasny zamiar. Z naszego punktu widzenia, a więc jedynej realnej opozycji, to jest dążenie do odebrania nam szansy choćby częściowego zniwelowania przewagi Platformy w mediach.
Taką szansę daje płatna kampania wyborcza w mediach. PO celowo chce nam to utrudnić, bo wie, że my wtedy dużo nadrabiamy. Przecież wiadomo, że jej łatwiej zdobyć prywatne pieniądze na
wybory. My nie mamy powiązań z grupami biznesowymi. Więc o tej ustawie w ogóle nie ma mowy.
Fakt, iż do wizyty doszło, pokazuje, jak bardzo mylą się ci, którzy uważają, że powinniśmy prowadzić politykę lękliwą, pełną kompleksów. Być brzydką panną bez posagu, która chce
się przymilić i broń Boże nie drażnić. Ale sam przebieg był do przewidzenia. Być może Rosja sądziła, że propozycja sformułowana na łamach "Gazety Wyborczej” (zgoda
Moskwy na tarczę, jeśli Polska odpuści Gruzję - red.) będzie dla ekipy Tuska atrakcyjna. Jeśli się zawiedli, a wszystko na to wskazuje, to dobrze.
To stara teoria, że skrajne partie są w istocie blisko siebie. Tyle że dziś to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. SLD wypadł z tego sporu, bo jest dzisiaj na marginesie. Upodobnił się
do prawicy z początku lat 90. Gdyby lewica była dużym przeciwnikiem, na pewno ten spór byłby dużo bardziej gwałtowny. A co do głosowań: drodzy państwo, przecież ja mogę wykazać, że PiS
jest partią intensywnie wspierającą PO! Przecież 70 - 80 proc. głosowań w Sejmie jest jednomyślnych. Prezydent podpisał ponad 140 ustaw, a nie podpisał tylko dwóch. Więc proszę oderwać
się od tej propagandy. My nie mówimy "nie, bo nie”. Ale zdarza się i tak, że razem z SLD głosujemy przeciw. Nie przeceniałbym tych momentów. W dyskusjach telewizyjnych,
bodaj w 99 proc. przypadków, SLD atakuje nas ramię w ramię z PO. Dużo łatwiej udowodnić, że istnieje koalicja tych dwóch partii niż PiS - SLD.
Wybaczą państwo, ale dlaczego w sytuacji, kiedy ogromna część mediów elektronicznych jest nam przeciwna, mielibyśmy jeszcze do tego chóru dołożyć telewizję publiczną? A przecież i tak
programy informacyjne w TVP nas atakują. Z naszego punktu widzenia pani Hanna Lis nie jest w niczym lepsza niż panie, które prowadzą "Fakty”. Przecież taki monopol jest
całkowicie wbrew regułom demokracji. Np. w USA jest CNN, ale i Fox News, żeby tylko odwołać się do tych 24-godzinnych kanałów informacyjnych. I jeden jest lewicowy, ale drugi tak prawicowy,
że w Polsce by uznano, że to są chorzy ludzie.
Tak, to chcę powiedzieć. Jest w TVP szereg audycji, których w innych stacjach pewnie by nie było. Jest "Misja specjalna”, program Wildsteina czy Pospieszalskiego. Ale przy
całym szacunku, Wildstein nie jest członkiem PiS, a całkowicie niezależnym publicystą i pisarzem. Jan Pospieszalski jest, jak sądzę, dużo bliżej związany z kręgami krytycznej wobec PiS
prawicy konserwatywnej niż z nami. Nie ukrywam osobistej sympatii dla pani Anity Gargas, ale rzadko oglądam "Misję” i nie wiem naprawdę, co będzie w programie. O jakiejkolwiek
inspiracji nie ma mowy. A poza tym, jeśli państwo sądzą, że ucieszyłem się z powrotu "Stawki większej niż życie”, to mogę uczciwie powiedzieć, że nie. Telewizja
PiS-owska to czysty mit.
Dam państwu taki przykład. W czasie debaty o stoczniach zostałem zaatakowany przez ministra Aleksandra Grada. Wszedłem na mównicę i w paru słowach mu odpowiedziałem. Zwróciłem też uwagę,
że zwracanie się do kogoś per "panie były premierze” nie jest czymś kulturalnym. Dodałem do tego niemiły komentarz dla Platformy. I co zrobił TVN w audycji "Dzień
po dniu”? Już od razu informuje, że Jarosław Kaczyński obraża się, gdy się o nim mówi "były premier”. Po czym rzeczywiście pokazują fragment wystąpienia
Grada, gdy on mówi "były premier Jarosław Kaczyński”. Ale nie pokazują tego, w którym mówi wprost do mnie: "panie były premierze!” Jak można w takiej
telewizji występować? Przecież oni robią ze mnie wariata. Facet, który był premierem i obraża się, że mówi się o nim "były premier”, jest po prostu niespełna rozumu.
Nie jestem w stanie obejrzeć politycznej audycji TVN, by nie złapać ich na ordynarnym kłamstwie czy manipulacji. Zasadą w TVN było, że dziennikarz przyłączał się do tych, którzy atakowali
PiS. Proszę się nie dziwić, że niewielu dawało sobie z tym radę. Należy do nich Jacek Kurski i dlatego często był wysyłany w bój. Jeśli nie są gotowi tego zmienić, to my naprawdę nie
umrzemy z tego powodu, że nas tam nie ma. Występują za to panowie, którzy z nami byli, a już z nami nie są. Niekiedy dzielnie bronią naszych racji, co sobie cenimy. Niekiedy nie, czego sobie
nie cenimy. Zawsze się ucieszymy ze zmiany w TVN, ale w tej chwili zmiany nie widzimy.
Ja odpowiadam w sposób precyzyjny: za moich czasów nie było i nigdy nie dostarczono mi żadnego dokumentu ani żadnej wiarygodnej informacji, że kiedykolwiek były. I tyle mogę państwu
powiedzieć. Skąd to wiem? Tak mówili ci, którzy powinni wiedzieć. Od Romana Giertycha też nie dostałem nigdy informacji, która mogłaby stać się podstawą wszczęcia śledztwa w tej
sprawie. Nie byłem premierem, gdy miała miejsce ta narada opisywana przez DZIENNIK. Ani wtedy, ani potem ci ministrowie mnie o tym nie poinformowali. Przynajmniej z jednym z nich musiałem o tych
sprawach kiedyś rozmawiać. Nie dowiedziałem się od niego niczego, co by mnie przekonywało, że więzienia były. Z generałem Nowkiem na ten temat nigdy nie rozmawiałem. W luźnych rozmowach ta
sprawa wracała, po publikacjach prasowych.
O lądowaniach wiem z mediów. Nie przeczę, że lądowały. Uważam, że ta sprawa jest niebezpieczna dla kraju i wtedy też tak ją traktowałem. Twierdzę, że wracanie do tego to odpowiedź na
zawarcie przez Polskę i USA umowy o tarczy. I uważam, że przynajmniej politycy nie powinni się w to angażować.
Casting trwa i jest coraz trudniejszy. Bo mamy coraz więcej kandydatów i spoza partii. Są wielkie roszczenia, by ich wystawiać.
To jest w tej sprawie rzecz drobna. Roszczenia są z najróżniejszych stron. Ale są także teoretycznie wewnątrzpartyjne. Np. jakaś osoba z partii zna profesora, który byłby wspaniałym
europarlamentarzystą, na pewno będzie lojalny. Tylko że z nami dotąd nie miał nic wspólnego. Tu aspirantów jest bardzo dużo. To są też ruchy ludowe...
Też, choć on akurat nie jest z ruchu ludowego.
A, rzeczywiście. Zupełnie o tym zapomniałem. W każdym razie to jest tak, że gdybym miał takie upoważnienie w partii, wszystkie "jedynki” byłbym w stanie obsadzić osobami
spoza PiS. Ale w żadnym razie nie jest to możliwe. Z przerażeniem patrzę na kolejne informacje mojej współpracownicy, kto chce ze mną rozmawiać. Bo z góry na 100 proc. wiem już, na jaki
temat.
Poprzednie "Silna Polska w silnej Europie” było dobre, ale nic nie dało. Mieliśmy 12 proc. Ale pamiętajcie państwo, że to było po 9,5 proc. w wyborach w 2001 r. Więc jednak
więcej. Gdybyśmy więc w tej chwili dostali 35 czy 36 proc., tobyśmy się bardzo nie obrazili. Ale to są trudne wybory, bo jeśli będzie mała frekwencja, to do urn pójdą albo ci, którzy są
bardzo "za”, albo bardzo "przeciw”.
Program będzie z całą pewnością inaczej ujęty, bo wiemy, że niektóre problemy, które trzy lata temu były mocno podnoszone przez opinię publiczną, dzisiaj są mniej aktualne. Tak mi to
wytłumaczyli socjologowie, którzy przed wyborami przeprowadzili bardzo pogłębione badania marketingowe, na które niestety myśmy się nie zdecydowali. Te dwa bardzo dobre lata, wyraźna poprawa
stopy życiowej i wzrost poczucia bezpieczeństwa, sprawiły, że pojawiły się potrzeby wczesnej fazy zamożności, aspiracje materialne wzrosły. Wyjazdy za granicę, lepszy samochód, większe
mieszkanie. Trzeba więc ten program nastawić na nieco inne potrzeby. Chcemy pokazać społeczeństwu, że nasza koncepcja życia społecznego, bardziej zintegrowanego systemu, przyniesie większe
korzyści i całemu społeczeństwu, i każdemu z osobna. W kategoriach wspólnoty pisać jest łatwo. Ale chcemy dotrzeć do ludzi, przekonać, że to się łączy z ich indywidualnym losem.
Kontakt z ludźmi. Tak jak podczas blisko 80 wizyt w miastach i miasteczkach, jakie odbyłem, objeżdżając Polskę. To są spotkania, z których się sporo wynosi. Dostrzega się pewne zjawiska,
potrzeby. To, co ludzie uważają za ważne, jaki jest zakres oczekiwań, które są nie do zaspokojenia w zakresie indywidualnym, a które budzą pewne zainteresowanie. Np. pomysł Donalda Tuska z
aquaparkiem w Redzikowie naprawdę jest niegłupi. Bo ludzie oczekują takich inwestycji. To kosztuje kilkanaście milionów złotych. Zauważyłem, że ludziom z takim aquaparkiem lepiej się żyje.
Traktują to jak pewien awans cywilizacyjny. Polityk musi umieć rozpoznać takie aspiracje.