Piętnastego września zaczęły się przymrozki. Myślę sobie: Szybalski, czas na ciebie. Wyżej, w górach spadł pierwszy śnieg. Nie ma na co czekać, jeszcze tydzień, dwa i do Łupkowa mogła przyjść zima. Zima w Bieszczadach przychodzi jesienią. Kończy się w kwietniu, czasem w maju. Trudno iść po górach w śniegu dwadzieścia kilometrów. W dodatku nie znając drogi, po ciemku, bez latarki, z małą kartką wyrwaną z zeszytu. Na kartce plan marszu z Łupkowa do schroniska w Komańczy. Co wiedziałem? No, wiedziałem, że w schronisku mają na mnie czekać Marzena i Jurek Rogala. To ich schronisko, w górze, niedaleko klasztoru. Tylko nie wiedzieli, kiedy przyjdę.

Towarzystwo mi się w internacie wykruszało. We wrześniu osiemdziesiątego drugiego roku już było wiadomo, że długo nie posiedzimy, może przed świętami wypuszczą. Może. A jak nie wypuszczą? W każdym razie była nas piętnastka. Jeszcze pod koniec sierpnia tylu chciało uciekać. Z każdym dniem coraz mniej. Antek - Macierewicz Antek - poszedł do szpitala. I przyszła informacja, że z tego szpitala uciekł. No, wyszedł któregoś dnia niezatrzymywany i już nie wrócił. A mieliśmy razem iść przez góry do Rogalów. Byliśmy przyjaciółmi. Niewielu miałem takich kumpli jak Antek, więc trochę byłem zły, że beze mnie dał nogę. Trudno. Pomyślałem: miał facet okazję, to z niej skorzystał. W porządku.

Koledzy tak koło dziesiątego września mówią: słuchaj, Boguś, może już nie warto uciekać, jeszcze parę miesięcy, damy radę, co to dla nas, już dziesięć siedzimy. Ale co to za tłumaczenie. Mnie przerzucali często, więc trudno było coś wcześniej zorganizować. Strzebielinek, Iława, Załęże, Kielce, Uherce, no i Łupków. W Łupkowie trzy baraki ustawione w podkowę. Zwykłe więzienie. Dwie wieże strażnicze, dwie linie zasieków z drutu kolczastego. Stu chłopa w kilkunastu pokojach. Mówię: panowie, teraz najlepszy czas. Ściemnia się wcześnie, długa noc, jest czas na dojście do schroniska, to nasz obowiązek - wjeżdżam im na ambicję. - Po co tu dalej siedzieć i czas marnować? Co, sam mam iść w te góry? Ale nikt się nie zdecydował.

Piłkę, taką zwykłą, sam brzeszczot dostałem na widzeniu. Chłopaki mówią, dobrze, Boguś, chcesz, to idź, my zostajemy. Pomogli piłować kraty, tak że ja już prawie nie musiałem. Puścili gryps do Rogalów. Oni też z Solidarności, ale tej wiejskiej. Nie znałem ich, nawet nie słyszałem, to nic, ważne, że się zdecydowali pomóc. Pręty nie takie grube, na dwa palce, parę dni to trwało, ale nadpiłowaliśmy tak, żeby się dało wygiąć i przejść. W poniedziałek po południu powiedziałem, że idę. Ruszę przed północą, jak już wszyscy zasną.

Niebezpieczeństwa były trzy: że mnie psy obszczekają i pogryzą, psy pilnujące terenu obozu, że mnie strażnik z wieży zobaczy, no i że jak mi się jednak uda przejść przez dwa rzędy drutów kolczastych, to zmylę drogę, a to by nie było dobre, bo nad ranem już mróz. Z kilku ostatnich obiadów zostawiałem trochę jedzenia dla czterech psów. Przez ostatnie dwa tygodnie próbowałem się z nimi zaprzyjaźniać. Coś im tam rzucałem do jedzenia, głaskałem, to takie owczarki niemieckie, ale niezbyt rasowe raczej. W gruncie rzeczy dobre psiaki, polubiły mnie chyba, ale pies to pies, w dodatku szkolony, żeby pilnować ogrodzenia, czy ktoś nie wchodzi lub nie wychodzi. Jak się w nocy zachowa, nie wiadomo.

Zgromadziłem ciepłe ubranie. Koledzy dali, co mogli. Miałem chyba trzy swetry, dwie pary kalesonów, kurtkę ocieplaną, szalik, wełnianą czapkę, rękawiczki. Po zamknięciu baraku odczekałem jeszcze godzinę. Koło jedenastej wygięliśmy kraty, ubrałem się w to wszystko i wyskoczyłem przed barak. Kucnąłem i czekam, co będzie. Jak psy zareagują. Chyba gdzieś dalej były. Nie widziałem ich jeszcze. Przeszedłem parę kroków w kierunku wieży. Cisza. I nagle słyszę chrapanie. Myślałem na początku, że to z któregoś baraku, ale nie. Podchodzę pod wieżę i słyszę już wyraźnie. Strażnik chrapie. No, facet ma krzepę, jeśli tak na zimnie śpi. Niech śpi jak najdłużej. Dobrych snów. Jeszcze parę kroków i wchodzę na pierwszego psa. Stoimy naprzeciw siebie. On tak na mnie patrzy, zaskoczony chyba. Wyjmuję z kieszeni kości, bo nam dali kiedyś kurczaka na obiad, nawet kawałek udka się zachował. Psu to bardzo smakuje. Przybiegają następne. Rzucam wszystko, co mam. Chleb nawet. Psy tam sobie jedzą, a ja powolutku, powolutku w stronę ogrodzenia. Tego żarcia niewiele było, więc psy zaraz za mną i patrzą, co ja robię. Przeskoczyłem pierwsze ogrodzenie, dwa kroki i następne. Zahaczyłem o druty kolczaste, ale jakoś się udało. Patrzę na psy, a one też na siatkę skaczą i chcą ze mną iść. Zaczynają piszczeć, to ja tak powolutku, powolutku, a potem już biegiem.

Wszedłem w las. Miałem iść na północ, ale po drodze straciłem trochę orientację. Księżyc za chmurami. Ciemno. Rzeka, właściwie górski strumyk. Naczytałem się kiedyś książek o Indianach, więc idę tym strumykiem dobre dwieście, trzysta metrów, żeby jak ruszy pogoń, psy straciły ślad. Idę pod górę. Łąka. Słyszę pohukiwania jakieś. Coraz bliżej. Są psy. No koniec, myślę. Ale to pasterskie owczarki. Pilnują stada owiec na połoninie. Jest dobrze, myślę. Za godzinę powinienem być w Komańczy. Widzę duży dom, to musi być schronisko Rogalów. Walę w drzwi. Ktoś wychodzi i pyta:
- Boguś?
- No Boguś, Boguś. Jurek?
- Jurek, tak, chodź, chodź, czekamy na ciebie.

Nie czuję nóg. Nie, nie są odmrożone, po prostu całe w bąblach, odparzone. Jurek mówi, że już wszystko przygotowali. Wkładam suche ubranie. O szóstej znajomy Rogalów jedzie do Rzeszowa. Mam się z nim zabrać. To ma być star z naczepą wypełnioną drewnem. Schodzimy w dół. Do Rzepedzi. Trzy kilometry przez pola. Star już czeka. Po trzech godzinach jazdy wysiadam przy dworcu kolejowym w Rzeszowie. Za chwilę mam pociąg do Krakowa. W pociągu śpię. Na dworcu w Krakowie idę do ubikacji, patrzę w lustro i widzę jakby nie siebie. Umorusany, jak kloszard jakiś. Jest południe, ja zarośnięty. Golę się u fryzjera, włosy myję, już wyglądam jak człowiek.

Kupuję bilet do Gdyni, kuszetkę. Rano wysiadam w Gdyni. Znajomi już na mnie czekają. Odbierają z dworca. Ale widzą, że chodzić nie mogę, więc mnie najpierw wiozą do lekarza. Doktor Machalska mówi, że nic wielkiego, po prostu mam wielkie bąble na stopach. Bierze skalpel i po kłopocie, bandażuje. Kilka dni później już nie ma śladu. Jest informacja z Łupkowa. Nawet nikt nie zauważył, że uciekłem. Dopiero po tygodniu komendant obozu spytał: a gdzie Szybalski? No, ale nikt nie wiedział, gdzie Szybalski.

Mogę ruszać dalej, na Śląsk, do rodziny. Siedzę tam trzy miesiące, a 23 grudnia wsiadam w pociąg i wracam do Gdańska. Ostatni wychodzą z internowania. Nie bardzo wiem, jaka jest moja sytuacja. W sylwestra jadę do domu, do Elbląga. Zobaczymy, co będzie, myślę. Sylwestra urządzamy z żoną w domu. Przychodzą znajomi. Nad ranem idę spać i zaraz walenie do drzwi. Wchodzi dwóch po cywilnemu i zabierają do komendy. Rozmowa krótka, pytają, co zamierzam robić. Ja że na razie nie wiem co. Każą mi wracać do Łupkowa. Nie żeby tam siedzieć. Po prostu mam pojechać do internatu po swoje dokumenty, rozliczyć się, jak mówią.

No to wsiadam w pociąg. Dwóch ludzi od nich mnie eskortuje. W Warszawie mam przesiadkę. Idę do ubikacji i się im urywam. Wpadam na chwilę do Macierewiczów. Antek się jeszcze ukrywa, po tej ucieczce ze szpitala w Sanoku. Jest tylko żona. Potem pociąg do Rzeszowa, przesiadka, Łupków, Rzeszów, Warszawa, Gdańsk, Elbląg. Jestem w domu. Wpadam do Gdańska. Rozmawiam z Merkelem. On mówi, żebym uważał, bo cały czas przesłuchują ludzi. Ale co mi mogą zrobić. Najwyżej wrócę do więzienia za ucieczkę.

Po paru dniach przychodzą dwaj elegancko ubrani dżentelmeni i zabierają mnie do hotelu w Gdańsku. Mówią, że są z Warszawy i że musimy porozmawiać. Siedzimy przy bułgarskim koniaczku. Oni, że umożliwią mi karierę w Solidarności. Oczywiście jeśli podpiszę zobowiązanie do współpracy. Widzą, że to nie jest dla mnie temat do rozmowy, więc wsadzają do poloneza i wiozą do domu. Po drodze zatrzymujemy się w jakimś zajeździe, coś jemy, parę setek wódki, pytają, czy może się namyśliłem. Nie namyśliłem się. Odstawiają do Elbląga, a żona mówi, że ze mnie pijak, w dodatku z kim ja piję, jakbym nie miał lepszego towarzystwa, a ja - że czasem tak trzeba.

To prawda, że parę miesięcy później wyrzucili mnie z pracy w Transbudzie i nigdzie nie mogłem znaleźć roboty. Ale zaraz jak powstała Spółdzielnia Pracy Gdańsk, to Merkel załatwił mi tam fikcyjny etat, wiadomo, obowiązek pracy, każdy musiał mieć pieczątkę, zatrudniony tu i tu, od tego i tego dnia. Oficjalnie zatrudniony w spółdzielni zacząłem pracować w podziemiu. Z Jackiem. Dopiero po paru latach dowiedziałem się, że byłem jedyny, któremu udało się uciec z internowania. Nie licząc tych, którzy wyszli na leczenie i nie wrócili. Ale to akurat nie była wielka sztuka. I moja zresztą też nie była zbyt wielka. Taka przygoda. I tyle.



Teksty ze specjalnego wydania "Newsweeka" na 25. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego znajdziesz też na www.newsweek.pl