"Wielgus był osobą, dla której najbardziej liczyła się kariera. Dla niej był w stanie zrezygnować z wartości moralnych" - mówi DZIENNIKOWI publicysta Tomasz Terlikowski, autor tekstu o współpracy abp. Wielgusa z bezpieką.
Agnieszka Sopińska: Kim jest dla pana arcybiskup Stanisław Wielgus?
Tomasz Terlikowski: To kandydat na nowego metropolitę warszawskiego, który z wielu powodów moralnych i historycznych nie powinien obejmować tego urzędu. Jest postacią smutną, która dała się złamać wiele lat temu, a teraz nie potrafi zachować się honorowo.
Co jest większym błędem: wieloletnia współpraca z SB czy też wypieranie się jej dzisiaj?
To dwa elementy, które są równie istotne. Lektura tych dokumentów pokazuje, że ks. Wielgus był osobą, dla której najbardziej liczyła się kariera. Dla niej był w stanie zrezygnować z wartości moralnych. Nauka, kariera, własny interes były najważniejsze. To oczywiście wyobrażenie wyniesione z lektury ubeckich akt, które zostały napisane przez wrogów Kościoła. Widzimy w nich jednak tego samego człowieka, dla którego prawda nie jest najważniejsza. Bo przecież przez te ostatnie trzy tygodnie abp Wielgus wielokrotnie mijał się z prawdą.
Idąc do IPN, spodziewał się pan, że znajdzie tam dowody tak jednoznacznie wskazujące na współpracę abp. Wielgusa z SB?
Miałem nadzieję, że będzie inaczej. Miałem nadzieję, że dziennikarze "Gazety Polskiej" się pomylili, że nadinterpretowali informacje, które mieli. Ale jednocześnie miałem poczucie, że trzeba być przygotowanym na złą sytuację. Niestety moja nadzieja się nie potwierdziła.
Który z dokumentów zrobił na panu największe wrażenie?
Było ich kilka. Ale jedno z mocniejszych dotyczy tego, dlaczego właśnie on został wytypowany do współpracy z wywiadem. Tam są zdania typu: ks. Wielgus znany jest z tego, że w młodości był religijnym radykałem, ale w tej chwili na szczęście zmienił się, jest zwyczajnym księdzem, który ceni sobie sytuację w Polsce i da się z nim rozmawiać. W tym samym dokumencie oficer bezpieki opisuje stosunek ks. Wielgusa do polskiego katolicyzmu. Według niego Kościół w Polsce jest zamknięty, beznadziejny, kiepski, a Episkopat ma zbyt twardy stosunek do komunizmu. W tych materiałach zobaczyłem księdza, którego poglądy z tamtych czasów mają się nijak do poglądów z dzisiaj. I zadałem sobie pytanie: kiedy kłamał? Czy można poważnie traktować to, co dziś mówi? To było dla mnie bardzo trudne, smutne przeżycie. Zetknięcie z karierowiczostwem w czystej postaci, najgorszej z możliwych jest bolesne. Przecież to ma być mój pasterz, zwierzchnik mojej diecezji.
Nie ma pan absolutnie żadnych wątpliwości? Te materiały SB wydają się panu całkowicie wiarygodne?
Ksiądz Wielgus przekroczył wszelkie dopuszczalne normy dialogu z SB w sprawie paszportu. Na tym etapie dyskusyjna pozostaje sprawa tego, jak bardzo i komu konkretnie zaszkodził. Wiemy, jaki był zakres jego współpracy z SB, ale nie mamy jasnych świadectw, jak bardzo szkodliwa była jego działalność.
Prowincjał jezuitów o. Dariusz Kowalczyk mówi, że sprawy Mariana Jurczyka, Lecha Wałęsy i Zyty Gilowskiej pokazują, że nawet sądowe wyroki nie kończą wątpliwości, bo na podstawie materiałów SB nie da się jednoznacznie uznać, czy ktoś był TW, czy nim nie był.
O czym my dyskutujemy? Przecież ks. Wielgus dwukrotnie zobowiązał się do współpracy! Ojciec Dariusz Kowalczyk podobnie jak spora część Episkopatu próbuje stwarzać wrażenie, że ubecy byli idiotami, którzy zajmowali się produkcją niepotrzebnego nikomu papieru. Ale jest to teza nieprawdziwa.
Bardzo często w dyskusji przywoływane są słowa papieża Benedykta XVI wypowiedziane w warszawskiej archikatedrze, że „trzeba unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń”. Te słowa padają pod pana adresem.
Przywoływanie słów papieża w tym kontekście rozbawia mnie. Stosuje się tu bowiem drażniącą nadinterpretację tego, co mówił Ojciec Święty. Gdyby ją przyjąć, musiałbym zrezygnować z dziennikarstwa i zająć się na przykład hodowaniem kwiatków. Przecież ocenianie każdej osoby starszej ode mnie i jej działalności w przeszłości może być traktowane jako poza aroganckiego sędziego minionych pokoleń. Jestem dziennikarzem i moim zadaniem jest docieranie do prawdy.
Obrońcy abp. Wielgusa powołują się na stanowisko Watykanu z zeszłego tygodnia popierające kandydata na metropolitę warszawskiego.
Czy ci obrońcy chcą powiedzieć, że Ojciec Święty widział te dokumenty? Przecież nie mógł ich widzieć. Podjął decyzję, kiedy jeszcze nie było wiadomo, co zawierają archiwa. Teraz ta wiedza jest o wiele szersza.
Jak ta sytuacja powinna się skończyć?
Odpowiedź jest prosta: w sytuacji kryzysu Kościół powinien wracać do swoich korzeni, czyli do Ewangelii. Oczywiście mówi ona o miłosierdziu, ale mówi też o prawdzie i sprawiedliwości. Nie tylko te wydarzenia sprzed ponad 20 lat, ale też dzisiejsza postawa arcybiskupa pokazują, że trudno sobie wyobrazić, by miał on moralny autorytet, by spełniać posługę metropolity warszawskiego. Arcybiskup sam powinien zrezygnować z tej funkcji. Natomiast w dłuższej perspektywie ta sprawa jest dowodem na to, że chowanie głowy w piasek nie ma sensu. Te dokumenty i tak wypłyną.
Myśli pan, że będzie ona zimnym prysznicem dla hierarchów?
Od tego, jak ta sprawa zostanie załatwiona, dużo zależy. Określi to bowiem na wiele lat, jak będą załatwiane inne skandale w Kościele. Jest pytanie, czy księża biskupi odważą się w końcu na jednoznaczne zerwanie z solidarnością korporacyjną. Bo jeżeli na przykład za kilka lat wybuchnie w Polsce skandal seksualny, czy wtedy zdecydujemy się na stanięcie w prawdzie, czy też winni znów okażą się ci, którzy będą o tym mówić. Tak więc jest to moment w pewnym sensie przełomowy.
Tomasz P. Terlikowski, publicysta, dr nauk humanistycznych, filozof
Tomasz Terlikowski: To kandydat na nowego metropolitę warszawskiego, który z wielu powodów moralnych i historycznych nie powinien obejmować tego urzędu. Jest postacią smutną, która dała się złamać wiele lat temu, a teraz nie potrafi zachować się honorowo.
Co jest większym błędem: wieloletnia współpraca z SB czy też wypieranie się jej dzisiaj?
To dwa elementy, które są równie istotne. Lektura tych dokumentów pokazuje, że ks. Wielgus był osobą, dla której najbardziej liczyła się kariera. Dla niej był w stanie zrezygnować z wartości moralnych. Nauka, kariera, własny interes były najważniejsze. To oczywiście wyobrażenie wyniesione z lektury ubeckich akt, które zostały napisane przez wrogów Kościoła. Widzimy w nich jednak tego samego człowieka, dla którego prawda nie jest najważniejsza. Bo przecież przez te ostatnie trzy tygodnie abp Wielgus wielokrotnie mijał się z prawdą.
Idąc do IPN, spodziewał się pan, że znajdzie tam dowody tak jednoznacznie wskazujące na współpracę abp. Wielgusa z SB?
Miałem nadzieję, że będzie inaczej. Miałem nadzieję, że dziennikarze "Gazety Polskiej" się pomylili, że nadinterpretowali informacje, które mieli. Ale jednocześnie miałem poczucie, że trzeba być przygotowanym na złą sytuację. Niestety moja nadzieja się nie potwierdziła.
Który z dokumentów zrobił na panu największe wrażenie?
Było ich kilka. Ale jedno z mocniejszych dotyczy tego, dlaczego właśnie on został wytypowany do współpracy z wywiadem. Tam są zdania typu: ks. Wielgus znany jest z tego, że w młodości był religijnym radykałem, ale w tej chwili na szczęście zmienił się, jest zwyczajnym księdzem, który ceni sobie sytuację w Polsce i da się z nim rozmawiać. W tym samym dokumencie oficer bezpieki opisuje stosunek ks. Wielgusa do polskiego katolicyzmu. Według niego Kościół w Polsce jest zamknięty, beznadziejny, kiepski, a Episkopat ma zbyt twardy stosunek do komunizmu. W tych materiałach zobaczyłem księdza, którego poglądy z tamtych czasów mają się nijak do poglądów z dzisiaj. I zadałem sobie pytanie: kiedy kłamał? Czy można poważnie traktować to, co dziś mówi? To było dla mnie bardzo trudne, smutne przeżycie. Zetknięcie z karierowiczostwem w czystej postaci, najgorszej z możliwych jest bolesne. Przecież to ma być mój pasterz, zwierzchnik mojej diecezji.
Nie ma pan absolutnie żadnych wątpliwości? Te materiały SB wydają się panu całkowicie wiarygodne?
Ksiądz Wielgus przekroczył wszelkie dopuszczalne normy dialogu z SB w sprawie paszportu. Na tym etapie dyskusyjna pozostaje sprawa tego, jak bardzo i komu konkretnie zaszkodził. Wiemy, jaki był zakres jego współpracy z SB, ale nie mamy jasnych świadectw, jak bardzo szkodliwa była jego działalność.
Prowincjał jezuitów o. Dariusz Kowalczyk mówi, że sprawy Mariana Jurczyka, Lecha Wałęsy i Zyty Gilowskiej pokazują, że nawet sądowe wyroki nie kończą wątpliwości, bo na podstawie materiałów SB nie da się jednoznacznie uznać, czy ktoś był TW, czy nim nie był.
O czym my dyskutujemy? Przecież ks. Wielgus dwukrotnie zobowiązał się do współpracy! Ojciec Dariusz Kowalczyk podobnie jak spora część Episkopatu próbuje stwarzać wrażenie, że ubecy byli idiotami, którzy zajmowali się produkcją niepotrzebnego nikomu papieru. Ale jest to teza nieprawdziwa.
Bardzo często w dyskusji przywoływane są słowa papieża Benedykta XVI wypowiedziane w warszawskiej archikatedrze, że „trzeba unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń”. Te słowa padają pod pana adresem.
Przywoływanie słów papieża w tym kontekście rozbawia mnie. Stosuje się tu bowiem drażniącą nadinterpretację tego, co mówił Ojciec Święty. Gdyby ją przyjąć, musiałbym zrezygnować z dziennikarstwa i zająć się na przykład hodowaniem kwiatków. Przecież ocenianie każdej osoby starszej ode mnie i jej działalności w przeszłości może być traktowane jako poza aroganckiego sędziego minionych pokoleń. Jestem dziennikarzem i moim zadaniem jest docieranie do prawdy.
Obrońcy abp. Wielgusa powołują się na stanowisko Watykanu z zeszłego tygodnia popierające kandydata na metropolitę warszawskiego.
Czy ci obrońcy chcą powiedzieć, że Ojciec Święty widział te dokumenty? Przecież nie mógł ich widzieć. Podjął decyzję, kiedy jeszcze nie było wiadomo, co zawierają archiwa. Teraz ta wiedza jest o wiele szersza.
Jak ta sytuacja powinna się skończyć?
Odpowiedź jest prosta: w sytuacji kryzysu Kościół powinien wracać do swoich korzeni, czyli do Ewangelii. Oczywiście mówi ona o miłosierdziu, ale mówi też o prawdzie i sprawiedliwości. Nie tylko te wydarzenia sprzed ponad 20 lat, ale też dzisiejsza postawa arcybiskupa pokazują, że trudno sobie wyobrazić, by miał on moralny autorytet, by spełniać posługę metropolity warszawskiego. Arcybiskup sam powinien zrezygnować z tej funkcji. Natomiast w dłuższej perspektywie ta sprawa jest dowodem na to, że chowanie głowy w piasek nie ma sensu. Te dokumenty i tak wypłyną.
Myśli pan, że będzie ona zimnym prysznicem dla hierarchów?
Od tego, jak ta sprawa zostanie załatwiona, dużo zależy. Określi to bowiem na wiele lat, jak będą załatwiane inne skandale w Kościele. Jest pytanie, czy księża biskupi odważą się w końcu na jednoznaczne zerwanie z solidarnością korporacyjną. Bo jeżeli na przykład za kilka lat wybuchnie w Polsce skandal seksualny, czy wtedy zdecydujemy się na stanięcie w prawdzie, czy też winni znów okażą się ci, którzy będą o tym mówić. Tak więc jest to moment w pewnym sensie przełomowy.
Tomasz P. Terlikowski, publicysta, dr nauk humanistycznych, filozof
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|