Byłego ministra spraw wewnętrznych prokuratura oskarża o ujawnienie tajemnicy państwowej. Grozi mu pięć lat więzienia, ale Milczanowski nie przyznaje się do winy. W 1995 roku twierdził, że Oleksy był agentem o kryptonimie Olin. Polityk lewicy stanowczo zaprzeczał, by współpracował z rosyjskimi tajnymi służbami. Nie kwestionował natomiast, że biesiadował z Władimirem Ałganowem - moskiewskim agentem. W końcu Oleksy i tak podał się do dymisji.
Dziś obaj panowie nie szczędzili sobie przykrych uwag. 67-letni Milczanowski przed wejściem na salę rozpraw stwierdził, że nie ma sobie nic do zarzucenia i teraz zrobiłby to samo. Oleksy zaś, który jest w procesie oskarżycielem posiłkowym, powiedział tylko, że były szef MSW "zaufał dawnym esbekom". I nic nie zmieni szkód, jakie Milczanowski mu wyrządził.
Proces jest tajny, niewiele więc wiadomo o tym, co działo się na sali rozpraw. Józef Oleksy ujawnił tylko, że zeznawał sam Milczanowski.
Prokuratura twierdzi, że Milczanowski nie miał prawa informować o swoich podejrzeniach wysokich urzędników państwowych. A rozmawiał o tym m.in. z ówczesnym prezydentem-elektem Aleksandrem
Kwaśniewskim oraz z marszałkami Sejmu i Senatu, prezesem Sądu Najwyższego, prezesem Trybunału Konstytucyjnego i prezesem Naczelnego Sądu Administracyjnego, a także z szefem MSZ Władysławem
Bartoszewskim.
Śledztwo w sprawie Józefa Oleksego wszczęła prokuratura wojskowa na wniosek Milczanowskiego. Jednak zostało ono umorzone w kwietniu 1996 roku. Stwierdzono wtedy, że materiały zebrane przez UOP
nt. Oleksego można traktować "wyłącznie jako poszlaki". Do dziś nie wiadomo, kto był agentem KGB o kryptonimie Olin.