Chodzi o założoną w 1994 roku fundację Pro Civili. Założyło ja dwóch Austriaków, jednak - jak pisze "Wprost" - była to tylko ochronka dla nielegalnych działań WSI. Pro Civilis handlowała z firmami-krzakami, założonymi przez wojskowe specsłużby. Wszystko po to, żeby przekonać banki do udzielenia im kredytów. Zabezpieczeniem jednej z pożyczek była warta majątek trucizna melityna. Prawdopodobnie oficerowie specsłużb przemycili ją z Ukrainy lub Rosji.

"Nic nie wiedziałem o związkach fundacji z WSI" - mówił tygodnikowi Maksymiuk.

Gazeta pisze także, że w raporcie bardzo wiele miejsca poświęcono kontaktom Wojskowych Służb Informacyjnych z ich rosyjskimi odpowiednikami. Większość wysokich rangą oficerów WSI, którzy wcześniej służyli w Zarządzie II Sztabu Generalnego WP, szkoliła się w obozach sowieckiego wywiadu GRU. Dotyczy to ostatniego szefa służb, gen. Marka Dukaczewskiego, jak również 800 innych żołnierzy.

A jeszcze w latach 90. oficerowie zakładali teczki werbowanych agentów na rosyjskich drukach.