Marcin Przeciszewski: Czego dotyczy książka "Księża wobec bezpieki"? Czy jest ukazaniem skomplikowanego procesu prześladowań Kościoła w PRL, czy jest przede
wszystkim próbą upublicznienia nazwisk osób, które w archiwach IPN figurują jako tajni współpracownicy?
Abp Józef Życiński: Są w niej zarówno fragmenty o pięknych kartach Kościoła jak i bolesnych, a ocena proporcji nie jest najważniejsza. Oceniając tę publikację zacząłbym od jej
stron pozytywnych. W książce znajdujemy bardzo ważne stwierdzenia i wątki, które trzeba konsekwentnie rozwinąć. Np. na str. 224 znajdujemy wiadomość, że obecny arcybiskup Wojciech Ziemba
został zakwalifikowany jako TW przy pierwszym spotkaniu z SB-kiem. Oficer ten dodatkowo zakwalifikował go jako współpracownika wywiadu. Widzimy więc dość typowy mechanizm SB. Pierwszy kontakt,
pierwsza rozmowa i od razu klasyfikacja, o której obecny arcybiskup nic nie wiedział. Tymczasem twierdzi się, że każdy rejestrowany TW musiał o tym wiedzieć, sam fakt rejestracji poprzedzał
długi proces przygotowawczy, a nikogo nie zarejestrowano przez zaskoczenie. Tego typu fakty - przytoczone przez ks. Isakowicza-Zaleskiego - niszczą pewną obowiązującą mitologię. Niestety, ta
mitologia obecna jest na dalszych stronach książki.
Podałbym dwa nazwiska, których publikacja w książce szczególnie mnie zabolała. Chodzi o nazwisko księdza infułata Stanisława Małysiaka oraz ks. prof. Augustyna Jankowskiego, benedyktyna z
Tyńca, który był znanym biblistą. Obydwu znam jako piękne, dojrzałe i odpowiedzialne osobowości. Pamiętam jak ks. Małysiak poświęcał się, drukując nam nielegalne teksty, a w czasie
wojny walczył w Powstaniu Warszawskim. Tymczasem autor książki, kierując się swoiście rozumianą metodologią, stwierdza: jak jest to możliwe, że ten gorliwy kapłan ks. Małysiak, został
zarejestrowany jako "Rybka". Odpowiem: Jest możliwe, bo UB-owcy potrafili pisać i różne rzeczy wpisywali do akt. Jeśli potrafili zarejestrować abp. Ziembę, to potrafili też
zarejestrować ks. Małysiaka.
To samo dotyczy ks. prof. Augustyna Jankowskiego. Tymczasem autor książki opatruje to komentarzem, że nie sposób odpowiedzieć, czy była to świadoma współpraca. Przepraszam, sąd lustracyjny
stwierdza, że aby powiedzieć o kimś, że był tajnym współpracownikiem, to trzeba to wykazać i udowodnić. Jeśli nie ma żadnych dowodów, są to tylko insynuacje.
Przykro mi, że w wielu punktach praktyka interpretacyjna przyjęta w książce odstaje wyraźnie od praktyki przyjętej przez sądy lustracyjne, jak również Kościelne Komisje Historyczne.
Świadczy to niepokojąco o lekceważeniu zasad humanizmu. W praktyce nieobecne jest w książce nauczanie papieskie, które mówi o tych sprawach.
W jakim konkretnie sensie?
W interpretacjach o podstawowej doniosłości nie znajdujemy tu szacunku dla człowieka, ani troski o godność ludzką, którą widać choćby w
wielu innych artykułach. A przecież o to wielokrotnie apelował Jan Paweł II. Zobowiązuje to nas do respektu dla godności człowieka w poszukiwaniu prawdy. Niestety, praktycznych wniosków z
tego nauczania w książce nie znajdziemy. Znajdziemy natomiast ogólniki na poziomie "kolega tego kolegi miał kolegę w kręgu otoczenia Ojca Świętego". Pominięcie humanizmu,
którego nauczał Jan Paweł II, i który stanowi zobowiązanie dla Kościelnych Komisji Historycznych, to nie tylko kwestia hermeneutyki. Zauważmy, jakie są następstwa lekceważenia tych zasad...
W ostatnim "Tygodniku Powszechnym" została omówiona korespondencja ks. Tadeusza Szarka, przedstawionego w książce jako konfident. Pisze on: "Niedługo przyjdzie mi
stanąć na Bożym sądzie. UB nie udało się mnie złamać. Wiele dobrego zrobiłem, mam prawo do dobrego imienia, a to dobre imię odbierają mi dziś pomówieniami. Jakim prawem?". Tu
jest ten problem zasadniczy.
Moja następna uwaga krytyczna, to sposób potraktowania zmarłych. Wielu ludzi wymienionych w książce nie ma możliwości obrony, bo już nie żyją. Czy trzeba było aż tak szczegółowo
przekazywać wyłącznie SB-ecką interpretację zdarzeń ich dotyczących? W tym kontekście rodzi się pytanie: Czy prawda, według SB, jest dla nas najwyższym kryterium prawdy?
Czyli zabrakło wymaganej od historyków naturalnej krytyki źródeł?
Książka jest bardzo nierówna i w niektórych punktach ta krytyka jest obecna. Jednak w większości
przypadków zasada ta nie jest stosowana. Przykładem tego jest atak na znanego i wysoko cenionego nie tylko w Polsce przedstawiciela Stolicy Apostolskiej. W książce widnieje on pod pseudonimem
Henryk. W tym wypadku autor nie przytacza żadnych innych źródeł, poza SB-ckimi. Wyobraźmy sobie, że w Rosji wydana zostaje książka o polskich dyplomatach, pisana jedynie na podstawie
zapisków KGB. Uznalibyśmy, że jest to skandal o charakterze międzynarodowym. Tymczasem taka procedura została zastosowana w książce. Nie da się też merytorycznie uzasadnić wprowadzenia tej
osoby do książki, gdyż arcybiskup ów urodził się w Bawarii, a z Krakowem miał tylko taki związek, że czasami zmieniał pociąg na tamtejszym dworcu. Jego mama mieszka w Polsce, ma 80 lat i
jest samotna. Jeśli ta sensacja to niej dotrze, to obawiam się, że Pan Bóg kiedyś surowo rozliczy tych, którzy wykreowali taką sensację, traktując esbeckie zapisy jako źródło prawdy,
którego nie trzeba już porównywać z innymi źródłami.
Zaskoczeniem jest, że autor tak dużo uwagi poświęcił sprawie bp. Wiktora Skworca i sprawie ks. Stefana Filipowicza. Obydwie te osoby wnikliwie opisały już swoją sytuację. Ks. Filipowicz
zrobił to w sposób przejmujący, ukazujący cały dramat tamtejszych wydarzeń. Tymczasem opis zawarty w książce dotyczący ks. Filipowicza, w porównaniu z jego relacją, wydaje się płaski,
tak jak płaskie są raporty SB-eckie, w porównaniu z dramatem życia.