Palikot przytacza w swojej książce wiele nieprawdopodobnych opowieści. Polityk przez wiele lat zastanawiał się na przykład, dlaczego nie lubi Francuzów. Okazało się, że w czasach napoleońskich ranny francuski żołnierz zabłądził w okolice Biłgoraja, skąd pochodzi rodzina polityka i - jak to opisuje Palikot - "coś się wydarzyło" między żołnierzem a jego prababką. "Wydarzenie to stało się rodzinnym tabu kumulującym negatywną energię przekazywaną z pokolenia na pokolenie" - wyjaśnia poseł PO.

Palikot, który dorobił się sporych pieniędzy na produkcji alkoholu, ujawnia też, że postanowił spróbować życia w pełnej ascezie. Zamieszkał w wieloosobowej celi klasztoru na górze Athos, jadł dwa razy dziennie zimne i bezmięsne posiłki, wstawał o pierwszej w nocy i szedł na kilkugodzinną modlitwę. "Którejś nocy przestałem odczuwać jakiekolwiek zmęczenie - mijały godziny, a ja nie musiałem opierać się o podłokietniki, byłem całkowicie trzeźwy i skupiony, czując chęć trwania w kontemplowaniu tego, co się wokół dzieje" - wspomina polityk.

Ale prawdziwy, heroiczny wyczyn był jeszcze przed nim. Bo po umartwianiu się w klasztorze przyszedł czas na biegun północny. Wybrał się tam ze znanym polarnikiem Markiem Kamińskim. "Przede wszystkim ciekawość, jak tam jest; potem pragnienie dowartościowania siebie, bo mało kto tam dotarł; w końcu chęć sprawdzenia, czy poradzę sobie w ekstremalnych warunkach" - wyznaje czytelnikom Palikot.


Kamila Wronowska: Czy mógłby pan być liderem PO?
Janusz Palikot: Mógłbym. W towarzystwie Pawła Śpiewaka pewnie. Moja droga życiowa, wykształcenie skłania do tego, bym był takim najbardziej liberalnym człowiekiem PO.

Co panu przeszkadza, by zostać liderem?
Wszystko wymaga czasu. Zostałem szefem lubelskiej PO. Były wybory samorządowe. Nasz kandydat wygrał wybory prezydenckie w Lublinie. A to wymagało bardzo dużo pracy w terenie. Więc pół roku spędziłem głównie tam i nie zajmowałem się polityką ogólnokrajową. Teraz zamierzam się uaktywnić.

Jakie ma pan ambicje polityczne? Gdzie się pan widzi za kilka lat?
Albo w rządzie, albo we władzach partii, która taki rząd sformułuje.

Nie musi to być PO?
Z Platformy wyjść nie zamierzam. Więc myślę, że za kilka lat też będę w PO.

W rządzie chciałby być pan ministrem czy premierem?
Nie mam ambicji bycia premierem. Jest kilka obszarów, w których mógłbym coś na dobre zmienić, na przykład w gospodarce. Ale będąc dwa lata przed wyborami, trudno mówić o szczegółach. Bo wyglądałoby to na pychę i nieuzasadnioną deklarację.

Napisał pan, że gdyby PO weszło w koalicję z Samoobroną, odszedłby pan z partii.
Tak. Bo ludzie, którzy tam są, powinni siedzieć w więzieniach, a nie w Sejmie.

Napisał pan też, że w PO znalazłyby się osoby, które z Andrzejem Lepperem skłonne byłyby się układać
Było już kilka takich pokus, na szczęście nigdy taki pogląd nie zwyciężył i przeważała opinia, że nie ma szans na współpracę z Samoobroną.

Kto chciał współpracy z Lepperem?
To są narady bardzo ścisłe, w wąskich grupach i nie chcę tego upubliczniać.

Ale wśród liderów były takie pomysły?
Nie będę tego dalej komentował.

Już raz chciał pan odejść z polityki. Razem z senatorem Krzysztofem Cugowskim mieliście złożyć mandaty.
Rzeczywiście postanowiliśmy, że jeśli nam się nie uda w województwie lubelskim doprowadzić do zmiany władzy, to poważnie braliśmy pod uwagę, by złożyć mandaty. Ale że wygraliśmy wybory w województwie i jest szansa na zrobienie czegoś na tej ziemi, to zostajemy.

Kończy pan książkę słowami: "Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będą zmiany". O jakie zmiany chodzi?
Będzie konwencja programowa PO. Zobaczymy, jak ona się skończy, jakie nowe projekty społeczne i polityczne przedstawi partia. Jestem przekonany, że w samym obozie władzy w konflikcie Dorna i Ziobry będą następowały różnego rodzaju tektoniczne przesunięcia. Scena polityczna w drugiej połowie tej kadencji będzie podlegała bardzo dużym wahaniom i coś się z tego wyłoni. Taką mam intuicję.