Małgorzata Werner: Jaka jest atmosfera w "Gazecie Wyborczej" wokół lustracji?

Roman Graczyk: Wydaje mi się, że sytuację komplikuje fakt, iż akcję buntowników rozpoczęła Ewa Milewicz, której przeszłość jest absolutnie nieposzlakowana. Nawet osoby krytykujące jej wystąpienie, jak Piotr Zaremba na łamach DZIENNIKA, podkreślają pełny szacunek dla niej. Trzeba jednak pamiętać, że pod tym sztandarem mogą także pójść osoby mniej zasłużone czy nawet takie, które podłączyły się pod całą akcję z powodów czysto koniunkturalnych i mają coś do ukrycia. Wśród dziennikarzy czynnik środowiskowej układności gra dużą rolę. Ktoś, kto ma autorytet, często go wykorzystuje. Wielu osobom z szeroko rozumianego środowiska Gazety bardzo trudno będzie wystąpić z oświadczeniem lustracyjnym przeciwko tym środowiskowym autorytetom.

Jakie były pana zdaniem motywacje lustracyjnych buntowników?
Te motywacje są bardzo złożone. Po pierwsze, wiele osób, które nadają ton w Gazecie, jest do dzisiaj przekonana, że wartość archiwów SB jest zerowa, co zresztą wprost mówią w antylustracyjnym okólniku: naszym sędzią nie będzie ubek. Uważają, że to jedno wielkie szambo i przyzwoitemu człowiekowi nie godzi się do niego zaglądać. Drugi motyw jest godnościowy. Podejrzewam, że Ewa Milewicz myśli w następujący sposób: Wiem, co robiłam w PRL, znam swoją wartość, nie mam się, czego wstydzić. Nie będę przykładać ręki, by ktoś wertował moje papiery. Wielokrotnie rozmawiałem na ten temat z Sewerynem Blumsztajnem, jeszcze zanim wyrzucił mnie z pracy. Twierdził z najwyższym przekonaniem, że skoro on sam i jego przyjaciele nadstawiali karku, siedzieli w więzieniach, to teraz on ma prawo nie zgodzić się, by dwudziestoparoletni młodziacy z IPN, którzy nie zdążyli się narazić, recenzowali ich życie.

Czyli nie podejrzewa pan ich o żadne złe intencje?

Bez względu na spór o lustrację, uważam, że czołówka Gazety - ludzie KOR - są bardzo zasłużeni dla Polski i to nie podlega kwestii. Natomiast im dłużej obserwuję ich antylustracyjne zacietrzewienie i trwanie na starych pozycjach pomimo coraz to nowych wychodzących na jaw faktów, zaczynam podejrzewać, iż obawiają się z pewnością nie o siebie i swoje papiery, ile raczej o kolegów z kręgu towarzyskiego. Być może boją się, że ktoś im bliski może być umoczony. Najlepszym przykładem jest tu Lesław Maleszka, niegdyś mój bliski kolega.
Dodatkowo dla Sewka Blumsztajna czy dla Adama Michnika jest rzeczą niesłychanie ważną, by korowska legenda pozostała nieskalana. Obawiają się być może, że oprócz Maleszki wypłyną jeszcze jakieś inne pomniejsze nazwiska. Ktoś w typie Henryka Karkoszy. Wierzę im, że mówią szczerze, gdy twierdzą, iż dla dobra Polski ta legenda powinna pozostać nietknięta. Nawet jeśli rysy na pomniku okazują się faktem, to ich zdaniem trzeba je zamalować.

Co sądzi pan o okólniku antylustracyjnym rozesłanym dziennikarzom GW, który jest instrukcją, jak pracownicy mają postępować, żeby nie poddać się lustracji?

To skandal. Przecież prawo nie zostawia tu miejsca na komentarze pracodawcy. Każdy pracownik Gazety Wyborczej i tak wie, co jej kierownictwo myśli na ten temat, bo w GW nie ukazują się inne teksty niż tylko wrogie wobec lustracji. Jednak doradzanie pracownikowi, jak uniknąć zlustrowania, jak wykiwać obowiązujące prawo, kompromituje szefów Gazety. Z ust obozu antylustracyjnego często pada argument, że oni nie mogą się poddać tej ustawie, bo ona łamie ich sumienia. Ja nie widzę, w jaki sposób ustawa łamie sumienia, natomiast widzę, jak robi to kierownictwo GW wobec swoich dziennikarzy. Co może bowiem zrobić szeregowy dziennikarz? Ma wysłać oświadczenie lustracyjne na ręce Heleny Łuczywo i Adama Michnika, ale dostał e-mail z sekretariatu naczelnych, by tego nie robił. To prawdziwie wystawienie na próbę, które uważam za pogrążające moralnie jego autorów.

Jaka pana zdaniem będzie reakcja pracowników Agory na ów e-mail antylustracyjny? Czy mu się podporządkują?

Ja w w ogóle jestem pesymistą, jeśli chodzi o ludzką odwagę - w każdej epoce i w każdym środowisku. Obawiam się, że duża część dziennikarzy z Agory podlegających lustracji przestraszy się kierownictwa i oświadczeń nie złoży. Jest to sposób na blokowanie lustracji dziennikarzy. Bo to przekłada się na duże liczby. Nie chodzi tu o jedną Ewę Milewicz, bo ona działa w jednym z największych koncernów medialnych w Polsce. To nie będzie akcja elitarna, ale masowa. W rezultacie ustawa będzie zatem funkcjonować w sposób kulawy. To istotny fakt polityczny.