PIOTR GURSZTYN: Będą przedterminowe wybory, czy też ich nie będzie?
ADAM LIPIŃSKI: PiS jest za kontynuacją układu koalicyjnego funkcjonującego teraz. Nie dążymy i nie chcemy przedterminowych wyborów. To co się wydarzyło, czyli zatrzymanie
współpracowników Andrzeja Leppera, było zdarzeniem, na które nie mieliśmy żadnego wpływu. A premier musiał wyciągnąć takie konsekwencje, jakie wyciągnął. Jakie warianty rozwoju
sytuacji wchodzą w rachubę?
Albo klub Samoobrony utrzyma swoją decyzję o pozostaniu w koalicji, albo PSL zacznie z nami rozmawiać, albo coś się stanie w Platformie Obywatelskiej. Nie sądzę jednak, żeby Platforma
była zainteresowana prowadzeniem z nami rozmów na temat kontynuowania tego rządu. Bardzo trudno będzie sobie wyobrazić rozmowy z PSL, bo myśmy prowadzili takie rozmowy z nimi dwa lata temu i
wiem, jak trudny to partner.
Gdyby jednak Lepper w piątek zmienił zdanie, to kłopot wraca. Jesienią zeszłego roku liczyliście głosy i już wtedy było wiadomo, że trudno będzie zebrać wystarczająco dużo,
opierając się na antylepperowskich rozłamowcach w Samoobronie. Więc tak czy owak, przedterminowe wybory są prawdopodobne. Zresztą to bardzo dobry moment dla PiS.
Mamy stabilne
poparcie, więc niewykluczone, że wygramy takie wybory. Pytanie, co będzie po nich. Obawiam się deja vu: znowu się nie dogadamy z PO i będziemy szukać następnego partnera. Na pewno nie
zawrzemy nigdy koalicji z LiD. Dlatego bardzo prawdopodobnym wariantem będzie koalicja PO-LiD.
No tak, w przyszłym parlamencie wasze zdolności koalicyjne będą dużo mniejsze. Nie będzie już tam LPR, Samoobrona będzie słabsza, a LiD silniejszy.
Dlatego nie dążymy do przyspieszonych wyborów.
Dlaczego ten kryzys wydarzył się akurat w tym momencie?
Nie wiem, dlaczego ci ludzie teraz zostali aresztowani. Pewnie wynikało to z jakiejś logiki działania Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Myśmy nie mieli na to żadnego wpływu. Nie mieliśmy
też informacji, o tym, co się ma wydarzyć.
Czy pan wchodząc na poniedziałkowe posiedzenie komitetu politycznego PiS, wiedział o tym?
Nie. Byłem w Kijowie i tam dowiedziałem się, że jest zwołane nadzwyczajne posiedzenie komitetu politycznego. Dopiero na komitecie dowiedziałem się, o co chodzi.
Zaprezentowano tam panom jakieś dane na temat podejrzeń wobec Andrzeja Leppera?
Nie, bardzo ogólne. Te podejrzenia musiały być poważne, skoro były aresztowania.
Lepper nazywa to prowokacją. W poniedziałek bronił się dość spójnie. On ma prawo nie wiedzieć, że ktoś powołuje się na znajomości z nim. Czy były inne dowody niż tylko zeznania
osób zamieszanych w sprawę?
Ja tego nie wiem. Ale nie sądzę, żeby dowody były słabe, i żeby w oparciu o takie słabe dowody doprowadzono do dymisji wicepremiera i podważenia większości parlamentarnej dla rządu.
Konsekwencją tego, co się wydarzyło, jest przecież pytanie o przyszłość rządu.
Drugi wasz koalicjant Roman Giertych cały wtorek uporczywie domagał się przedstawienia dowodów przeciwko szefowi Samoobrony. W pewnym momencie mówił nawet, że nie wierzy, by były to
poważne zarzuty.
Poczekajmy na stanowisko CBA i prokuratora generalnego.
A czy przypadkiem nie skorzystaliście z okazji, aby posprzątać, bo wczoraj też prokuratura postawiła zarzuty Stanisławowi Łyżwińskiemu?
Te zarzuty podważają wiarygodność samego Łyżwińskiego i jego zaplecza politycznego, ale nie miały związku z dymisją Leppera.
Jest też kwestia wypowiedzi o. Tadeusza Rydzyka. Od razu pojawiły się opinie, że kryzys został wywołany po to, aby "przykryć" tę kłopotliwą dla was
sprawę.
To sztuczne połączenie tych wydarzeń. Ryzykowanie dymisją rządu i przedterminowymi wyborami po to, aby zakryć jakieś wydarzenie, to zbyt daleko idące wnioski.
Szczególnie w sytuacji, gdy może się okazać, że zarzuty są konfabulacją.
Więc kiedy nowe wybory, jeśli rządowi nie uda się utrzymać większości?
Kolejne posiedzenie Sejmu będzie pod koniec sierpnia. Wtedy będziemy wiedzieli, czy utrzymamy większość, czy nie. Jeśli nie, to wybory mogłyby się odbyć na przełomie października i
listopada.