Włodzimierz Cimoszewicz zdecydował się opowiedzieć o tym, jak to się stało, że zamieszkał na wsi. Do wielkiej przeprowadzki doszło w 1985 roku, kiedy były premier był jeszcze wykładowcą na uniwersytecie. - tłumaczy.
Nie ukrywa, że życie na wsi był najlepszym okresem dla jego rodziny. On sam zaś odreagował lata spędzone w mieście, gdzie - jak mówi - "męczył się psychicznie". - przyznaje.
Opowiada również o dzieciach, które wybrały życie na emigracji, gdzie - jak zapewnia - do wszystkiego dochodziły same. - podkreśla były premier. Jako przykład podaje córkę, która na uczelni w USA śpiewała w chórze gospel. Jako żyła jedyną białą osobą w gronie śpiewaków, szkoła zdecydowała się wesprzeć ją stypendium. - wspomina Cimoszewicz.
Opowiada też o tym, co skłoniło córkę d wyjazdu za granicę - była to m.in. przemoc i groźby, jakie je spotykały. - mówi były premier. Wylicza, że jego syn i córka kilkanaście razy padały ofiarą agresji fizycznej. - opowiada Cimoszewicz. Jak mówi, poza tym były listy z pogróżkami. Zapewnia, że nie wykorzystywał swych wpływów, by interweniować w tej sprawie.
Włodzimierz Cimoszewicz przyznaje również, że dzisiejszej polityce trzyma go coraz mniej, i że obecna kadencja senatora może być jego ostatnią w parlamencie i w ogóle w polityce. Chociaż, jak stwierdza, ma wiedzę i umiejętności, które pozwoliłyby mu być dobrym prezydentem. - mówi bez fałszywej skromności. Ale zaraz dodaje, że jego kandydowanie w ogóle nie wchodzi w grę, ponieważ nie ma on zaplecza ani politycznego, ani finansowego.