Pracowity, ambitny, sumienny. Myślący oraz pomocny. Ideowiec. Czarujący, przesympatyczny człowiek z niechęcią do wszelkich formalizmów w zachowaniu i garderobie. A może cyniczny pragmatyk, nieznoszący sprzeciwu tyran, osoba, która bez zmrużenia powieki poświęci – jeśli się to opłaca – przyjaciół. Najciekawsze jest to, że tak naprawdę niczego o Jacku Kapicy, wiceministrze finansów, szefie Służby Celnej, który od połowy ubiegłego roku nadzoruje administrację podatkową – nie wiadomo. I trudno się czegokolwiek dowiedzieć.
Jeszcze jego przeszłość, początki kariery są możliwe do odtworzenia. Ale to, co dotyczy teraźniejszości, zasłania ciężka kurtyna, którą trudno uchylić. Równie trudno jest skłonić ludzi, którzy go znają, do choćby najbłahszych zwierzeń. Okazuje się, że nawet ci, którzy na ogół nie mają zahamowań w rozmowach z dziennikarzami, przy różnych okazjach plotkując dużo i z zaangażowaniem, tym razem nabierają wody w usta. Ba, wypierają się nawet tej znajomości. – Boją się, bo Jacek Kapica to wiele mogący, a więc niebezpieczny człowiek. Może zniszczyć karierę, a już ci, którzy mają jakieś interesy na boku, wolą połknąć język, niż powiedzieć o jedno słowo za dużo – tłumaczy mi polityk Platformy Obywatelskiej. Naturalnie na offie. I dodaje, że gdybym chciała porozmawiać o premierze Tusku, nie miałabym jednej dziesiątej tych problemów. Kapica zawsze był człowiekiem tła, cienia i na tym zbudował swoją potęgę. W tym cieniu, pociągając za sznurki, czuje się najlepiej. Poza tym szalenie dba o swoją prywatność.

Jacuś z piórami

Pochodzi ze Szczecinka. Jak mówi jeden z jego znajomych – zwykły, miły, inteligencki dom. Zdolny chłopak miał ambicje większe niż uczenie dzieci w miejscowej szkole. Uniwersytet Szczeciński był najprostszym rozwiązaniem, a wybrał pragmatycznie ekonomię, choć ciągnęło go w stronę mediów.
Reklama
To były czasy przełomu, już czuć było w powietrzu zmianę. Kapica zaczyna jako reporter katolickiego Radia AS w Szczecinie, skąd Andrzej Kotula, legenda zachodniopomorskich dziennikarzy, ściąga go do redakcji „Dziennika Szczecińskiego”. Mówił potem prasie, że spodobał mu się nerw młodego Kapicy i jego niebanalne, analityczne podejście do rzeczywistości. Jak opowiada jeden z uczestników tamtych zdarzeń, Kotula przyjaźnił się z Leszkiem Chwatem, opozycjonistą, działaczem i współtwórcą struktur Niezależnego Zrzeszenia Studentów w Szczecinie, który w 1990 r. został wybrany na radnego, a potem burmistrza Cedyni i współtworzył Unię Miasteczek Polskich. W 1993 r. Chwat postanowił spróbować sił jako poseł i wystartować w wyborach z listy Unii Demokratycznej. Potrzebował do tego współpracowników, zwłaszcza że nikt nie dawał mu dużych szans – startował z 6. miejsca. – Kotula przyprowadził mu gromadę młodych reporterów – wspomina osoba, która kręciła się w tym gronie. Ponoć to było niesamowicie interesujące zderzenie pokoleń – ich, starych repów, którzy z bojowych NSZ-owców powoli przekształcali się w polityków. I dzieciaków o ponad dekadę młodszych, którzy jeszcze lepiej niż oni rozumieli, że przypadł im w udziale los mitycznego amerykańskiego pucybuta. Jeśli będą ciężko pracować, uczyć się, przeć do przodu, to choć jeszcze zakotwiczeni w starym systemie, będą decydować o tym, jak ma wyglądać nowy. – A Jacuś wśród tego grona wyraźnie się wyróżniał. In plus – ocenia z sympatią. Kapica miał 23 lata, pióra, a kiedy słyszał, że powinien założyć krawat, kulił ramiona i zmieniał temat.
Ale miał dryg do prowadzenia kampanii wyborczej. Wymyślał rzeczy, których wtedy nikt nie robił – miejskie happeningi, wychodzenie do ludzi i rozdawanie ulotek na ulicach, jeżdżenie na giełdy samochodowe. – On to czuł. I lubił to robić – dodaje mój rozmówca. Kapicę spośród jego kolegów zaangażowanych w tamtą kampanię wyróżniało jedno – nigdy nie nawalał. Mogli imprezować do rana (a niejedna taka impreza się odbyła, słynne tematyczne grille, podczas których przebierano się „na temat” i na temat dyskutowano, choć nikt nie wylewał za kołnierz), ale o wyznaczonej godzinie stawiał się świeży i gotów do pracy. Leszek Chwat wszedł do Sejmu, a Kapica został szefem jego biura. I zdobył opinię człowieka, na którym można polegać. – Odpowiedzialny, terminowy. Przyjemnością było obserwować go w akcji – ocenia Włodzimierz Puzyna, były poseł Unii Wolności. Z grona rówieśników wyróżniał się też dojrzałością.
Po trzech latach odszedł od Chwata i zajął się biznesem, ale w strukturach UD miał wyrobioną markę. Kolejnym krokiem była praca w fabryce farb produkującej głównie na potrzeby stoczni, gdzie został marketingowcem. Ale kiedy Leszek Balcerowicz został szefem Unii Wolności (powstała w kwietniu 1994 r. z połączenia UD i Kongresu Liberalno-Demokratycznego), ściągnął Kapicę do Warszawy na szefa biura UW. – Ludzie o nim dobrze mówili, miał opinię kogoś, kto się zna na kampaniach wyborczych. A Unia dramatycznie potrzebowała nowej krwi i sił – ocenia inny z moich rozmówców.

Błyskawiczna kariera

Kapica nie tylko ciężko pracował – po ekonomii na szczecińskim uniwersytecie skończył jeszcze podyplomowe studia z rachunkowości i zarządzania w Szkole Głównej Handlowej oraz podyplomowe studia z administracji na Uniwersytecie Warszawskim, szlifował też angielszczyznę – ale też po prostu dawał się lubić. I był użyteczny.
Ludzie w UW wiedzieli, że jak jest jakiś problem, jak trzeba coś załatwić, zorganizować, wystarczy jeden telefon do Jacka, żeby mieć sprawę załatwioną. Mec. Bartłomiej Sochański (potem został prezydentem Szczecina), który Kapicę poznał w Obywatelskim Komitecie Porozumiewawczym Solidarności, wspomina, że był niesamowicie kontaktowym, bezpośrednim, czarującym człowiekiem. – Uśmiechnięty, zadowolony, nigdy nie widziałem go naburmuszonego – opowiada. I jeszcze jedno: w tych latach to nie był człowiek, który pcha się do kariery, który wisi na rękawie możniejszych polityków w nadziei, że się załapie. – To były czasy napoleońskich awansów, można było zrobić karierę w ciągu jednego dnia. Ale Jacek był człowiekiem drugiego planu, cienia. Jednak w dobrym tego słowa znaczeniu. Gościem od roboty, nie od brylowania – ocenia. Inny z moich rozmówców opowiada, że dla Kapicy nie było rzeczy niemożliwych. Dlatego np. Jacek Kuroń, jak przyjeżdżał do Szczecina, to zawsze chciał, żeby mu Kapica towarzyszył. Bo wszystko odbywało się bezproblemowo. – Doceniono jego organizacyjne zdolności, więc wzięcie go do Warszawy było naturalnym krokiem.
Był wolny od emocji politycznych – ocenia dziś Władysław Frasyniuk. Jest przekonany, że Kapica wszedł do polityki z powodów ideowych, swojego systemu wartości. Żeby móc coś zmienić realnie, a nie tylko w gadaniu. I on zapamiętał, że jeśli był jakiś problem, trzeba było coś sprawdzić, czegoś się dowiedzieć, to zawsze dzwoniono do Jacka, a nie do jego szefów. Bo on po kwadransie oddzwaniał z konkretem. Politycy ówczesnej UW przekazywali sobie Jacka Kapicę z rąk do rąk, traktując go jako bardzo użyteczne narzędzie – człowieka tła, cienia, dobrego menedżera bez większych ambicji politycznych, którego nie trzeba się obawiać. Nic więc dziwnego, że kiedy Zbigniew Bujak w 1999 r. został szefem Głównego Urzędu Ceł, natychmiast ściągnął Kapicę do siebie na stanowisko dyrektora gabinetu. Bujak zwolnił fotel w 2001 r., Kapica pracował tam rok dłużej, aż do likwidacji urzędu. Dziś jego były szef nie chce rozmawiać. Na moją prośbę o kontakt odpisał: „Rozmowa nie jest możliwa i nic by nie dała. Nie opowiadam o współpracownikach, zwłaszcza gdy zajmują wysokie i bardzo odpowiedzialne stanowiska”. Bujak, który odegrał kluczową rolę w karierze przyszłego wiceministra finansów, nie jest jedyną osobą, która nie chciała rozmawiać o Jacku Kapicy. Było ich mnóstwo.
Po GUC Jacek Kapica poszedł w biznes – założył firmę cateringową K2. Najpierw sprzedawali kanapki na stacjach benzynowych i w sklepach, potem przerzucili się na rynki zagraniczne. Kiedy Kapica wszedł na dobre do polityki, odsprzedał udziały w firmie, ale jego żona pozostała w niej współudziałowcem.
Pracował także w agencji celnej JAS FBG. I tutaj właśnie dane się rwą. Wiadomo, że w 2004 r. wrócił do służby celnej jako zastępca szefa Izby Celnej w Szczecinie. I jego kariera potoczyła się jak kula śniegowa zrzucona ze szczytu himalajskiego grzbietu. W sierpniu 2007 r. został dyrektorem szczecińskiej izby celnej. Niechętne mu osoby podnoszą, że został mianowany wbrew przepisom – na dzień dobry dostał generała, kiedy normalnie taka kariera zajęłaby innemu człowiekowi ćwierć wieku. A on nawet nie ukończył zasadniczego kursu celnego, nie wygrał żadnego konkursu.
Jak mówi jeden z moich rozmówców, początek 2008 r. był krytyczny dla celników. Rozlała się fala protestów, sparaliżowane zostały granice, na których funkcjonariusze prowadzący strajk włoski przetrzymywali ludzi i transporty. Kapica spodobał się rządzącym, bo miał do protestu bardzo krytyczny stosunek. Do dziś niektórzy pamiętają te słowa: „Staram się współpracować w sposób otwarty i komunikatywny. Kierować w stylu, powiedziałbym, demokratycznym. Ale w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z kryzysem, to demokrację zawiesza się na kołku”.
A potem było tak, że wezwano dyrektorów izb na naradę, z której Jacek wyszedł jako szef wszystkich celników – wspomina jeden z uczestników tych wydarzeń. To podobno był szok. Jacek Kapica szefem Służby Celnej. I podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów.

Pogromca hazardzistów

Jednak wiele osób z jego nominacji się cieszyło. Młody, niezmanierowany, prężny. – Sprawiał wrażenie osoby myślącej. Nie tylko inteligentny, bo to za mało, ale bardzo analityczny, słuchający, mający swoje zdanie i wielkie ideały – opowiada jedna z osób, które sekundowały Kapicy w tamtym okresie.
Inna opowiada, jakie Kapica miał wówczas wielkie plany. Dobrze zdiagnozował układy w resorcie, zwłaszcza w pionie celnym. Miał listę osób do zwolnienia. Mówili mu: „Jacek, masz dwa tygodnie na zrobienie porządków, jak tego czasu nie wykorzystasz, to wsiąkniesz”. – Ja? – prostował swoją niewysoką sylwetkę, że wyglądała jak struna. – Jaaaa?
Nikogo nie zwolnił, niczego nie zrobił, nie posprzątał. Układ go wciągnął – ocenia jeden z jego byłych współpracowników. I dodaje, że bardzo mu przykro, bo z Kapicą wiązał wielkie nadzieje. Bardzo go lubił i oceniał wysoko. Ale się zawiódł. A zaraz potem wybuchła afera hazardowa. To był 1 października 2009 r., kiedy Cezary Gmyz w „Rzeczpospolitej” opublikował artykuł na temat lobbingu politycznego w sprawie prac nad ustawą opisującą otoczenie prawne tej strefy.
Okazało się, że szef klubu parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski dogaduje się z biznesmenem branży hazardowej Ryszardem Sobiesiakiem. Że lobbysta Jan Kosek i grono jego znajomych starają się tak ustawić paragrafy, żeby osoby zarabiające na hazardzie w Polsce były zadowolone. Jak było naprawdę, mimo prac komisji śledczej powołanej specjalnie do wyjaśnienia tej sprawy, nie ustalono. To, co wiemy na pewno, to że Kapica poinformował premiera Tuska, że projektem ustawy o grach i zakładach wzajemnych interesowali się szef sejmowej komisji finansów Zbigniew Chlebowski i wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld. Mieli naciskać na usunięcie z projektu „nowych dopłat do gier”. Wydawało się, że rząd PO i premier Tusk znaleźli się na zjeżdżalni, która prowadzi prosto do politycznego piekła. Ale wszystko się rozmyło. I afera, która wydawała się dalece poważniejsza niż zabiegi Lwa Rywina o paragraf znany pod hasłem „i czasopisma”, została pięknie, w mistrzowski sposób skanalizowana. – I wówczas Kapica, choć początkowo podejrzewany o kręcenie lodów, zaczął rzeczywiście rządzić – ocenia jeden z jego byłych współpracowników.
Rozegrał tę partię jak wytrawny pokerzysta. Zgodnie ze swoimi ulubionymi lekturami, o których wspominał w mediach: „Sztuką wojny” i „Teorią gier”. Decydujące w tej rozgrywce okazały się notatki służbowe, które sporządzał po każdej rozmowie, także z kolegami. Szejnfeld, którego kariera zawisła wówczas na włosku, do dziś nie chce rozmawiać na ten temat. Ale inni mówią (znów na offie), że wówczas Jacuś zamienił się w Jacka. Groźnego. I ludzie, którzy wcześniej traktowali go jako użyteczne narzędzie, pomocnego miśka z okolic Szczecinka, zaczęli się go obawiać.

Jak puchnie ego

Nerwus i furiat – ocenia jeden z moich rozmówców. – Nie znosi sprzeciwu, jest w stanie zgnębić człowieka, który miał w dyskusji inne zdanie – opowiada. I na dowód przytacza opowieść sprzed jakichś dwóch lat, kiedy zaproszono Kapicę na wesele. Żeni się szef Izby Celnej w Białej Podlaskiej, Kapica jest świadkiem. Starszym, jak tam mówią. Wszyscy piją, tańczą, hulają. Jak to na weselu. I nagle ktoś przynosi wiadomość, że w urzędzie celnym, który był niemal vis-a-vis sali ślubnej, padł koń. To się zdarza. Ale Kapicy puściły nerwy, miał zresztą wlane, pobiegł na drugą stronę ulicy, totalnie nawalony, i zaczął rugać ludzi, którzy tam pracowali. – Dostało nam się od s...nów, ale nie to jest ważne. Byliśmy pod wrażeniem, że główny celnik pofatygował się, coby reanimować konia – śmieje się jeden ze świadków tamtych wydarzeń. – A zjechał nas na funty szterlingi – dodaje.
To smakowita anegdota, ale jedyna z pikantnych, do których udało mi się dogrzebać. Kapica bardzo się pilnuje, za co zresztą mu chwała. Ważniejsze jednak od jakiegoś jednorazowego wyskoku wydaje się to, jakim jest ministrem i szefem. A tutaj zdania są jednak podzielone. Oficjalnie wciąż się podnosi jego sprawność organizacyjną i umiejętność zarządzania ludźmi. Nieoficjalnie można usłyszeć wiele gorzkich słów. Np. o tym, że nie pyta o zdanie swoich podwładnych i tym samym zabił wszelką merytoryczną dyskusję. Że ubezwłasnowolnił de facto dyrektorów izb celnych.
Prof. Konrad Raczkowski, dyrektor Instytutu Ekonomicznego Społecznej Akademii Nauk, który był członkiem komisji Ministerstwa Finansów do spraw reformy skarbowej i miał okazję współpracować z Kapicą, mówi wprost, że się na nim zawiódł. Wierzył, że rzutki, inteligentny i ambitny człowiek lepiej pokieruje resortowymi zadaniami, które mu powierzono.
„Trudno zgodzić się z tezą, że Jacek Kapica jest dobrym organizatorem. Jeżeli tak by było, to administracja celna powinna być przede wszystkim skuteczna w wykonywaniu zadań ustawowych, efektywna w wykorzystaniu posiadanych zasobów do realizacji osiąganych wyników i działająca etycznie oraz zgodnie z prawem. Tymczasem tak nie jest. Wprowadzona ustawa o Służbie Celnej z 27 sierpnia 2009 r. doprowadziła do uwłaszczenia stanowisk kierowniczych i eksperckich, zmarginalizowała dyrektorów izb celnych, zdegradowała najbardziej doświadczonych pracowników na stanowiskach eksperckich i zablokowała jakiekolwiek możliwości wewnętrznego rozwoju opartego o wiedzę i posiadane umiejętności. Doprowadziło to do kilkuset spraw sądowych i trwale podzieliło środowisko. Do tego dochodzi sztuczna decentralizacja zadań tam, gdzie powinny być scentralizowane, i centralizacja decyzyjna tam, gdzie powinna być autonomia dyrektorów izb celnych. Ten sposób zarządzania nie przystaje do nowoczesnych struktur, ale co gorsze, szkodzi budżetowi państwa. Osławiona misja, wizja, cele, wartości administracji celnej dobrze wyglądają na plakatach i kreowanym sztucznie wizerunku, jednak praktycznie prawie nic z tego nie zostało. Wartościowi pracownicy tej formacji, którzy w mojej ocenie stanowią jej dużą część, po prostu nie szanują swoich przełożonych i z oczywistych powodów nie chcą angażować się w pracę, jeżeli za jej wykonanie zostanie nagrodzony kto inny. Zresztą trudno mówić o standardach, zaufaniu i szacunku, jeżeli wybrani szefowie mogli zostać generałami w ciągu kilku miesięcy. Zresztą już wiadomo, że przygotowywana przez Kapicę kolejna pseudomodernizacja, tym razem administracji podatkowej, która ma wejść w życie 1 stycznia 2015 r., jest nieprzygotowana i przyniesie skutki odwrotne do zamierzonych, jeżeli w takim kształcie będzie dalej procedowana” – pisze w odpowiedzi na moją e-mailową prośbę o rozmowę.
Wiele osób, także przyjaznych i mających o wiceministrze finansów dobre zdanie, ma mu za złe historię z ustawą antyhazardową, która oprócz propagandowej hucpy nie przyniosła wiele dobrego. Jeśli chodzi o budżet państwa – doprowadziła do spadku wpływów z legalnego hazardu, który przeniósł się do szarej, głównie internetowej strefy. Ale tłumaczą, że Kapica został wystawiony i podjął się zadania, bo uważał, że warto było. – Jak bardzo go lubię i cenię, tak uważam, że sprawę z tą ustawą spier...ł – mówi twardo Władysław Frasyniuk. A kiedy pytam, czy życzy sobie autoryzacji tej wypowiedzi, śmieje się: – Nie wie pani, jak napisać słowo spier...ć?
Inni, którzy w przeciwieństwie do Frasyniuka wolą się nie wypowiadać pod nazwiskiem, dodają jeszcze, że Kapica najpierw legalizował automaty niskich wygranych, chwaląc się, że dzięki temu wpływy do budżetu idą w górę. Po wybuchu afery hazardowej przywdział maskę rycerza czystości i sprzedał kolegów, którzy mu ufali. Ale dzięki temu jego notowania poszły w górę. Już się nie musi liczyć z nikim poza premierem. Przecież ograł pierwszoligowych zawodników, takich jak Drzewiecki, Chlebowski, Szejnfeld czy Schetyna.
Teraz może się zajmować pielęgnacją ego. Nikt mu nie podskoczy – kwituje jeden z moich rozmówców. I dodaje, że dziś ma wrażenie, iż to nie jest tak, że było dwóch Jacków: ten sprzed afery hazardowej, dobry i życzliwy, oraz ten po, mały Napoleon polskiego resortu finansów. – On chyba zawsze był koniunkturalistą. Zgadzał się z przełożonymi i ludźmi, od których coś mogło zależeć, a resztą gardził – wzdycha.
Może tak, może nie. Pewne jest jedno: Jacek Kapica jest pragmatykiem. W dodatku bardzo pracowitym. – To człowiek spoza Warszawy, jak się dziś mówi: słoik – podsumowuje Frasyniuk. Wie, że musi pracować dwa razy ciężej od innych, żeby odnieść sukces. I nie traci czujności, nie spoczywa na laurach. A że jest w typie starego urzędnika pruskiego, który uważa, że wszystko musi trzymać twardą ręką? Te typy tak mają. Jeśli będzie Bismarckiem polskiej rzeczywistości, wszyscy dzięki temu będziemy bogatsi i szczęśliwsi. Pytanie tylko, czy nie przegra z własnym ego.