Jak wynika z dokumentów, które ma DGP – służby prawne Rady UE kwestionują pomysł Komisji Europejskiej, zakładający obcinanie funduszy dla krajów, które mają problemy z praworządnością. Ma to być niezgodne z unijnymi traktatami.

To nie pierwszy przypadek, gdy prawnicy Rady podzielają stanowisko polskiego rządu. Wcześniej kwestionowali legalność procedury ochrony praworządności zastosowanej przez Komisję. Jej zdaniem łamało to zasadę, że KE może podejmować tylko działania wynikające wprost z traktatów.

Wkład własny pod projekty ani drgnie? PiS szuka sojuszników

Istnieje duża szansa, że maksymalny poziom unijnego dofinansowania przy realizowanych inwestycjach nie spadnie po 2020 r. do poziomu 70 proc.

Dziś premier Mateusz Morawiecki weźmie udział w szczycie przyjaciół polityki spójności w Bratysławie. W słowackiej stolicy pojawią się przedstawiciele krajów, którym zależy na podtrzymaniu dużych unijnych nakładów na rozwój regionów. Zaproszenie wysłano do premierów 16 krajów, przyjedzie ośmiu szefów rządów, pozostałe osiem państw wyśle przedstawicieli niższego szczebla. Brukselę reprezentować będą wiceprzewodniczący KE odpowiadający za unię energetyczną Maroš Šefčovič oraz komisarz do spraw unijnego budżetu Günther Oettinger.

Nieformalna grupa państw została założona z inicjatywy Polski, która jest największym odbiorcą środków spójnościowych. Obok nas spore korzyści czerpią kraje położone na wschodzie i południu UE. Grupa wywarła duży wpływ przy negocjowaniu obecnej perspektywy finansowej.

Szczyt pokazuje, że kraje popierające politykę spójności są dziś najlepiej zorganizowaną grupą państw biorących udział w negocjacjach – mówi DGP wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański. Jak podkreśla, celem grupy jest „zapewnienie odpowiedniej równowagi” w budżecie. Chodzi o to, by nowe wyzwania takie jak migracja czy ochrona granic nie były finansowane kosztem polityki spójności.

Polska ma pozostać największym beneficjentem funduszy na regiony po 2020 r., ale może też być największym przegranym: Komisja Europejska zaproponowała duże cięcia. Mamy dostać o prawie 20 mld euro mniej. Będzie to spadek w stosunku do obecnej perspektywy finansowej o 23 proc. – z 84 do 64,5 mld euro.

To niejedyne wyzwanie dla polskiego rządu i jego potencjalnych sojuszników. Zgodnie z propozycjami KE z maja br. dotyczącymi perspektywy finansowej UE na lata 2021–2027 poziom maksymalnego dofinansowania eurofunduszami należy obniżyć do ok. 70 proc. Dzisiaj przy rozliczaniu unijnych projektów beneficjenci, np. samorządy, mogą liczyć na to, że UE zwróci im aż 85 proc. kosztów kwalifikowanych. Dotyczy to zwłaszcza najuboższych samorządów.

Jak słyszymy w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju (MIR), propozycja zmniejszenia maksymalnego poziomu dofinansowania projektów to efekt zbliżającego się brexitu i związanej z tym wyrwy w budżecie unijnym (nawet 13 mld euro rocznie) oraz konieczności wygospodarowania środków na nowe wyzwania (m.in. bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne).

Zjazd z 85 do 70 proc. to byłaby tragedia, bo w samorządach bywają problemy z dołożeniem nawet 15 proc. wkładu własnego – mówi osoba z kręgów rządowych.

Nasz rozmówca sugeruje, że dla Polski cienką czerwoną linią w tych negocjacjach jest pułap unijnego dofinansowania rzędu 80 proc. I, jak twierdzi, jest spora szansa na to, że Polska obroni ten stan rzeczy. – Mamy już wystarczającą liczbę sojuszników wokół tej sprawy – przekonuje nasze źródło.

W oficjalnych rozmowach przedstawiciele resortu inwestycji i rozwoju wypowiadają się ostrożniej.

Polska postuluje zachowanie 85 proc. dofinansowania UE dla regionów najuboższych, jak to jest w obecnej perspektywie finansowej. Postulując ustanowienie ambitnego budżetu Unii Europejskiej, Polska deklaruje chęć zwiększenia swojej składki do budżetu UE. Osiągnięcie kompromisu w sprawach finansowych będzie trudne i czasochłonne z uwagi na duże zróżnicowanie stanowisk państw członkowskich – informuje Zbigniew Przybysz z biura komunikacji MIR.

Jak dodaje, Polska rozmawia z każdym „zainteresowanym ambitnym budżetem UE”. – W negocjacjach liczymy najbardziej na kraje najbardziej dotknięte cięciami, w tym Niemcy. W naszym regionie to kraje, których transfery realne obniżyłyby się o 20–24 proc., np. grupy V4 – dodaje.

Europoseł Platformy Obywatelskiej i były komisarz do spraw unijnego budżetu Janusz Lewandowski uważa, że dzisiaj grupa przyjaciół spójności nie ma już takiej siły rażenia jak w czasie poprzednich negocjacji. – Grupa została podzielona poprzez dość umiejętną propozycję KE. Są państwa, które dość dużo stracą, do nich zalicza się Polska. Ale są też kraje, które zyskują. Państwa południa: Włochy, Grecja i Hiszpania, są zaspokojone. Więcej dostaną też Bułgaria i Rumunia – powiedział.

Zapał części państw do walki o fundusze na spójność już na starcie został więc ostudzony, co potwierdza lista obecności w Bratysławie. Większość krajów zaspokojonych propozycją KE przysłała na rozmowy przedstawiciela niższego szczebla niż szef rządu. Jak zapowiadali gospodarze spotkania, w szczycie wezmą udział premierzy: Polski, Czech, Estonii, Chorwacji, Węgier, Malty, Słowenii i Słowacji. Urzędnicy niższego szczebla będą reprezentować: Bułgarię, Cypr, Litwę, Łotwę, Rumunię, Włochy, Portugalię i Grecję.

Dobra wiadomość jest jednak taka, że w tym rozdaniu przy stole negocjacyjnym nie ma już Brytyjczyków. Poprzednim razem hojność Brukseli mocno stopował właśnie premier Wielkiej Brytanii David Cameron.