"W Polsce robi się groźnie. W atmosferze skandalu rząd Jarosława Kaczyńskiego szykuje się do zakończenia działalności. Już za kilka dni rozpisane mogą zostać wybory.
<Nic w tym dziwnego>, mówi Aleksander Kwaśniewski, który do 2005 roku był prezydentem Polski.
Razem z bratem Lechem, obecnym prezydentem, Jarosław Kaczyński zrujnował polską kulturę tak samo, jak zrujnował stosunki z Niemcami. Przy czym, co trzeba nadmienić, cała Polska nie podziela
poglądów pary bliźniaków. Gdyby sprawy w Warszawie nie uległy zmianie, pani kanclerz Angela Merkel i tak będzie musiała stosunki z Polską poprowadzić w ostrzejszy sposób. O to, by jednak
coś się zmieniło, dba sam Kwaśniewski: jest liderem lewicowego związku różnych partii zwanych LiD, który tworzą byli komuniści i dawni bojownicy Solidarności. Na ich czele Kwaśniewski
przystąpił do walki z Kaczyńskimi".
"Vanity Fair": Panie Prezydencie, jak bardzo nienawidzą Polacy Niemiec?
Aleksander Kwaśniewski: Wcale. Patrząc na wyniki sondaży, Polacy czują duży szacunek do Niemiec, i to pomimo sprawy rosyjsko-niemieckiego rurociągu, a także, pomimo działań
Eriki Steinbach i Związku Wypędzonych. Opinia Polaków i poglądy ich polityków to dwie odrębne sprawy. Jest dla mnie zagadką, czemu bracia Kaczyńscy wybrali akurat kurs na drogę prowokacji.
To piekielnie zły pomysł. Niemcy tak bardzo wspierali nas przecież w drodze do Unii Europejskiej. Powinniśmy dbać, by ze wszystkich państw UE, to właśnie z Niemcami mieć jak najlepsze
stosunki.
Czemu w Polsce można nadal zdobywać polityczne punkty uderzaniem w Niemcy?
To nie jest takie proste. Jarosław Kaczyński cały czas wykorzystuje stare, nadal siedzące w Polakach, stereotypy jak np. wspomnienie o nazistach i Prusakach, strach przed niemiecką
wielkomocarstwowością. Te stereotypy trwają jednak w mentalności arcykatolików, starszych ludziach ze wsi i tych, którzy czują się przegrani. Im oferuje on wygodne do przyjęcia wizerunki
wroga, zresztą nie tylko Niemców, ale też osób lepiej od nich zarabiających. Kaczyński dostał 25 procent głosów przy 40-procentowej frekwencji. To znaczy: najwyżej 10 procent uprawnionych
do głosowania popiera tę politykę.
Czy demokracja w Polsce może zatem zostać obalona?
Oczywiście, takie niebezpieczeństwo istnieje. Skoro polityczne standardy są niszczone, to nie można tego nie brać pod uwagę. Bazując na ludzkich lękach, Kaczyńscy wypędzają z kraju
młodych i postępowych. Rządzą przy tym coraz częściej z użyciem tajnych służb i środków kontroli. Zostało nam na szczęście społeczeństwo obywatelskie. Dzięki niemu będzie możliwy,
zupełnie jak poprzednio, zwrot ku demokracji. Dokładnie z powodu tak mrocznego epizodu jak ten z Kaczyńskimi.
Jak dotąd niemiecki rząd obchodził się z Kaczyńskimi w łagodny sposób. Czy Merkel zbytnio ignoruje dochodzącą z Polski retorykę awantury?
Pani Merkel jako była obywatelka NRD dobrze rozumie, jak sądzę, sytuację, jaką mamy teraz w Polsce. Rozumie ludzką potrzebę bezpieczeństwa, której emanacją często właśnie bywa silna
władza. Sugerując moim współobywatelom, by nie patrzyli na panią Steinbach jako na wzorzec niemieckich zachowań, tak samo Niemcy nie powinni po zachowaniu Kaczyńskich osądzać Polski i
Polaków. Jednak gdyby Kaczyńscy utrzymali się po wyborach przy władzy, niemiecka strona powinna przemyśleć swoją powściągliwość i w inny sposób na podobne ataki reagować.
Wielu Polaków obawia się rzekomo ściślejszej współpracy i przyjaźni rosyjsko-niemieckiej? Czy mają rację?
Wiecie co, ja ten kierunek uważam za słuszny. Głównym
problemem jest znalezienie przez całą Unię Europejską wspólnej polityki do obchodzenia się z Putinem. My z krajów wschodniej Europy cierpimy najbardziej właśnie przez to, że Moskwa tak
łatwo może nas ignorować. Putin chciałby 28 innych zasad współpracy z państwami członkowskimi, z każdym inną. By doszło do kompromisu i stworzenia jednolitej, wspólnej dla UE polityki,
trzeba będzie uznać, że są w Unii państwa, które mają z Rosją szczególne energetyczno-polityczne interesy, m.in. Niemcy. Prezydencja niemiecka w Unii bardzo nas do tego zbliżyła, trzeba
oddać Angeli, że świetnie sobie z tym radzi.
"Angeli"?
Znamy się już od początku lat 90., gdy była ministrem ds. młodzieży. Spodobała mi się wówczas jako poważna młoda kobieta. Była bardzo swobodna w kontaktach, bez uprzedzeń. Bardzo lubię
takie podejście. Poza tym jesteśmy z tego samego rocznika - 1954.
Pomijając "Angelę", Unia Europejska zdaje się być znacznie mniej istotna dla Polski niż USA. Pamiętamy list solidarności państw europejskich z USA w sprawie wojny z
Irakiem, pod którym Polska też się podpisała.
To była jedna z najcięższych decyzji w moim życiu. Pomyliłem się. Powinniśmy byli bardziej zgadzać się z naszymi unijnymi
partnerami. W ten sposób udałoby się być może uniknąć wielu problemów, także tych wynikłych między Polską a Niemcami.
Dziś wiemy, że wojna w Iraku, w którą wprowadził Pan Polskę, okazała się klęską. Jak się Pan z tym czuje? Gdybyśmy wówczas wiedzieli, to co wiemy dziś,
bylibyśmy ostrożniejsi. Co innego jednak usłyszeliśmy. I teraz musimy martwić się tym, jak zaprowadzić w Iraku pokój. Polska powinna wycofać swoje wojska jeszcze przed końcem tego roku.
Musi zapanować nowy ład. Być może poradzi sobie z tym nowy prezydent USA, który będzie miał więcej przestrzeni do działania i stosować będzie bardziej pokojowe środki. Być może uda się
mocniej związać ze sobą obecnych partnerów i przekonać do współpracy sąsiadów Iraku. Obecna administracja USA nie jest w stanie tego dokonać. Stała się więźniem swoich starych
strategii.
Co sądzi Pan o uczestnictwie Polski w tarczy antyrakietowej?
Kaczyńscy nie powinni powielać naszych błędów z 2003 roku. Tę sprawę omawiać trzeba w ramach Unii
Europejskiej. Trwałość wewnątrz unijnych stosunków powinna być dla nas priorytetem. Myślę, że nawet ważniejsza od rozwoju tych ponadatlantyckich.
A co gdy w sprawie tarczy nie dojdzie do unijnego konsensusu?
Wówczas winna Polska swój stosunek do tarczy poważnie przemyśleć.
Pojawia się Pan często w towarzystwie Lecha Wałęsy, swojego poprzednika na fotelu prezydenta Polski. Patriarcha Solidarności i były komunista to dość niezwykła para, przyzna
Pan?
To za sprawą Kaczyńskich. Mój stosunek do Wałęsy zmienił się bardzo. Pozostajemy w stałym kontakcie. Spotykamy się na kawie czy w innych, podobnych okolicznościach. To, że działamy razem,
pokazuje jedynie, jak surowo traktujemy naszą pracę. Musimy dotrzeć do pozostałych 60 proc. uprawnionych do głosowania Polaków, którzy ostatnio na nich się nie stawili. Zyskują na tym
Kaczyńscy, bo ich wyborcy są zdyscyplinowani i zawsze do urny pójdą. Do tego największa partia opozycyjna względem Kaczyńskich, PO Donalda Tuska, jest tak samo jak oni konserwatywna. Jest
pewne, że w najbliższych wyborach nie będziemy dysponować równą im siłą. Być może dojdzie do koalicji Tuska z Kaczyńskimi. Ta jednak długo nie przetrwa. Przy następnych, już planowych
wyborach, za jakieś trzy lata, wtedy powinno się nam udać. Wtedy będziemy mogli z Tuskiem współpracować.
Chciałby Pan raz jeszcze zostać prezydentem?
Gdybyśmy zyskali większość, mógłbym to przemyśleć. Dziś to jedynie teoretyczne pytanie. Byłem prezydentem dwie pełne kadencje, więcej nie mogłem, bo zabrania tego polska konstytucja.
Mój dobry przyjaciel, George W. Bush, zapytał mnie kiedyś: "Aleksander, co za idiota pisał wam konstytucję?". Ja mu na to odparłem: "George, nawet nie pytaj, sam ją
pisałem". Ta konstytucja powstała w 1997 roku, za mojej prezydentury. Jestem pewien, że to był dobry pomysł. W innym przypadku moglibyśmy mieć Kaczyńskich przez 15 lat.