"Wzruszyła mnie troska o opozycję, która jak Pan powiedział wodzona za nos przeze mnie, nie docenia Pańskich wiekopomnych reform prokuratury i nie wierzy w to, że prowadzone przez Pana śledztwa są najcudowniejszym, kryształowym przykładem transparentności i bezstronności" - zaczyna swój list do ministra sprawiedliwości Roman Giertych

I kontynuuje: "Tylko w Panu nadzieja, że Pańska cenna rada powstrzyma opozycję przed samozagładą polegającą na interesowaniu się śledztwem w sprawie Srebrnej. Bo przecież tam nic ciekawego nie ma. Ii gdyby, jak Pan słusznie powiedział, nie wina moja, to już dawno mógłby Pan śledztwo zakończyć (chociaż go Pan jeszcze nie rozpoczął).

Giertych przekonuje, że jeszcze cenniejszym wątkiem omawianej wypowiedzi było zwrócenie uwagi na kierowniczą rolę mecenasa wobec opozycji. "Co jest oczywiste i bezsporne. Od dawna wydawane przeze mnie dyspozycje są wiernie realizowane przez wszystkich. Nawet Czarzasty zanim wszedł do Koalicji pytał mnie o zgodę" - ironizuje adwokat.

Zaraz jednak dodaje, że pisze do Ziobry, żeby... pochwalić wystąpienie. "Chociaż bon mot z tym "robieniem opozycji w konia" przeze mnie - super. Musiał się Jarkowi spodobać" - podkreśla.

Roman Giertych zaznacza, że piszę z radą. Bo, jako mianowany przez ministra sprawiedliwości "reżyser działań opozycji", chce mu opowiedzieć historię jednego filmu. Na filmie tym saperzy wysadzili tamę. Ale ładunek nie zadziałał od razu. Tama jeszcze chwilę stała. Było widać zarysowania, coraz większe pęknięcia, a nawet trzaski i pomruk napieranej przez wodę konstrukcji. A ludzie stali i patrzyli z dołu na tamę i myśleli sobie: skoro tyle stała, to jeszcze postoi. To był błąd. Gdyż wreszcie woda ruszyła. Ocalała garstka, która chwilę przed katastrofą wsiadła do helikoptera i odleciała w siną dal.

"Panie Ministrze! Niech Pan nie pozwoli, aby Pana miejsce w helikopterze zajęła jakaś Kempa, czy Mazurek. Niech Pan nie pozwoli, aby Pana rywal - Joachim spoglądał na Pana z góry, gdy wody będą zalewać wszystko. Niech się Pan ratuje! Póki nie jest za późno" - zakończył swą opowieść adwokat.

Podpisał się: Zawsze życzliwy, Roman Giertych.