Wielce prawdopodobna zbrodnia wojenna popełniona w Afganistanie przez polskich żołnierzy wnosi nowy element do dyskusji o działaniach naszych wojsk za granicą.

Jako członek NATO i UE Polska wysyła i będzie wysyłać swoich żołnierzy i policjantów na zagraniczne misje. To misje bardzo różnego rodzaju: od zwykłego zapewniania bezpieczeństwa w czasie wyborów, przez nadzorowanie rozejmu, aż po misje "wymuszania pokoju", które wiążą się z ryzykiem udziału w walkach zbrojnych, koniecznością używania broni, prawdopodobieństwem rozlewu krwi i strat w ludziach.

W Polsce od wysłania żołnierzy na wojnę iracką nastał czas niefrasobliwości w podejściu do zadań zlecanych naszym żołnierzom w takich operacjach. U boku potężnego sojusznika poczuliśmy się nieustraszeni, pojawiła się iluzja wpływu na losy innych regionów czy wręcz na kształt porządku międzynarodowego, niektórzy żołnierze i dowódcy zdążyli zasmakować w tej "męskiej przygodzie" i już zaczynali się czuć jak prawdziwe "psy wojny". To było krótkowzroczne podejście. Do smutnej sprawy irackiej już nie warto wracać. Trzeba stamtąd po prostu wyjść. Wbrew temu, co mówią niektórzy politycy i eksperci, dzisiaj żadne wycofanie z Iraku nie będzie "szybkie"; będzie już tylko zbyt późne.

Afganistan jest innym przypadkiem. Polscy żołnierze powinni byli tam trafić, ponieważ jest to misja sojusznicza. Nawiasem mówiąc, szkoda, że Amerykanie odrzucili pomoc Sojuszu zgłoszoną nazajutrz po 11 września. Zapewne sytuacja w tym kraju wyglądałaby o wiele lepiej. A tak, dopiero gdy wskutek błędnej taktyki Amerykanie przestali sobie radzić, a sytuacja zaczęła się dramatycznie pogarszać, butna dotąd administracja Busha poczęła wysyłać sygnały SOS. Sojusz bez wahania ruszył na pomoc.

Jednocześnie popełniono kardynalny błąd w postaci utrzymania amerykańskiego dowództwa nad tą operacją, a właściwie toczeniem w Afganistanie dwóch równoległych operacji: amerykańskiej Enduring Freedom (z naciskiem na "enduring") i NATO-wskiej - ISAF. Pierwsza wojenna, druga stabilizacyjna. Pomiędzy nimi istnieje stała sprzeczność. Sposób, w jaki Amerykanie realizują swoją operację (masowe użycie siły, straty wśród ludności cywilnej, zniszczenia), uniemożliwia powodzenie operacji NATO i przedłuża konflikt w tym kraju.

Błąd, który popełniła Polska, polegał na tym, że nasi żołnierze nie trafili de facto do operacji NATO, lecz na miejscu zostali podzieleni na mniejsze grupy, oddani pod amerykańskie dowództwo i utożsamieni pod względem zadań i sposobu ich wykonywania z oddziałami amerykańskimi. Pamiętam dumę wielu naszych ekspertów, komentatorów i polityków: "Wysłaliśmy tam naszych żołnierzy z mandatem bez żadnych ograniczeń (without caveats), nie to co tchórzliwi Francuzi, Niemcy czy inni". Od tej pory można było oczekiwać najgorszego.

Było pewne, że nasi żołnierze szybko przejmą od swych amerykańskich przełożonych i kolegów ich metody walki. Polegają one m.in. na zupełnym ignorowaniu wszelkich praw i ograniczeń wynikających z międzynarodowego prawa humanitarnego (zwłaszcza konwencji i protokołów genewskich). Nieprzypadkowo Stany Zjednoczone G.W. Busha odrzuciły jurysdykcję Międzynarodowego Trybunału Karnego.

Reklama

Waszyngton nie chciał sobie krępować rąk w swych operacjach międzynarodowych. W czasie wojny żołnierze szybko się uczą złych obyczajów. Miażdżąca przewaga w uzbrojeniu daje dodatkowe poczucie bezkarności. Jest to o tyle głupie, że elementarna wiedza z zakresu studiów strategicznych mówi jednoznacznie: uporczywe naruszanie zasad prawa i moralności oraz znieważanie wartości innych narodów jest strategicznie nieefektywne.

Wniosek, jaki płynie z tej nieszczęsnej lekcji, jest jeden. Polscy żołnierze muszą opuścić swych amerykańskich kolegów i przejść do właściwej operacji NATO. Zmianie musi też ulec charakter naszego udziału - z bojowego na stabilizacyjny.

Zapowiedział to już zresztą minister Bogdan Klich. Misja stabilizacyjna w Afganistanie jest niebezpieczna, ale przynajmniej nie implikuje takich sytuacji jak ta z udziałem naszych żołnierzy w sierpniu tego roku. Polska musi mieć wpływ na to, w jaki sposób wykorzystywani są jej żołnierze.

Gen. Anders miał odwagę powiedzieć "nie" Stalinowi i wyprowadzić swoje wojsko, nad którym wpływu chciano go pozbawić. Polscy żołnierze nie mogą być traktowani jak najemnicy, nawet jeśli niektórzy pokochali zapach prochu i atmosferę wojny. Ich użycie jest sprawą polityki, która musi długofalowo uwzględniać bezpieczeństwo i wizerunek kraju. Tradycja i etos polskiego wojska są inne niż byłych narodów imperialnych i nie wolno ich psuć dla doraźnych i - jak się okazuje - iluzorycznych korzyści.