To główny wniosek płynący z sondażu United Surveys, wykonanego na zlecenie DGP i RMF FM. Zapytaliśmy w nim, czy podejmując decyzję w sprawie udziału w wyborach, ankietowani biorą pod uwagę ryzyko zakażenia koronawirusem. Niemal 52 proc. odpowiedziało negatywnie, a ponad 47 proc. potwierdziło, że liczy się z takim ryzykiem. Tylko garstka (mniej niż 1 proc.) nie ma wyrobionej opinii w tej sprawie.

Reklama

Sytuacja polityczna jest napięta, ostateczny wynik może być na styk, dlatego temat koronawirusa niejako zszedł na drugi plan. W międzyczasie nastąpił proces oswajania choroby, wszyscy starają się żyć mniej więcej tak jak do tej pory i zachowują pewną dozę sceptycyzmu wobec powagi sytuacji – podkreśla politolog Jarosław Flis.

W podziale na elektoraty najmniej koronawirusa obawiają się wyborcy Krzysztofa Bosaka (63 proc. nie bierze pod uwagę ryzyka zakażenia) i Andrzeja Dudy (62 proc.). Wyborcy pozostałych kandydatów w większości jednak liczą się z ryzykiem zakażenia przy podejmowaniu decyzji o udaniu się na wybory – w przypadku elektoratu Rafała Trzaskowskiego mowa o 58 proc., u wyborców Szymona Hołowni to równe 50 proc., Roberta Biedronia – 76 proc., a Władysława Kosiniaka-Kamysza – aż 91 proc.

Jedną z kluczowych grup, która może zaważyć na wyborczym wyniku, są seniorzy. – 28 czerwca w grupie osób powyżej 60. roku życia była frekwencja o 10 pkt proc. niższa niż w październiku zeszłego roku. Milion osób mniej zagłosowało w tej grupie i tu są jeszcze rezerwy – przekonywał w ubiegłym tygodniu na łamach DGP Adam Bielan, rzecznik sztabu Andrzeja Dudy.

Rzeczywiście największy odsetek tych, którzy biorą pod uwagę ryzyko zakażenia w trakcie wyborów, jest w grupie osób starszych, ale w wieku 50–59 (59 proc.). W przypadku osób w wieku 60–69 oraz 70 lat i więcej odsetek ten wynosi po 47 proc. Najmniej obaw koronawirus budzi wśród osób w wieku 18–24 lata (23 proc.), ale u osób nieco starszych od nich (25–29 lat) obawę taką wyraziło już 53 proc. ankietowanych.

W naszym sondażu zapytaliśmy też o dalsze postępowanie wyborców, którzy biorą pod uwagę ryzyko zakażenia. Choć lokale wyborcze i członkowie komisji funkcjonują w podwyższonym reżimie sanitarnym, przygniatająca większość ankietowanych (ponad 93 proc.) deklaruje, że pójdzie na wybory, ale polegając przede wszystkim na własnych zabezpieczeniach typu własny długopis czy środek dezynfekujący.

Sondaż DGP i RMF FM - infografika / Dziennik Gazeta Prawna

Jak na razie nie widać wzrostu zachorowań po poprzedniej turze wyborów. Po 28 czerwca najwięcej przypadków było 1 lipca – 382, a najmniej wczoraj – 205. Liczba zgonów w ostatnich dniach to 4-5 dziennie. To wskazuje, że jesteśmy w okresie stabilizacji zachorowań, tym bardziej że liczba testów także utrzymuje się na zbliżonym poziomie. – Okres inkubacji wirusa wynosi od 5 do 7 dni. Brak doniesień o nowych ogniskach zachorowań związanych z organizacją wyborów wskazuje na to, że pierwsza tura przebiegła bezpiecznie. Zalecenia MZ (maski, przyłbice, dezynfekcja) sprawiły, że udział w wyborach jest jedną z najlepiej zabezpieczonych aktywności społecznych – mówi wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński. Efektu możemy się spodziewać nie tydzień, a dwa, trzy czy nawet więcej po wydarzeniu. W tym przypadku możemy go nawet nie zobaczyć. Lockdown został zniesiony, wszystko jest otwarte, więc nawet jeśli zakażenia w lokalach wystąpią, to efekt może skryć się pomiędzy innymi przypadkami – mówi prof. Krzysztof Pyrć, kierownik pracowni wirusologii w Małopolskim Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.