Do zabicia Litwinienki wybrano tal. To silnie trujący pierwiastek, który nie ma ani smaku, ani zapachu. Nie wyczuje go więc nawet najwytrawniejszy szpieg. A poza tym tal może wywołać u ofiary atak serca. I wtedy można umyć ręce i spokojnie stwierdzić, że człowiek zmarł śmiercią naturalną.
Taki właśnie był plan, kiedy w zeszłym roku dosypano talu do herbaty, którą potem wypiła Anna Politkowska, sprzeciwiająca się Kremlowi dziennikarka, zastrzelona na początku
października. Wtedy jednak udało się jej ujść z życiem. Ale władze i tak były zadowolone, bo Politkowska, zamiast relacjonować masakrę w szkole w Biesłanie, leczyła się w szpitalu.
Tal to tylko jedna z wielu metod zabijania wrogów, stosowanych przez KGB. Wtajemniczeni mówią, że także jej następczyni, Federalna Służba Bezpieczeństwa, pracowicie rozbudowuje arsenał
broni. Tal jest trucizną bardzo groźną, bo atakuje większość organów wewnętrznych i do tego paraliżuje układ nerwowy.
Ale śmiertelnych trucizn, których użycie do perfekcji opanowały rosyjskie specsłużby, jest dużo więcej. 18 lat temu mordercy sięgnęli po rycynę, która niszczy serce, wątrobę i płuca.
Igła nasączona trucizną była ukryta w parasolu. Na londyńskim moście Waterloo morderca trafił nią w łydkę bułgarskiego dysydenta, Georgi Markowa. Bułgar dopiero po kilku dniach poszedł
do lekarza - wcześniej myślał, że zwyczajnie coś go ugryzło. Jednak było już za późno, Markow zmarł.
Rosyjscy szpiedzy chętnie sięgają także po dioksyny, czyli rakotwórczą truciznę, ukrywaną zazwyczaj w jedzeniu. Taką pułapkę zastawiono na ukraińskiego prezydenta, Wiktora Juszczenkę.
Polityk ledwo uszedł z życiem, a trądzik - wywołany zatruciem - zostawił na jego twarzy głębokie bruzdy.
A to nie koniec listy trucizn wykorzystywanych przez rosyjskie specsłużby w walce z wrogami. Spis otwiera botulina - wystarczy zaledwie 70 mikrogramów tej substancji, żeby sparaliżować
mięśnie. Można ją albo wstrzyknąć, albo dodać do jedzenia. Podobnie strychninę, która podana w posiłku powoduje zwiotczenie mięśni. Tak samo jak lek, który w Polsce przez pomyłkę
zapakowano do paczek z corhydronem… Nie starzeje się arszenik oraz cyjanek potasu i sodu. W sumie takich trucizn jest 11, a agenci traktują je jak zwyczajną broń. I czasami używają
zamiast pistoletu.
Cały problem polega na tym, jak otruć, by nikt nie dowiedział się, że śmierć nie była wypadkiem. I nad tym Rosjanie pracują w specjalnym laboratorium, które mieści się w Moskwie na ulicy
Krasnobogatyrskiej, nieopodal Łubianki, dawnej siedziby KGB, a dziś jej następczyni, FSB. W jej budżecie co roku odkładana jest pokaźna sumka na badania nad nowymi, jeszcze doskonalszymi
sposobami zabijania. Bo można dosypać trucizny do jedzenia czy picia. Ale można i nasączyć nią bieliznę albo natrzeć buty, albo wysłać list z trucizną. W ten sposób cztery lata temu FSB
rozprawiła się z jednym z czeczeńskich przywódców, Chattabem.
Ofiarami KGB byli najprawdopodobniej także dwaj synowie pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. W styczniu 1994 roku Bogdan zaginął podczas wyprawy płetwonurków. Pół roku później na starszego z
synów, Waldemara, najechał samochód. Kierowca uciekł, a auto, które znaleziono później, było dokładnie wyczyszczone z odcisków palców. Do dziś nie ma pewności, kto stał za śmiercią
braci Kuklińskich.
Pewne jest jedno. Jeżeli rosyjskie służby specjalne wydadzą już na kogoś wyrok, to nie spoczną, aż go nie wykonają. I dlatego o swoje życie może się obawiać Borys Bierezowski, rosyjski
oligarcha, który pokłócił się z Kremlem i uciekł do Wielkiej Brytanii. Bo Litwinienko, zanim zdradził, dostał zlecenie właśnie na niego. Teraz sam znalazł się na celowniku.
Kolejni na liście to Achmed Zakajew, były czeczeński minister spraw zagranicznych, i przyjaciel Litwinienki - Oleg Gordijewski, były rosyjski szpieg. Co ciekawe, to właśnie obaj zbiegowie z
szeregów służb specjalnych są skarbnicą informacji o sposobach działania KGB i FSB. Nic dziwnego, że Moskwa chce im zamknąć usta. Tylko musi wiedzieć, że już chyba nikt nie uwierzy w
wersję o wypadku.