Na razie trwa próba sił. Moskwa chce podnieść ceny gazu czterokrotnie albo tylko dwukrotnie, z tym, że wtedy chce przejąć kontrolę nad białoruskim operatorem gazowym. Czyli klasyczny
szantaż ekonomiczny. Mińsk się nie zgadza i zapowiada, że zacznie kraść gaz przesyłany przez Białoruś na Zachód.
"Na razie trwa szantaż, a jeśli oni dalej będą go stosować, to my zejdziemy do ziemianek, ale nie ulegniemy szantażowi" - powiedział prezydent Łukaszenka. I dodał, że nie
wierzy, by Rosja od Nowego Roku w ogóle wstrzymała dostawy gazu dla Białorusi.
Wysłał nawet przed ambasadę rosyjską w Mińsku pikiety, co w tym kraju raczej się nie zdarza.
Tymczasem negocjatorzy z obu państw usiedli wieczorem w Moskwie przy wspólnym stole i próbują ustalić warunki nowego kontraktu. Stary kończy się 31 grudnia i Rosja zapowiedziała, że rano 1
stycznia wstrzyma dostawy na Białoruś. Zapewnia przy tym, że tym samym rurociągiem dalej będzie płynąć gaz na Zachód, m.in. do Polski.
Problem w tym, że Białoruś może zacząć nielegalnie pobierać gaz dla siebie, a wtedy zabraknie go dla nas. Rozmowy trwają, ale w Europie robi się coraz bardziej nerwowo.
Łukaszenka, po tym, jak pogroził Moskwie, wymachuje też pięścią w stronę Zachodu i Polski. Zapowiada, że od 1 stycznia Białoruś nie będzie już walczyła z
przenikaniem nielegalnych imigrantów przez granicę Unii Europejskiej.
"Około 100 tys. nielegalnych imigrantów znajduje się na naszym terytorium i chce trafić do Europy. A my ich tu łapiemy. Od 1 stycznia tego już nie będzie, nikogo tu nie będziemy
łapać i niech oni w Europie sami sobie łapią" - oświadczył dyktator.