Dziennik Gazeta Prawana logo

Mieszkańcy Tel Awiwu ignorują alarm przeciwrakietowy

22 czerwca 2011, 13:32
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Rząd Izraela ukrył się w środę w bunkrze przeciwatomowym, a ludzi w całym kraju wezwały do schronów syreny alarmowe, które rozległy się o godz. 10 czasu polskiego. W Tel Awiwie wielu mieszkańców zignorowało jednak ćwiczenia przeciwrakietowe.

Już od niedzieli w Izraelu trwają wielkie manewry obrony cywilnej pod kryptonimem "Punkt zwrotny 5". Celem trwającej tydzień akcji jest sprawdzenie, jak przygotowany jest kraj na ewentualność zmasowanego ataku rakietowego z Iranu, Libanu, Syrii i palestyńskiej Strefy Gazy; także z użyciem środków chemicznych.

Zdaniem dowództwa sił zbrojnych Izraela, wrogowie państwa żydowskiego są w stanie w ciągu doby odpalić na ten kraj do 800 rakiet w ciągu jednej doby. Może to spowodować wiele ofiar w ludziach i znaczące szkody materialne, paraliżując np. dostawy prądu i wody.

W środę władze próbują sprawdzić, jak zachowają się w takich sytuacjach mieszkańcy.

Po raz pierwszy jest testowany system powiadamiania cywilów za pomocą SMS-ów o groźbie ataku rakietowego. Jednak na telefon - jednej z dwóch wielkich izraelskich sieci komórkowych - żadna wiadomość do PAP nie dotarła.

Kiedy o godz. 10 czasu polskiego rozległy się syreny, sygnalizując konieczność udania się do schronów, właściciel pralni przy ulicy Icchaka Frenkela w dzielnicy Florentine w Tel Awiwie tylko machnął ręką. "Kogo to obchodzi? Tu nawet nie ma żadnego schronu" - mówi.

Po chwili jednak pojawia się kilka osób zmierzających do pobliskiego schronu, podobno jedynego w okolicy. Przy wejściu do piwnicy budynku przy ulicy Vital 2 przybyłych witają jednak zasuwane stalowe drzwi, zamknięte na kłódkę.

Wśród nie więcej niż dziesięciu zgromadzonych osób są ludzie wyłącznie w starszym i średnim wieku. Sędziwa kobieta narzeka, że władze kpią z ludzi, wzywając w mediach, by wzięli udział w ćwiczeniach.

"Trudno, co robić, wracamy do pracy" - mówi PAP Oded Mizrhi, 54-letni pracownik drukarni.

Na ulicy młodzi ludzie spokojnie spacerują z psami, czynne są sklepy i bary.

"Tu w Tel Awiwie tak już jest, to oddzielna republika" - śmieje się Dima Akerman, który w 1990 roku wyemigrował do Izraela z Kamieńca Podolskiego - dziś na Ukrainie, a wówczas jeszcze w ZSRR. Mieszka w Aszdodzie, dojeżdżając ok. 37 km do pracy w Tel Awiwie.

"Jak dwa miesiące temu raz za razem spadały nam na głowę rakiety, to tu ludzie nawet o tym nie słyszeli, dowiadywali się dopiero ode mnie" - mówi Akerman.

Tymczasem część mieszkańców Aszkelonu, Aszdodu i Beer Szewy wpadła w panikę, gdy syreny przypadkowo odezwały się w środę po raz drugi, już po umilknięciu zapowiadanego przez władze alarmu. Byli przekonani, że tym razem rakiety mogą spaść naprawdę.

W całym Izraelu syreny mają się odezwać ponownie o godz. 18 czasu polskiego. Jak tłumaczy rząd, chodzi o to, by ćwiczenia odbyły się także wówczas, gdy większość rodzin jest już w domach.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło PAP
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj