O ile w północnej Europie zaciskanie pasa na razie sprowadza się głównie do rezygnacji z niektórych przyjemności, o tyle na południu przybiera ono bardzo drastyczne formy. Wracamy do czasów, kiedy Hiszpania nie tylko nie należała do strefy euro, ale w ogóle była krajem rozwijającym się – uważa Jose Garcia Montalvo, profesor ekonomii na Uniwersytecie Pompeu Fabra w Barcelonie.

Reklama

Z powodu drastycznego ograniczenia subwencji socjalnych przez konserwatywny rząd Mariano Rajoya spośród 5,3 miliona Hiszpanów, którzy nie mają pracy, aż 65 procent nie otrzymuje już żadnego wsparcia ze strony państwa. Z powodu braku gotówki starają się więc przeżyć dzięki barterowej wymianie towarów. W Polsce taka forma handlu ostatnio istniała przed wojną i to na Kresach Wschodnich – przypomina DGP ekonomista Witold Orłowski.

W całym kraju powstało już 300 „barterowych” targów, na których można wymienić przeczytaną książkę na kilo mięsa czy suszarkę do włosów na zapas makaronu, ani razu nie wyjmując z kieszeni portfela.

Barterowa wymiana rozwija się także w najlepsze w internecie. Jednym z portali specjalizujących się w tego typu pośrednictwie jest Nolotiro.org („nie wyrzucam”). Co miesiąc przez nasz portal wymienianych jest już 10 tysięcy artykułów, od samochodów po matczyne mleko dla niemowlaków. Najczęściej z naszych usług korzystają trzydziestoletnie kobiety – mówi dziennikowi „Wall Street Journal” założyciel strony Daniel Remeseiro.

Inny hiszpański portal Sindinero.org („bez pieniędzy”) specjalizuje się z kolei w doradztwie, jak samodzielnie zrobić różnego rodzaju sprzęt, gdy nie ma się pieniędzy, albo gdzie w mieście można podłączyć się za darmo do internetu.

Oryginalną formą bezgotówkowej wymiany usług jest pomysł tzw. dzielonych ogrodów (Huertos Compartidos). Zasada jest prosta: bezrobotni mogą uprawiać nieużytki w zamian za część plonów, jakie otrzymują od właścicieli gruntów.

Ale to „banki czasu” stają się w czasach kryzysu prawdziwym przebojem. Układ jest klarowny: każdy z udziałowców projektu poświęca czas na świadczenie usług dla innych osób, w zamian za co może liczyć na ich pomoc. Jeden pełni funkcję kierowcy, drugi dokonuje drobnych napraw domowych, trzeci opiekuje się osobami starszymi lub dziećmi. Nasz system jest bardzo egalitarny. Czas każdego, czy to profesora, czy robotnika, liczy się tak samo – tłumaczy założyciel takiego banku w Valladolid, Juan Manuel Primo.

Zaświadczenia za przepracowane godziny są rozliczane na koniec każdego miesiąca. Przyjęto przy tym zasadę, że różnica między świadczonym czasem pracy a tym uzyskanym od innych członków banku nie może przekroczyć 20 godzin.

Weganie w jurtach

W Grecji, kraju najmocniej dotkniętym przez kryzys, gospodarka bezgotówkowa, a więc i szara strefa pozostająca poza zasięgiem władz skarbowych, przybiera jeszcze bardziej ekstremalne formy niż w Hiszpanii. W kilku regionach kraju mieszkańcy powołali do życia własne, umowne waluty, które są honorowane przez lokalne sklepy, zakłady komunalne, przedsiębiorców.

Jeszcze dalej posunęła się grupa byłych menedżerów z Aten, którzy po wyrzuceniu z pracy nie byli w stanie podołać wysokim kosztom życia w greckiej stolicy. Na wyspie Ewia założyli więc wegańską wspólnotę, która stara się być samowystarczalna w możliwie najszerszym zakresie. Za mieszkanie służą im wzorowane na mongolskich jurty, których zaletą jest nie tylko to, że łatwo je samemu zbudować, lecz także że ich postawienie nie wymaga zgody (i łapówek) administracji lokalnej. Pieniądze są nam potrzebne właściwie już tylko do zapłacenia za energię elektryczną – tłumaczy dziennikarzowi agencji Reutera Apostolos Sianos, który jeszcze dwa lata temu pracował jako informatyk w Atenach. Jego zdaniem zainteresowanie Greków pomysłem ekowspólnoty bardzo szybko rośnie. Odwiedziło nas już przynajmniej dwa i pół tysiąca osób. Pytają, jak przygotowujemy jedzenie, co robimy, gdy w nocy jest zimno. To, co jeszcze niedawno wydawało się tylko ekstrawaganckim pomysłem, dziś staje się realną alternatywą na życie – dodaje Sianos.

Na życie jak nomadzi na pustyni mimo wszystko wciąż zdobywa się niewielka część Greków. Ale już nie na powrót z miast do wsi, gdzie życie jest o wiele tańsze, szczególnie gdy ma się tam rodziców lub krewnych. A to przypadek wielu greckich rodzin, bo urbanizacja kraju jest zjawiskiem stosunkowo świeżej daty: jeszcze w latach 50. XX wieku Ateny liczyły dwa razy mniej mieszkańców niż dziś. W sytuacji gdy poniżej progu ubóstwa żyje już 1/3 Greków aż 70 proc. ankietowanych rozważa przeniesienie się na wieś, stolica może opustoszeć. To smutne. Wyjazd do miasta był znakiem awansu. Liczyliśmy, że nasze dzieci będą żyły o wiele lepiej niż my. Teraz musiały do nas wrócić. Rząd popełnił wiele błędów i powinien być z tego rozliczony – mówi dziennikarzowi BBC 73-letnia Paraskewi Karinos, której syn z rodziną zostawił wszystko w Atenach i teraz zajmuje jeden z pokoi chałupy, w której spędził dzieciństwo. Życie jest tu prostsze, a więc i tańsze. Ale to Epir, jeden z najbiedniejszych regionów Grecji. Perspektywy zdobycia pracy są tu żadne – żali się Tomas Karinos.

Najtaniej w Polsce

Taniej można żyć nie tylko na wsi, lecz także w... Polsce. Przekonuje się o tym coraz więcej młodych Hiszpanów, którzy spędzają w naszym kraju długie miesiące, szczególnie te cieplejsze. Gdy zdobędziesz pracę na przynajmniej rok, dostajesz potem przez kilka miesięcy zasiłek. Ale to niewielkie pieniądze: 300 – 400 euro miesięcznie. W Hiszpanii nie da się za to przeżyć, chyba że kątem u rodziców. W Polsce ceny są o wiele niższe i to wystarcza – mówiła mi latem tego roku spotkana na Helu Ana, 27-letnia absolwentka historii sztuki z Madrytu. Wraz z grupą koleżanek doskonale wiedziała, że żywność trzeba kupować w Biedronce, a jeśli jechać z półwyspu do Gdyni, to nie wodolotem, ale pociągiem osobowym.

Problemy ze związaniem końca z końcem mają także młodzi Włosi. W tej grupie wiekowej aż 36 procent osób pozostaje bez pracy. A pozostali zwykle nie zarabiają więcej niż tysiąc euro miesięcznie, co ma się nijak do horrendalnych cen nieruchomości w Rzymie czy Mediolanie. Dlatego aż 2/3 Włochów, którzy nie ukończyli 35. roku życia, to tzw. mammoni, czyli tacy, którzy poświęcili wolność osobistą na ołtarzu tańszych kosztów życia na garnuszku rodziców. Rzecz jasna w takich warunkach ślub, a tym bardziej dzieci pozostają poza dyskusją: Włochy są dziś jednym z krajów świata o najniższym przyroście naturalnym.

Reklama

Jednym ze sposobów wyrwania się z takiej rzeczywistości są kursy niemieckiego w Instytucie Goethego. Są tak oblegane, że nazwisko romantycznego pisarza zaczęto rozszyfrowywać jako „get-me-out-of-here” (pozwól mi wydostać się stąd). Od wybuchu kryzysu każdego roku w Niemczech osiedla się kilkadziesiąt tysięcy młodych, często dobrze wykształconych Włochów, którzy w kraju nie są w stanie przebić się przez nieformalne układy zawodowe i zrobić kariery. Ale bez zatrzymania takich osób włoska gospodarka nie zacznie się rozwijać – mówi DGP Ansgar Belke, profesor ekonomii na Uniwersytecie w Duisburgu.

Kryzys odmienił życie w całej Europie, choć nie zawsze tak drastycznie jak w Grecji i Hiszpanii. Przekonali się o tym analitycy francuskiego instytutu Cetelem, którzy przeprowadzili ankietę wśród ośmiu tysięcy mieszkańców dwunastu państw Unii. Okazało się, że aż 64 procent pytanych przyznało, że kryzys trwale zmienił ich przyzwyczajenia konsumpcyjne. Aż 47 procent pytanych przyznaje, że stale kupuje towary używane, od samochodów po ubrania i sprzęt gospodarstwa domowego. W całej Europie furorę robią także sieci sklepów dyskontowych jak Dia w Hiszpanii, Ed we Francji i Aldi w Niemczech. Cierpią na tym przede wszystkim tradycyjne domy towarowe, jak istniejący od 122 lat hiszpański Corte Ingles, który właśnie podał fatalne wyniki za pierwszą połowę tego roku (zysk spadł o 34 procent w stosunku do poprzedniego roku) i został zmuszony do radykalnego ograniczenia marży sprzedaży. Na nowych preferencjach klientów, którzy oglądają dziś wielokrotnie każde euro, zanim je wydadzą, tracą też hipermarkety. Zwykle oddalone od centrów miast, wymagają od klientów wydania pieniędzy na benzynę oraz kupowania hurtowo dużych ilości towarów, na co ludzie nie mogą sobie pozwolić. W całej Europie dynamicznie rozwijają się teraz sklepy osiedlowe, bo dzięki nim o wiele łatwiej jest kupującym kontrolować wydatki. Dlatego także wielkie supermarkety zaczęły w pierwszej kolejności rozwijać sieć małych punktów osiedlowych – mówi DGP Jean-Philippe Ducart z europejskiej federacji konsumentów Test Achat.

To zjawisko widać także w Polsce, gdzie m.in. Auchan stawia na sieć sklepów Simply Market, a jego rywal – na punkty Carrefour Market.

Naprzeciw potrzebom oszczędzających konsumentów zaczęły wychodzić wielkie koncerny produkujące dobra konsumpcyjne, jak brytyjsko-holenderski Unilever. Z jednej strony wypuściły na rynek kostki margaryny czy opakowania z szamponem o mniejszej objętości, przez co ich zakup jest łatwiejszy „do przełknięcia”. Z drugiej stworzyły alternatywne marki dla droższych produktów, które są tańsze, bo gorzej opakowane czy zawierające gorsze składnik i, jak herbata Saga zamiast Liptona.

Stanęliśmy w obliczu dychotomii. Podczas gdy na rynkach wschodzących coraz liczniejsza klasa średnia aspiruje do zachodnich standardów życia, to w zachodniej Europie rozwija się segment gospodarki, który coraz mocniej przypomina rynki wschodzące – mówi dziennikowi „Financial Times” Pier Luigi Sigismondi, szef globalnego działu logistyki Unilevera.

Taką samą strategię przyjęło szwajcarskie Nestle, sprzedający teraz do krajów zachodniej Europy mniejsze opakowania zupek Maggi, które do tej pory były przeznaczone tylko dla biedniejszych krajów wschodniej Europy, czy francuski L’Oreal, który robi dokładnie to samo, jeśli idzie o odżywki do włosów. W Europie konsumenci stali się biedniejsi, niż to było do tej pory, i tak już pozostanie przez jakiś czas. To dla nas poważne wyzwanie – przyznaje Sigismondi.

To samo zaobserwował portugalski dziennik „Jornal de Negocios”, analizując zmianę zachowania swoich czytelników i czytelniczek. Jedna z nich, Diana Ralha, urzędniczka z Porto, przyznała, że jej sposobem na minimalizowanie wydatków jest wyciąganie z bankomatu najniższego możliwego nominału (20 euro) i utrzymywanie się z tego możliwie jak najdłużej. Z kolei Ana Oom, 42-letnia nauczycielka z Lizbony, odkryła, że może związać koniec z końcem dzięki ograniczeniu się do zakupów w prowadzonych przez Chińczyków sklepach osiedlowych. Dziś, jej zdaniem, takie placówki powstają w portugalskiej stolicy jak grzyby po deszczu. Z kolei Francesca Lisera, inna mieszkanka Lizbony, od pewnego czasu przemieszcza się wyłącznie na piechotę, dzięki czemu nie tylko oszczędza na komunikacji miejskiej, ale często w ogóle rezygnuje z niektórych zakupów.

Francuzi bez śniadania

Na północy Europy kryzys też zmienił sposób życia ludzi, choć mniej drastycznie. Nad Sekwaną cięcia objęły z jednej strony największe inwestycje, z drugiej drobne przyjemności, które stanowiły o francuskim stylu życia. W pierwszej połowie tego roku aż o 25 procent załamała się sprzedaż nowych mieszkań w stosunku do analogicznego okresu 2011 r., bo coraz więcej rodzin uznało, że sposobem na przetrwanie jest wynajem, przynajmniej na krótką metę. W wielkich miastach po raz pierwszy od lat załamała się także sprzedaż w restauracjach, tradycyjnie jeden z najbardziej stabilnych punktów budżetu domowego wielu Francuzów. Jeszcze niedawno w dzielnicowej kafejce jadłam śniadania, obiady i kolacje. Teraz to już tylko kolacje z przyjaciółmi w sobotę i ewentualnie piątek. Takie święto od wielkiego dzwonu – mówi DGP mieszkająca w Paryżu Francoise Pons, założycielka klubu dziennikarskiego Grande Europe.

Kształtujący się w ciemnych barwach pejzaż europejskiego rynku konsumpcyjnego rozjaśnia jednak jeden punkt: Niemcy. Tu, jak notuje instytut badania opinii publicznej GfK, zakupy niezmiennie idą w górę. Powodów jest kilka: rekordowo niskie bezrobocie, wysokie podwyżki, a także niewielkie zadłużenie gospodarstw domowych. A także powszechne za Odrą przekonanie, że co jak co, ale niemiecka gospodarka nawet z najgorszego kryzysu wyjdzie obronną ręką.