Dziennik Gazeta Prawana logo

"Waszą elitę zniszczono w jednej chwili. Komuś to było potrzebne". REPORTAŻ ze Smoleńska sześć lat po katastrofie

7 kwietnia 2016, 09:10
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Katastrofa smoleńska
Katastrofa smoleńska/Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego
W Smoleńsku blisko sześć lat po katastrofie polskiego samolotu prawie nikt nie odmawia prośbie o wspomnienia z tamtego dnia. Nie wszyscy pamiętają, jaki to był dzień tygodnia. Ktoś dziwi się, że minęło już sześć lat. Ktoś pamięta, że wtedy jeszcze leżał śnieg.

Pani Lubow mówi, że była wtedy w pracy. Ale pan Wiktor, który wiadomość o katastrofie usłyszał w radiu, zapamiętał, że był to dzień wolny, który spędzał na daczy. 10 kwietnia 2010 roku przypadał w sobotę.

Po co oni lądowali?

Rano nie było mgły. mówi pani Lubow. - Dlaczego nagle w przyrodzie zaszło takie zjawisko? – pyta.

O tym, co się stało, prawie wszyscy rozmówcy dowiedzieli się z mediów. Tylko młody mężczyzna dowiedział się od znajomych, już po południu: „Nie było niczego - ani obwieszczenia, że spadł samolot, ani milicji, ani blokady (…). Gdyby znajomi nie powiedzieli, nawet nie wiedziałbym, że u nas spadł samolot”.

Rozmawiamy w drugiej połowie marca 2016 roku. Po krótkiej rozmowie, kilku pytaniach o sprawę pomnika na miejscu katastrofy, mówi: Na pytanie, komu, odpowiada:

Potem dodaje:

Dla pani Niny główne uczucie to zdumienie. Mówi nawet o uczuciu jakiegoś nonsensu: „dlaczego to wszystko runęło u nas?”. Dziwi się: „Jak coś takiego mogło się wydarzyć (…), przecież są teraz adekwatne sposoby, to przecież nie starożytność, wszystko jest, nawigacja i tak dalej… W ogóle niezrozumiałe, jak to wszystko się zdarzyło”.

Mówi także, kiedy rozmawiamy o przyczynach: „powiedzieli nam, że to niepogoda. Czy to była niepogoda – to jest pytanie”.

Aleksandr, który przyjechał z Białorusi, ma wyrobione zdanie. Sam jest pilotem wojskowym, interesował się katastrofą i – jak mówi - rozmawiał z ludźmi, którzy ją znają. Z rozmowy wynika, że czytał materiały na ten temat.

Rozmawiamy koło lotniska Siewiernyj. Aleksandr mówi, że latał z niego, także sportowo, i jako lotnik wie, że bardzo trudno jest lądować w złych warunkach meteorologicznych, tym bardziej na obcym lotnisku.

Nie zgadza się z zarzutami wobec rosyjskich kontrolerów lotów:

Przyznaje, że nie rozumie, dlaczego stronie polskiej nie oddano wraku samolotu. „To już polityka” – podsumowuje.

O planach pomnika mało kto chyba słyszał

Prawie nikt z rozmówców nie był na miejscu katastrofy, choć mówią o znajomych czy krewnych, którzy tam byli. Ale wiedzą na przykład, że jest tam kamień i brzoza. Tylko pan Wiktor był tam osobiście, dwa razy. On również wie o sprzecznościach między stroną polską i rosyjską w sprawie pomnika.

O planach pomnika mało kto chyba słyszał. Młody mężczyzna na pytanie o tę sprawę odpowiada pytaniem:

– domyśla się przyczyny braku pomnika starsza pani z zakupami.

Jej katastrofa polskiego samolotu kojarzy się ze świeżą tragedią w Rostowie nad Donem. Telewizja podała wiadomość o rozbiciu się tam samolotu linii FlyDubai i przypomniała katastrofę Tu-154M.

– mówi o 10 kwietnia sprzed sześciu lat.

Kiedy rozmawiamy, przekonuje:

Pani Nina uważa, że Polacy żyją obok, więc są jakby krewnymi. Jest bardzo poruszona, kiedy opowiada o ikonie w cerkwi w Katyniu, którą „przysłali nam Polacy”. Fundament cerkwi w Lesie Katyńskim poświęcono 7 kwietnia 2010 roku, w 70. rocznicę zbrodni katyńskiej. Ikona, o której pani Nina mówi, to zapewne znajdująca się tam kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

– opowiada.

Ta "dawna tradycyjna przyjaźń" nie zakończyła się

Pan Wiktor jest zdania, że na lokalnym poziomie katastrofa nie wpłynęła na relacje polsko-rosyjskie. Mówi o tym z perspektywy wykładowcy smoleńskiego uniwersytetu, który od dawna ma kontakty z polskimi uczelniami. Jesienią przyjeżdżają studenci polscy, rosyjscy studenci i wykładowcy jeżdżą do Polski. Ta „dawna tradycyjna przyjaźń” nie zakończyła się – podkreśla.

Pani Lubow pamięta jeszcze, że po pierwszych wiadomościach mieli nadzieję, że może ktoś przeżył katastrofę.

17-letni dziś Iwan, który wtedy chodził do szkoły prawosławnej, pamięta, że kilka dni później razem z innymi uczniami modlił się za polskiego prezydenta.

Pan Wiktor wtedy na daczy rzucił wszystko, żeby słuchać radia podającego wiadomości: „W żaden sposób nie można było uwierzyć. To było absolutnie straszne i wstrząsające”.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło PAP
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj