Pani Lubow mówi, że była wtedy w pracy. Ale pan Wiktor, który wiadomość o katastrofie usłyszał w radiu, zapamiętał, że był to dzień wolny, który spędzał na daczy. 10 kwietnia 2010 roku przypadał w sobotę.
Po co oni lądowali?
Rano nie było mgły. mówi pani Lubow. - Dlaczego nagle w przyrodzie zaszło takie zjawisko? – pyta.
O tym, co się stało, prawie wszyscy rozmówcy dowiedzieli się z mediów. Tylko młody mężczyzna dowiedział się od znajomych, już po południu: „Nie było niczego - ani obwieszczenia, że spadł samolot, ani milicji, ani blokady (…). Gdyby znajomi nie powiedzieli, nawet nie wiedziałbym, że u nas spadł samolot”.
Rozmawiamy w drugiej połowie marca 2016 roku. Po krótkiej rozmowie, kilku pytaniach o sprawę pomnika na miejscu katastrofy, mówi: Na pytanie, komu, odpowiada:
Potem dodaje:
Dla pani Niny główne uczucie to zdumienie. Mówi nawet o uczuciu jakiegoś nonsensu: „dlaczego to wszystko runęło u nas?”. Dziwi się: „Jak coś takiego mogło się wydarzyć (…), przecież są teraz adekwatne sposoby, to przecież nie starożytność, wszystko jest, nawigacja i tak dalej… W ogóle niezrozumiałe, jak to wszystko się zdarzyło”.
Mówi także, kiedy rozmawiamy o przyczynach: „powiedzieli nam, że to niepogoda. Czy to była niepogoda – to jest pytanie”.
Aleksandr, który przyjechał z Białorusi, ma wyrobione zdanie. Sam jest pilotem wojskowym, interesował się katastrofą i – jak mówi - rozmawiał z ludźmi, którzy ją znają. Z rozmowy wynika, że czytał materiały na ten temat.
Rozmawiamy koło lotniska Siewiernyj. Aleksandr mówi, że latał z niego, także sportowo, i jako lotnik wie, że bardzo trudno jest lądować w złych warunkach meteorologicznych, tym bardziej na obcym lotnisku.
Nie zgadza się z zarzutami wobec rosyjskich kontrolerów lotów:
Przyznaje, że nie rozumie, dlaczego stronie polskiej nie oddano wraku samolotu. „To już polityka” – podsumowuje.
O planach pomnika mało kto chyba słyszał
Prawie nikt z rozmówców nie był na miejscu katastrofy, choć mówią o znajomych czy krewnych, którzy tam byli. Ale wiedzą na przykład, że jest tam kamień i brzoza. Tylko pan Wiktor był tam osobiście, dwa razy. On również wie o sprzecznościach między stroną polską i rosyjską w sprawie pomnika.
O planach pomnika mało kto chyba słyszał. Młody mężczyzna na pytanie o tę sprawę odpowiada pytaniem:
– domyśla się przyczyny braku pomnika starsza pani z zakupami.
Jej katastrofa polskiego samolotu kojarzy się ze świeżą tragedią w Rostowie nad Donem. Telewizja podała wiadomość o rozbiciu się tam samolotu linii FlyDubai i przypomniała katastrofę Tu-154M.
– mówi o 10 kwietnia sprzed sześciu lat.
Kiedy rozmawiamy, przekonuje:
Pani Nina uważa, że Polacy żyją obok, więc są jakby krewnymi. Jest bardzo poruszona, kiedy opowiada o ikonie w cerkwi w Katyniu, którą „przysłali nam Polacy”. Fundament cerkwi w Lesie Katyńskim poświęcono 7 kwietnia 2010 roku, w 70. rocznicę zbrodni katyńskiej. Ikona, o której pani Nina mówi, to zapewne znajdująca się tam kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.
– opowiada.
Ta "dawna tradycyjna przyjaźń" nie zakończyła się
Pan Wiktor jest zdania, że na lokalnym poziomie katastrofa nie wpłynęła na relacje polsko-rosyjskie. Mówi o tym z perspektywy wykładowcy smoleńskiego uniwersytetu, który od dawna ma kontakty z polskimi uczelniami. Jesienią przyjeżdżają studenci polscy, rosyjscy studenci i wykładowcy jeżdżą do Polski. Ta „dawna tradycyjna przyjaźń” nie zakończyła się – podkreśla.
Pani Lubow pamięta jeszcze, że po pierwszych wiadomościach mieli nadzieję, że może ktoś przeżył katastrofę.
17-letni dziś Iwan, który wtedy chodził do szkoły prawosławnej, pamięta, że kilka dni później razem z innymi uczniami modlił się za polskiego prezydenta.
Pan Wiktor wtedy na daczy rzucił wszystko, żeby słuchać radia podającego wiadomości: „W żaden sposób nie można było uwierzyć. To było absolutnie straszne i wstrząsające”.