Mamy nowy trend w polityce w Europie Zachodniej. Ten trend to nagły wzrost popularności partii nazywanych proekologicznymi. Można uznać, że partie te w końcu, po wielu latach przebywania na dość barwnych politycznych marginesach, wchodzą do głównego nurtu. To oznacza, że pomysły i postulaty, które te partie prezentują, także wchodzą do mainstreamu, czyli odnosić się do nich będą musiały także inne duże ugrupowania. Będą one mogły te postulaty przejmować i przedstawiać jako swoje własne. Co najważniejsze, rośnie prawdopodobieństwo, że w kwestiach tych łatwiej będzie teraz podejmować decyzje polityczne. A takie decyzje mają moc przekształcania rzeczywistości, która otacza nas i gospodarkę.

Najgłośniejszy sukces Zielonych to drugie miejsce w wyborach w Bawarii, gdzie wyprzedzili SPD, uzyskując 17,5 proc. głosów i wygrywając wybory w Monachium. Ale nie jest to sukces jedyny. W marcu w wyborach samorządowych w Holandii partia GroenLinks uzyskała największy przyrost liczby radnych. Jednocześnie wygrała te wybory w Amsterdamie, Nijmegen i Utrechcie, a w Hadze i Rotterdamie poprawiła swój wynik. W październikowych wyborach lokalnych w Belgii Zieloni zajęli drugie miejsce w Brukseli i Antwerpii. We Flandrii siedmiokrotnie – z 3 do 21 – zwiększyli liczbę radnych. W Walonii powiększyli stan posiadania z 24 do 44 mandatów. W Luksemburgu Zieloni zajęli wprawdzie dopiero czwarte miejsce, ale uzyskali wyraźnie lepszy wynik niż pięć lat wcześniej.

Za kilka dni w wyborach lokalnych w niemieckiej Hesji Zieloni mogą znów znacząco poprawić swój wynik. W sondażach dostają 18 proc. głosów, gdy w ostatnich wyborach w 2013 r. mieli 11 proc. W sondażach ogólnoniemieckich Zieloni walczą o drugie miejsce z Alternatywą dla Niemiec, a SPD spadła już na czwarte. Dystans do wciąż prowadzących CDU/CSU robi się coraz mniejszy. To wszystko może oznaczać, że w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego skrzydło Zielonych może dostać więcej głosów, niż oczekiwano. Może tym samym zrównoważyć spadek poparcia dla partii centrolewicowych i przekreślić scenariusz zwiększenia wpływu ugrupowań prawicowych i eurosceptycznych. A to oznacza, że UE w kolejnej kadencji PE może skręcić nie w prawo, jak życzyłyby sobie tego rządy Polski, Węgier czy Włoch, ale nieco w lewo.

Polska polityka zagraniczna wciąż opiera się na fundamentalnym założeniu, że w UE jest kryzys polityczny i gospodarczy. Dzięki temu możemy sobie pozwolić na wchodzenie w konflikty z Brukselą, bo to przeciwnik słaby politycznie, który na dodatek po maju 2019 r. powinien zmienić twarz na nieco bardziej przyjazną "demokracjom nieliberalnym". Wyniki wielu ostatnich wyborów w Europie sugerują, że to założenie może być już nieaktualne. Ale jeszcze ważniejsze wnioski ze wzrostu popularności partii proekologicznych płyną dla naszej gospodarki.

Już dziś niemiecki sektor motoryzacyjny przechodzi poważne perturbacje związane z kolejnymi aferami dotyczącymi fałszowania wyników testów emisji spalin. Kolejne miasta wprowadzają zakazy poruszania się aut ze starszymi generacjami silników Diesla. Już dziś PE i Komisja Europejska opowiadają się za nakazem ograniczenia emisji spalin o kilkadziesiąt procent do 2030 r. Wprawdzie na razie nie mogą się dogadać, czy ograniczenie ma wynieść 30, czy 40 proc., ale w obu przypadkach będzie to rozwiązanie zasadniczo zmieniające istniejący stan prawny.

Coraz wyraźniej widać, że cała branża musi się gruntownie przeprofilować, co będzie procesem skomplikowanym i kosztownym. Nie sposób przewidzieć, jakie będą jego konsekwencje dla branży w Polsce, dla której Niemcy są naturalnym i najważniejszym rynkiem zbytu. Można jednak zakładać, że wzrost Zielonych nad Renem i w Europie Zachodniej może oznaczać, że zmiana, przed którą stanie niemiecka branża motoryzacyjna, będzie głębsza i bardziej kosztowna, niż do tej pory oczekiwano. Warto wspomnieć, że według GUS w sektorze motoryzacyjnym w Polsce na koniec sierpnia pracowało 208 tys. osób, a ich wydajność liczona w przychodach na zatrudnionego była o 60 proc. wyższa niż średnia wydajność w całym polskim przetwórstwie przemysłowym.

Drugim problemem może się okazać energetyka. Jeśli ktoś zakładał, że w kolejnej kadencji PE będzie nam łatwiej walczyć o jak najdłuższe zachowanie opartego na węglu miksu energetycznego, powinien zmienić swoje oczekiwania. Cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla, która podnosi nam koszty produkcji energii, kształtuje się wprawdzie na wolnym rynku, ale rynek ten powstał dzięki decyzjom politycznym na poziomie UE. Unia może też regulować jego kształt, np. poprzez decyzje dotyczące liczby uprawnień dostępnych dla przedsiębiorstw. Jeśli polski minister energii zechce uzyskać taką decyzję, aby wywołać spadek ceny uprawnień, możliwe, że w kolejnej kadencji PE i KE będzie o to znacznie trudniej. Przez wzrost popularności Zielonych może nas czekać albo droższa od dotychczasowych oczekiwań energia elektryczna, albo szybszy od tych oczekiwań zwrot naszej polityki w stronę źródeł odnawialnych.

Niektórzy uważają, że zwrot w stronę Zielonych to naturalna reakcja części społeczeństwa na wzrost zachowań ksenofobicznych. Inni, że to po prostu przemiana na lewicy (zamiast starego SPD nowi Zieloni), a jeszcze inni wskazują na możliwy faktyczny wzrost zainteresowania zmianami klimatu. To się zresztą nie wyklucza i wszystkie te procesy mogą zachodzić jednocześnie. Kluczowe jest co innego. Jeśli Europa dotarła właśnie do miejsca, w którym wzrost popularności Zielonych okaże się trwały, to skutki takiej zmiany dla gospodarki polskiej i europejskiej mogą być duże.