Od piątku trwa eskalacja przemocy wokół Strefy Gazy.

W sobotę rano palestyńscy bojownicy wystrzelili tylko w ciągu pół godziny 50 pocisków rakietowych w kierunku izraelskich miast i miejscowości. Odpalono łącznie ponad 200 rakiet, z których siły izraelskie strąciły kilkadziesiąt. Jak podaje BBC po izraelskiej stronie ranni zostali mężczyzna w Aszkelonie i starsza kobieta w Kirjat Gat.

Izraelskie lotnictwo w odpowiedzi dokonało nalotów na 30 lokalizacji należących do radykalnego ruchu palestyńskiego Hamas, który rządzi Strefą Gazy, i do mniejszego ugrupowania Islamski Dżihad. Po stronie palestyńskiej zginął 22-letni bojownik Hamasu, a kilku mieszkańców Strefy Gazy zostało rannych.

Do ostrzału rakietowego Izraela przyznał się Islamski Dżihad, dodając, że to odpowiedź na przemoc, do jakiej doszło w piątek. Tego dnia zginęło czterech Palestyńczyków, w tym dwóch bojowników Hamasu, a wcześniej w ataku palestyńskim rannych zostało dwóch izraelskich żołnierzy przy granicznym ogrodzeniu.

"Opór będzie trwał nadal w odpowiedzi na zbrodnie okupacji i aby nie pozwolić na wykrwawianie naszych ludzi" - napisał w sobotnim oświadczeniu rzecznik Hamasu Abdul Latif Kanu.

W ocenie władz izraelskich w piątkowych protestach wzięło udział 5,2 tys. Palestyńczyków. Domagali się oni natychmiastowego zdjęcia blokady ze Strefy Gazy przez Izrael i Egipt. Uczestnicy protestów mieli obrzucać ogrodzenie graniczne kamieniami, granatami i innymi ładunkami wybuchowymi oraz podpalać opony.

Protesty w Strefie Gazy trwają od marca 2018 roku. Są one określane przez uczestników jako "Wielki Marsz Powrotu". Zginęło w nich już ponad 200 Palestyńczyków, zastrzelonych przez izraelskie siły bezpieczeństwa i wojsko. Życie stracił też jeden ze snajperów izraelskich. Nazwa protestu nawiązuje do żądania Palestyńczyków umożliwienia im powrotu do domów znajdujących się na terytorium Izraela, które musieli opuścić w 1948 roku. W trakcie demonstracji Hamas atakował terytorium Izraela m.in. przy pomocy płonących balonów.