Jeszcze kilka dni temu restauracje i kawiarnie były pełne ludzi, w parkach jak zawsze urządzano pikniki, a centrom handlowym nie brakowało klientów. Prezydent apelował o udział w wyborach samorządowych. Epidemia, która dyskretnie rozwijała się od stycznia, pozostawała nieobecna w świadomości obywateli do połowy marca.
Reklama
Gdy Polska zamykała granice, ulice Warszawy opustoszały, a zdyscyplinowani mieszkańcy niemal obsesyjnie zaczęli przestrzegać bezpiecznego dystansu, stojąc w kolejce do piekarni, Francuzi wciąż w najlepsze cieszyli się życiem. Mimo że w czasie, gdy u nas liczba zarażonych COVID-19 oficjalnie wynosiła kilkanaście osób, nad Sekwaną epidemia dosięgnęła już ponad 5 tys. obywateli. Dlaczego?
Pytam o to prof. Luca Roubana, politologa z Narodowego Centrum Badań Naukowych (CNRS) i paryskiego Science. Po krótkim namyśle mówi, że Francuzi mają silne poczucie wolności. – My Polacy również – odpowiadam. – Myślę, że to nasz „civisme”, poczucie obywatelskości, które zakorzeniło się w nas od rewolucji francuskiej – tłumaczy prof. Rouban. I dodaje, że problemem zarówno Francji, jak i całej zachodniej Europy są legitymizacja i społeczne zaufanie do władz.
Francuskie media, podając alarmujące dane na temat rosnącej liczby zakażonych koronawirusem w kraju, zaczęły rozpisywać się właśnie o „civisme” – terminie, który nie ma swojego wiernego odpowiednika w języku polskim. Zdaniem wielu komentatorów wynikająca z niego postawa jest winna temu, że mieszkańcy nie przestrzegają zaleceń władz dotyczących bezpieczeństwa i higieny.
Tuż przed wejściem w życie dekretu władz o zamknięciu lokali i placówek, które nie są niezbędne do funkcjonowania państwa, tłumy młodzieży przesiadywały w knajpach, całując się i pijąc wino ze wspólnych kieliszków. „Jesteśmy nieśmiertelni, młodzi i chcemy cieszyć się życiem” – mówili, opuszczając paryskie kawiarnie artystycznej dzielnicy Marais o północy, gdy zaczął obowiązywać dekret o zamknięciu restauracji.