: Nie. Ostatni rok pokazał znaczy postęp. Jak wynika z danych naszych, afgańskich, ONZ i Unii Europejskiej, w 2007 r. 70 proc. zbrojnej aktywności rebeliantów koncentrowało
się na ledwie 10 proc. terytorium Afganistanu. Wzrosły zdolności bojowej armii afgańskiej. Dziś nasze siły razem z afgańskimi kolegami walczą z wrogiem w miejscach, do których do tej pory
się nie zapuszczaliśmy. Tropią rebeliantów w ich kryjówkach.
Ciągle rośnie liczebnie. Doświadcza jednak zjawiska znanego każdej innej armii: wprawdzie co rok wstępują do niej nowi żołnierze, ale i wielu opuszcza ją, kończąc służbę. Jedno mogę z
pewnością powiedzieć: dziś jest ona liczniejsza o kilka tysięcy, niż wtedy gdy przejmowałem dowodzenie.
Te opinie nie są uzasadnione. Jeśli cofniemy się do grudnia 2006, znajdziemy nagłówki prasowe wieszczące, że Sojusz poniesie porażkę. Spójrzmy teraz na koniec 2007 r. Czego rebelianci
dokonali? Na polu walki nie osiągnęli niczego.
Rzeczywiście, mieli dość energii, by się zregenerować, ale jakie są ich sukcesy? Kontrolowali Musa Kala i stracili je (miasto w prowincji Helmand odbite przez NATO w grudniu 2007 r. - przyp.
red.). Tylko jedno naprawdę dobrze im się udaje - przyciąganie uwagi mediów, szczególnie zachodnich. To ich niewątpliwy sukces.
A może po prostu szwankującego systemu ochrony hotelu, jak ogłosił rząd afgański?
Tak.
Wojna musi zostać wygrana przez Afgańczyków. Trzeba pamiętać, po co właściwie ISAF tutaj jest. Po to by dać im czas i możliwości do zbudowania swojej armii oraz sił bezpieczeństwa,
ponieważ w tej wojnie najskuteczniejszym narzędziem będą właśnie one. Musimy być cierpliwi, to wymaga czasu.
Nie zamierzam krytykować brytyjskich szacunków, ale myślę, że Afgańczycy rozbudują swoje siły na tyle, by mogły przejąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo w kraju znacznie wcześniej
niż za 20 - 30 lat.
To ministrowie obrony państw członkowskich i politycy powinni zdecydować, jaka liczba wojsk jest wystarczająca. Jeśli chodzi o Polskę - jestem wdzięczny, że wasz rząd zdecydował się
zwiększyć kontyngent oraz wysłać do Afganistanu helikoptery.
To decyzja polskiego rządu i narodu. Wy musicie oszacować, jakie macie możliwości, i zdecydować, ilu żołnierzy chcecie i możecie wysłać, nie ja.
Nie mogę wypowiadać się za rządy państw koalicji, w tym brytyjski. To je trzeba zapytać, dlaczego mają takie plany. Jestem jednak co najmniej w podstawowym stopniu wykształcony w historii
wojen i ostatnie dzieje rebelii nie dowodzą, by takie rozmowy były efektywne. Większość ludzi popełnia błąd, postrzegając naszego przeciwnika jako jedność. To nieprawda. Istnieją
zasadnicze różnice wewnątrz rebeliantów. Ugrupowanie Hekmatiara różni się od Hakkaniego (dawni komendanci mudżahedinów, którzy stanęli po stronie talibów - przyp. red.), a Hakkani to nie
rebelianci z południa. Jeśli chce się rozmawiać, trzeba zadać sobie pytanie: z kim? Jaką ma się pewność, że porozumienie zawarte z jedną grupą będzie respektowane przez drugą? I kolejna
sprawa - nigdy nie powinniśmy negocjować, jeśli nie możemy tego robić z pozycji siły. Nie chcę powiedzieć, że opowiadam się zupełnie przeciwko rozmowom, ale najpierw róbmy twardo, co do
nas należy. Trzeba pokonać strategię rebeliantów, bardziej nawet niż samych rebeliantów. Należy oddzielić ich od ludności Afganistanu. Operacje wojskowe nie są wcale jedynym sposobem
osiągnięcia tego celu, potrzebne są także działania ściśle cywilne, choćby kształcenie afgańskich dzieci.
Spójrzmy na to, czego wspólnie dokonaliśmy od czasu upadku Talibanu. Prawda, Afganistan jest nadal jednym z trzech krajów z najwyższym w świecie wskaźnikiem śmiertelności dzieci, ale
Afgańczycy z pomocą międzynarodową zmniejszyli go o 25 proc. Mówiąc inaczej, w tym roku 87 - 89 tysięcy afgańskich dzieci będzie żyło, a umarłyby rok temu. Obecnie do szkół chodzi
więcej uczniów niż kiedykolwiek w historii tego kraju. Działa suwerenny rząd. Można się spierać, że nie wszędzie sięga jego władza, ale powoli się poszerza. Mamy więcej dróg, które
pozwalają rolnikom dowieźć swoje produkty na rynek. Jest wprawdzie 40-procentowe bezrobocie, ale gospodarka rozwijała się w ubiegłym roku i będzie się rozwijać także w tym. W porównaniu z
latami 2002 - 2003, kiedy byłem tu poprzednio, widzę znaczny postęp.
To nie sprawa braku bezpieczeństwa. Prezydent Karzaj powiedział, że Afganistanowi najbardziej brakuje zasobów ludzkich. Komunizm, okres sowiecki, wojna domowa i Taliban sprawiły, że dwie
generacje dzieci nie chodziły do szkoły. Potrzeba wykształconych ludzi, którzy będą umieli zarządzać krajem na każdym poziomie. I oni się znajdą, wystarczy rozejrzeć się, by zobaczyć
wielu Afgańczyków chcących zmierzyć się z takimi wyzwaniami. Jest tylko jeden sposób, by sprawy szły szybciej - dalej im pomagać.
Niewątpliwie dysponujemy niewystarczającymi siłami. Członkowie Paktu muszą robić więcej niż dotychczas, od kiedy jednak przejąłem dowodzenie, nasze oddziały wzrosły o 7 - 8 tysięcy
żołnierzy z różnych krajów. Nie powiem jednak, że to zadowalający poziom. Jesteśmy tu potrzebni, by zminimalizować ryzyko tego, że siły afgańskie nie są jeszcze dostatecznie rozwinięte,
po to by pomóc im osiągnąć pełną zdolność bojową.
Nie będę krytykował żadnego z członków koalicji, ale warto zauważyć, że amerykański sposób walki z rebelią działa bardzo dobrze na wschodzie kraju, gdzie stacjonują też Polacy. Dzieje
się tak z kilku powodów. Stany Zjednoczone przedłużyły okres pobytu żołnierzy w Afganistanie do 15 miesięcy, przez ten czas mogą zapoznać się dobrze z terenem, lokalnymi mieszkańcami i
ich przywódcami oraz z wrogiem. I wykorzystują tę wiedzę w swoich działaniach. Oddziały bojowe są dobrze wyposażone i wyszkolone, działają spójnie w operacjach antypowstańczych. Kongres
USA przyznał też dowództwu sił w Afganistanie dużo pieniędzy, wykorzystujemy je na projekty odbudowy bezpośrednio, bez biurokratycznego obciążenia, na przykład na naprawy dróg, na
hydroprojekty, które dostarczają ludziom elektryczność.
Najcięższe walki mają miejsce nie na południu, ale na wschodzie. Dlaczego zatem rebelianci przesunęli się na południe? Ponieważ Stany Zjednoczone podwoiły swoje siły na wschodzie w stosunku
do tego samego okresu ostatniego roku oraz z powodu stosowanej przez nas taktyki. Najgorsze starcia wybuchają dziś w dwóch prowincjach na wschodzie - Kunar i Nuristan. Mamy tam do czynienia z
trudnym terenem, walczymy z bliskiego dystansu, a wróg jest dobrze wytrenowany i wyposażony. Jego siły na południu są wprawdzie większe, też nieźle wyszkolone, choć nie aż tak dobrze
uzbrojone, ale to te dwie prowincje są najgorsze, nie południe.
Do tej pory widziałem takie określenie tylko na stronach internetowych, w Kabulu nikt tak przy mnie nie mówił.
.
Nie przejmuję się tego typu opiniami, nie mam czasu, by się do nich odnosić.
Niektórzy chcieli powołać na południu strukturę, która funkcjonowała w historii Afganistanu - arbakai. To młodzi ludzie, ochotnicy, na ogół wybrani przez starszyznę ich plemienia, którzy
zapewniają swojej społeczności bezpieczeństwo. Moje studia nad historią Afganistanu pokazują, że arbakai działała tylko w dwóch prowincjach: Ghost, Paktia i w południowej części Paktiki.
Tamtejsze plemiona są spójniejsze niż w innych częściach kraju. Jeśli jednak słyszę, że ktoś mówi o arbakai na południu, najwyraźniej nie studiował historii. Nie wiem, czy struktura ta
będzie skuteczna w walce z rebelią. W zapewnieniu bezpieczeństwa na poziomie lokalnym może być pomocna, ale tylko w niektórych miejscach na wschodzie.
Polacy są teraz zaangażowani w szkolenie afgańskiej armii i policji, to znakomity wkład polskiego rządu w stabilizowanie sytuacji w Afganistanie, powinniśmy się na tym skoncentrować. Polacy
współpracują z Amerykanami od jakiegoś czasu i jeśli miałbym określić, gdzie najlepiej wykorzystać wasze zaangażowanie, to wskazałbym właśnie te zadania.
ISAF jest zawsze ostrożny. Jak pan myśli, co sądzą o rebeliantach ludzie w Bagram po listopadowym ataku samobójczym, w którym zginęły także dzieci?
Dałem stosowne instrukcje wojsku.
Jak sądzę, rebelianci także czytają gazety. Powiem tylko, że wydałem instrukcje i są one owocne, co przyznał prezydent Afganistanu Hamid Karzaj.
Już została ograniczona w ciągu ubiegłego roku i spodziewam się, że dalej tak będzie.
Powiem tak: byłoby dobrze, gdyby nie było żadnych warunków ani tzw. wyłączeń dla żadnego z kontyngentów tworzących ten sojusz. A jak wiemy, są.
Zauważyłem, że każdy z 40 krajów członkowskich naszej koalicji reprezentuje tutaj swoje własne interesy w zakresie bezpieczeństwa, co skutkuje tzw. wyłączeniami, w efekcie mogą operować
na tych i tych terenach, a na innych nie, robić to, a tamtego nie.
Nie powiedziałbym. Jeśli byłby pan w prowincji Badhis na przełomie października i listopada, widziałby pan siły niemieckie i norweskie w walce. Trzeba być ostrożnym, kiedy się mówi, że
Niemcy nie chcą walczyć, bo może się to rozmijać z prawdą.
NATO ma mandat na działania tylko do granicy pakistańskiej, dalej nie. Jednak szef sztabu armii Afganistanu, szef armii Pakistanu i ja spotykamy się, by dyskutować jakie środki przedsięwziąć,
by poprawić stan bezpieczeństwa, jak sobie pomóc.
Wymianie informacji wywiadowczych, symultanicznym wspieraniu operacji wojskowych po obu stronach granicy, wszystko to jest bardzo pomocne. Długoterminowa stabilizacja w Afganistanie wymaga jednak
pomocy każdemu z jego sąsiadów, w tym Pakistanowi. To już problem całego regionu, a nie tylko jednego kraju.