Strefa to domena dziewiczej przyrody. Tonące w zieleni malownicze wzgórza. Wąwozy. Rośnie tu najlepszy korzeń żeń-szenia poszukiwany w całej Azji. Ziemię tę zasiedliły rzadkie gatunki ptaków, w tym mandżurskie żurawie. Dla nich to ekologiczny raj od 55 lat nietknięty ludzką stopą. Dla człowieka kraina śmierci.

Reklama

Jej sercem jest Panmundżom. Tutaj w 1953 r. podpisano zawieszenie broni kończące najkrwawszy konflikt zimnej wojny, który pochłonął 9 mln ofiar. Jedyne miejsce, gdzie wrogie państwa stykają się z sobą. Jedyne, gdzie ich żołnierze mogą stanąć twarzą w twarz.

Ostatnim przyczółkiem Korei Południowej jest gmach wolności opłacony przez ministerstwo zjednoczenia. Pokazowa konstrukcja ze szkła i aluminium miała służyć rozdzielonym wojną rodzinom za miejsce spotkań. Nie służy, bo komunistyczny reżim nie życzy sobie takiej poufałości. Za nim już tylko trzy baraki przecięte wpół linią demarkacyjną. Wymalowano ją czerwoną farbą. Co do centymetra. Dalej - komuniści. Od czasu do czasu w barakach toczą się rokowania o przyszłości podzielonego Półwyspu Koreańskiego. Teraz stoją ciche. W międzykoreańskich relacjach zapanował chłód.

Mur ciągle żywy
Pod strefę dowozi nas rządowy autokar. Już za kolczastymi zasiekami przesiadamy się do wojskowego mikrobusa z obstawą. Przez sieć punktów kontrolnych jedziemy do gmachu wolności. Główny z nich to Point Charlie - jak jego odpowiednik w Berlinie. Tamten jest dziś chętnie odwiedzanym muzeum ucieczek z NRD, ten ciągle strzeże wolnej części świata.

Naszym cicerone został sierżant Schoefeld. Barczysty, szybkie ruchy, konkretny. Przyjechał tu po półtora roku służby na irackiej wojnie. Mamy stać przy nim, kiedy mówi "stop", iść kiedy komenderuje "go". Zadawać pytania tylko w wyznaczonym czasie. Ani kroku w bok, żadnych zbędnych słów. Strefa to jeden z najbardziej wrażliwych politycznie punktów na mapie świata. Łatwo tu o prowokację, dlatego Schoefeld jest czujny. Formalnie zresztą służy nie Ameryce, ale Narodom Zjednoczonym w ramach batalionu zabezpieczenia ONZ. "In front of them all" - głosi dewiza oddziału. Nie ma w tym haśle cienia przesady. Żołnierze patrolują Panmundżom w odległości strzału od komunistów. Codziennie śledzą ich przez lornetki.

Reklama

Za gmachem wolności czerwonych widać zresztą gołym okiem. Wyprostowani jak struna, w źle skrojonych mundurach - wzór z lat 50. Kamienne twarze bez wyrazu, żadnych gestów. Tutaj muszą być wzorowi. Nieprzeniknieni jak ich państwo. Patrzy wszak na nich wróg.

Reklama

Wódz jeszcze dyszy
Wódz tej skamieniałej armii ledwie żyje. Na początku września zszokował swój naród i świat, kiedy nie pojawił się na defiladzie w 60. rocznicę proklamowania Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. W Seulu, Pekinie i Waszyngtonie zabrzęczały alarmowe dzwonki. Umarł - spekulowali autorzy pierwszych doniesień. Żyje, ale miał wylew do mózgu - ustalił w końcu południowokoreański wywiad. Sąsiedzi odetchnęli z ulgą. Ani rząd w Seulu, ani armia, służby wywiadowcze, politycy czy analitycy nie mają planów na wypadek upadku Korei Północnej lub poważnych perturbacji politycznych w tym kraju. Wyjściem byłoby wprawdzie zjednoczenie, tylko nielicznym jednak pomysł ten przypadł do gustu.

"Popieramy je, ale nastąpi ono dopiero w dalszej perspektywie" - mówi mi minister kultury Korei Yu In-chon. To powszechna postawa. Przeciętny Koreańczyk zapytany, czy chce, aby kraj został zjednoczony, odpowiada: tak. I dodaje zaraz: byle nie za mojego życia.

Niewielu obawia się pordzewiałej armii Kim Dzong Ila. Nie jest to już poważny przeciwnik na współczesnym polu walki. Komunistyczne pułki nie zdołałyby dziś zająć Seulu i podbić niemal całej Korei jak w 1950 r. Mogą co najwyżej ostrzeliwać desperacko z dział centra przemysłowe. Wszyscy za to drżą na myśl o nagłym końcu reżimu i fali uchodźców. Dlatego Korea Południowa, podobnie jak Chiny i Stany Zjednoczone, pompuje na północ tysiące ton zboża, byle powstrzymać głód i destabilizację. Jesienią trzeba będzie zwiększyć dostawy, tegoroczne zbiory na północy były wyjątkowo nieudane. Seul, Waszyngton i Pekin kierują się niewątpliwie ludzką solidarnością z potrzebującymi, ale też politycznym wyrachowaniem. Dobre jest bowiem wszystko, co powstrzyma niekontrolowany upadek komunistycznej dyktatury.

Cywilizowanie ruiny
Gdyby jednak reżim runął, wolna Korea stanie przed nie lada wyzwaniem - wchłonięciem i ucywilizowaniem ruiny. Poziom życia na północy jest piętnastokrotnie niższy niż na południu. Dla porównania w Niemczech przed zjednoczeniem współczynnik ten wynosił jeden do trzech na korzyść zachodniej części kraju. Budynki, drogi, mosty - zdaniem ekspertów - nie nadają się do remontu. Kraj trzeba zbudować od nowa.

"Koszty są niemożliwe do oszacowania, to astronomiczne sumy. Może 300 mld dol., może 1 bln, jeśli rzeczywiście wszystko przyjdzie tam postawić na nogi" - mówi Hong Sung-wook, dyrektor działu planowania instytutu spraw zagranicznych i bezpieczeństwa narodowego przy MSZ w Seulu.

Realia studzą zjednoczeniowy zapał. Władze chcą najpierw poprzez współpracę gospodarczą podnieść poziom życia na północy, by ewentualna unifikacja nie zabiła kraju. Podobną receptę ma Pekin. Zachęca reżim, by poszedł drogą chińską, czyli utrzymał polityczną dyktaturę, ale zezwolił na wolną inicjatywę w gospodarce. Na razie bez skutku.

Rozdźwięk między siermiężną północą a zaawansowanym cywilizacyjnie południem jest dziś tak wielki, że ewentualny mariaż bardziej przypominałby kolonizację ziem dziewiczych niż zjednoczenie dwóch części tego samego kraju.

W Suwon na południe od Seulu, gdzie bije serce koreańskiej innowacyjności, prawda ta bije w oczy. Pokazowa prezentacja w centrali Samsunga przypomina spacer po stacji kosmicznej. Stucalowe ekrany plazmowe, wielofunkcyjne telefony komórkowe, zrobotyzowane mieszkania, inteligentne odkurzacze. Sterylność, wydumany design. Propaganda? Zapewne. Konkurentów z północy stać jednak tylko na wyćwiczenie defiladowego kroku. Od 50 lat żadnych zmian. Nawet na pokazowych defiladach paradują ciągle te same ciężarówki znane u nas z filmów o czterech pancernych i psie.

Niech żyje republika
"Manse! Manse! Manse!" - trzykrotny okrzyk na cześć republiki zakończył w Seulu oficjalne obchody jej 60-lecia. Przy każdym "manse" kobiety i mężczyźni, młodzi i staruszkowie zgodnie wznosili nad głowy obie ręce. Zupełnie jak japońscy kamikaze przed śmiercią. Tu jednak ludzie krzyczeli na cześć wolności, a nie cesarza - symbolu imperialistycznej wojny.

Cudzoziemscy goście dostali miejsca za rządowymi oficjelami. Z niezłym widokiem na całą ceremonię. Przeciwsłoneczna czapeczka, wodoodporna flaga Korei, przeciwdeszczowa peleryna, przekaźnik do bezprzewodowego połączenia z kabiną tłumaczy i treść wystąpienia prezydenta Lee Myung-baka po angielsku. Pakiet czekał na każdym krzesełku. Nie zagrażały nam słońce, ulewa ani nawet chwilowe kłopoty ze słuchem. Organizatorzy przewidzieli wszystko.

Oficjalne akademie trącą nudą. W Seulu jednak entuzjazm wydawał się szczery. Koreańczycy wiedzą bowiem dobrze, co zyskali i co mogą utracić. Wystarczy, by spojrzeli na północ ku swoim nieszczęsnym braciom. Tam niemal powrót do epoki kamiennej, tu - skomputeryzowane państwo i gospodarka XXI w. Tam głód, terror, nędza. Tu wzrost ekonomiczny i coraz wyższy poziom życia. Tam wreszcie w rocznicę powstania państwa sztywny marszowy krok na defiladzie i ponure twarze. Tu uśmiechy i radosne pieśni.

Dlatego każda wiadomość o złym stanie zdrowia komunistycznego tyrana przyprawia ich o trwogę. Dlatego chętnie pozostawiliby zjednoczenie ojczyzny dzieciom, wnukom, a najlepiej prawnukom. Los nie będzie jednak dla nich tak łaskawy. Korea Północna trzeszczy już w szwach i nie zechce czekać zbyt długo ze swoim niesławnym kresem.