Poczobut po zatrzymaniu został przewieziony do stolicy, a po spędzeniu kilku tygodni w tamtejszym areszcie, został przewieziony do Żodzina (ok. 50 km od Mińska). Po trafieniu do białoruskiego aresztu, a w zasadzie już od momentu zatrzymania lub rozpoczęcia rewizji, milicja rekwiruje telefony komórkowe. Z aresztu nie można zadzwonić; nie można też zadzwonić do aresztu. To oznacza, że jedyną drogą kontaktu pozostają listy. Do aresztantów można też wysłać telegram.
Listy - o ile przepuści je cenzura - docierają w obie strony w ciągu kilku dni. Jak opowiada Oksana Poczobut, w ciągu ponad trzech miesięcy pobytu męża w areszcie, były okresy, kiedy korespondencja docierała regularnie i można było mówić, o jako takiej komunikacji, lecz czasami kontakt się urywa. - opowiada Oksana.
"Po polsku nie dojdzie"
W liście nie można napisać wszystkiego - rozmówcy agencji wyjaśniali np., że korespondencja nie przejdzie, jeśli zawiera zbyt szczegółowe informacje na temat warunków w celi czy komentarze na tematy polityczne. Musi też być napisana w języku urzędowym, czyli rosyjskim lub białoruskim. Oksana Poczobut mówiła, że cenzura nie przepuściła listów Andrzeja do syna pisanych w języku polskim. Niedawno aresztowana szefowa ZPB Andżelika Poczobut wysłała list w języku białoruskim - "bo po polsku pewnie nie dojdzie". Na poczcie lub przez telefon stacjonarny można też nadać dla aresztanta telegram, który dochodzi zazwyczaj następnego dnia lub dwa dni później.
Przekazanie więźniom rzeczy osobistych czy jedzenia wymaga przygotowania i dokładnego zapoznania się z dość skomplikowanymi procedurami. Często osoby, które robią to po raz pierwszy - a w ostatnich miesiącach takich "niedoświadczonych" osób pojawiło się bardzo wiele - są odsyłane od okienka dyżurnego.
Przede wszystkim istnieje lista produktów, które można przekazać. opowiada białoruska dziennikarka Sasza Bahusławska, która regularnie sporządza paczki dla swojej aresztowanej koleżanki Leny Tałkaczowej z portalu TUT.by.
Kiełbasa - rozcięta. Cukierki bez papierków
Paczkę przekazuje się z podaniem adresowanym do naczelnika więzienia i z dokładną listą produktów, ilości, wagi, etc. Każda rzecz musi być rozpakowana i włożona do oddzielnego woreczka. Cukierki należy rozwinąć z papierków, a chleb, kiełbasę czy słoninę - rozciąć. Papier toaletowy jest rozwijany, w całości. Rybę wędzoną (kawałek do 300 g) wyjmuje się z opakowania próżniowego i wkłada do oddzielnego woreczka.
– opowiada Oksana Poczobut. Kłopot jest z produktami niestandardowymi czy dietetycznymi, jak np. herbata rooibos czy chleb bez drożdży, bo nie ma ich na liście. relacjonują inni rozmówcy.
Więźniowie w określone dni mogą korzystać ze sklepu więziennego, pod warunkiem, że mają pieniądze na swoim rachunku. Z relacji byłych aresztantów wynika, że "do sklepu się nie chodzi", lecz każdy dostaje kartkę z listą produktów, na której można zaznaczyć, co chce się kupić. Pieniądze na rachunek krewni mogą przesłać pocztą.
Formalnie śledczy może wyrazić zgodę na widzenie, lecz - jak dotąd - Oksana Poczobut, otrzymywała tylko odmowy. - mówi. Gdy mąż zachorował, udało jej się raz porozmawiać przez telefon z więziennym lekarzem, ale jej zdaniem, "był to cud". - wyjaśnia rozmówczyni PAP.
W praktyce oznacza to, że w przypadku problemów aresztantów ze zdrowiem, bliscy dowiadują się o nich post factum, np. z listów, ewentualnie - od innych więźniów lub z ich korespondencji. Tak było np. w przypadku aktywistki praw człowieka Marfy Rabkowej. Dopiero 6 lipca pojawiła się informacja, że podczas ekstremalnych upałów w celi pod koniec czerwca kobieta straciła przytomność w celi, gdzie było w sumie 12 osób. W ramach "leczenia" otrzymała tabletkę Citramonum.
Z aresztowanymi mogą kontaktować się adwokaci, o ile nie obowiązują akurat ograniczenia np. związane z Covid-19. O spotkaniach z klientami nie mogą oni jednak informować, ponieważ zazwyczaj podpisują specjalne zobowiązania do nieujawniania informacji o śledztwie.
- mówi Oksana Poczobut.