Dziennik.pl logo

Długa droga Polaków do pracy

4 listopada 2009, 16:32
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Ponad 2,3 miliona Polaków pokonuje codziennie kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset kilometrów, by dojechać do pracy. Jak wynika z najnowszego raportu Głównego Urzędu Statystycznego, aż co czwarty polski pracownik najemny pracuje w innej gminie niż ta, w której mieszka.

– Jeszcze niedawno uważano, że nie jesteśmy mobilni w poszukiwaniu pracy. A tymczasem okazuje się, że staliśmy się narodem współczesnych nomadów – mówi socjolog ekonomii Leszek Gilejko.

Mateusz Zaczyński z Lublina od dwóch lat swój każdy dzień zaczyna o 4.30 rano. Wstaje tak wcześnie, bo o 5.15 ma pociąg do Warszawy. Dojazd do stolicy zajmuje mu 2 godziny i 37 minut. Jeżeli pociąg nie ma opóźnienia, to Zaczyński ma jeszcze kilka minut, by w drodze do pracy kupić kawę. O 17.15 siedzi z powrotem w pociągu tym razem do Lublina.W domu jest krótko po 20.00. – Na początku było ciężko, ale już się przyzwyczaiłem – opowiada Zaczyński, który pracuje jako informatyk. Choć codziennie na podróżach do pracy traci blisko 6 godzin nie chce przeprowadzić się do Warszawy. – Kocham Lublin, a poza tym wcale nie jestem pewien, jak długo jeszcze będę pracował w Warszawie. Co będzie, jesli kupię sobie w stolicy mieszkanie, a potem za rok czy dwa znajdę pracę w Krakowie? – tłumaczy.

Podobnie jak on, choć nie zawsze aż tak długo, dojeżdża do pracy już co czwarty pracownik. – Wyniki badań bardzo nas zaskoczyły – przyznaje rzecznik Głównego Urzędu Statystycznego Wiesław Łagodziński. – Do pory ciągle porównywano nas do ciągle podróżujących za pracą Amerykanów i martwiono się, że Polacy nie są tak mobilni. A tymczasem okazało się, że jest zupełnie inaczej. W ponad 600 polskich gminach więcej niż 80 procent pracujących mieszkańców dojeżdża do pracy w innej gminie – dodaje Łagodziński.

Tak właśnie wygląda sytuacja w okolicach Warszawy. Stolica „zasysa” większość mieszkańców z okalających ją miejscowości. – To doskonale widać rano. Wszyscy z okolicy zjeżdżają się samochodami, zostawiają je przy dworcu i wsiadają w pociąg do Warszawy. Dobrze, że jest kolej podmiejska, bo bez niej moja podróż do pracy zamiast 50-60 minut zajmowałaby dwa razy tyle czasu – opowiada Michał Fiedorowicz, biotechnolog z podwarszawskiego Jaktorowa.

Zdaniem eksperta ds. rynku pracy Dominiki Staniewicz, ludzi dojeżdżających do pracy może być jeszcze więcej niż podaje GUS. – Przecież jest wiele osób, które mieszkają w dużych miastach i codziennie przejeżdżają kilkadziesiąt kilometrów w drodze do biura. I wcale nie opuszczają przy tym własnej gminy – dodaje Staniewicz.

– Polska znalazła się w fazie typowej dla reformujących się gospodarek. Ludzie znajdują dobrą pracę, ale nie stać ich jeszcze na to, by kupić lub wynająć mieszkanie w jej pobliżu. Wraz z poprzednim systemem skończyło się jednak przypisanie ludzi na całe życie do jednej pracy, mieszkania czy miasta – mówi Leszek Gilejko, socjolog ekonomii.

Doskonale widać to na dworcach kolejowych, gdzie codziennie o 6-7 rano tłumy ledwo mieszczą się o wagonów. Podobnie jest w mniejszych miejscowościach, gdzie prywatni właściciele busów specjalnie układają trasy i godziny odjazdów, by odpowiadały one ludziom dojeżdżającym do pracy. Ten trend zauważyło już wiele agencji pracy, które rekrutacje prowadzą w miejscowościach oddalonych nawet o 60 - 70 km od zakładu, który szuka pracowników.

– Mamy do czynienia z ogromnym ruchem. Niech te 2,3 mln pracowników w drodze do i z pracy spędzi dziennie po 2 godziny, to miesięcznie daje już 90 mln godzin, które mogliby przeznaczyć na życie rodzinne, rozrywkę czy samorozwój. To pokazuje, jak bardzo zależy nam na pracy i do jakich wyrzeczeń jesteśmy zdolni, by ją zatrzymać – dodaje Gilejko, który sam kilkanaście razy w miesiącu dojeżdża z Warszawy do Pułtuska, gdzie wykłada.

Co ciekawe, Polacy przestali się już nawet obawiać dojazdów z miasta na prowincję. – Kiedy powstawał u nas park technologiczno-logistyczny, jedno z pierwszych pytań zadawanych przez inwestorów brzmiało: skąd weźmiemy pracowników. Przecież u nas w mieście mieszka tylko 3,5 tysiąca osób, a do pracy potrzebne było ich 2,5 tysiąca – opowiada Andrzej Janowski, burmistrz podłódzkiego Strykowa. – Wiedzieliśmy, że musimy po nich uderzyć do największego ośrodka, czyli położonej 20 kilometrów od nas Łodzi. Kiedy dogadaliśmy się z nią i miasto wydłużyło linie autobusów 60A, 60B i 60C, nie było już problemów ze znalezieniem pracowników. Zgłosiło się ich więcej niż było miejsc – dodaje burmistrz.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Sylwia Czubkowska
Sylwia Czubkowska
Dziennikarka działu Życie Gospodarcze/Kraj. Specjalizuje się tematyce internetu, mediów i nowych technologii. W DGP pracuje od dwóch lat. Wcześniej pracowała w Dzienniku, Polsce The Times i tygodniku Przekrój. Publikowała także w tygodnikach Newsweek i Wprost oraz magazynach Press, Film i Sukces. Absolwentka nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraLicealna liga mistrzów: Absolwenci warszawskiego Staszica podbijają rynek startupów »
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj