Stołeczne szpitale odmawiały pomocy Czeczenom, choć skierowano ich z ciałami właśnie do Warszawy. Tu na ulicy Wołoskiej, w przyszpitalnym prosektorium, mieli czekać na nich pracownicy
prosektorium, którzy mieli przenieść ciała trzech dziewczynek z karawanu do specjalnej chłodni. Niestety, Czeczeni pocałowali klamkę i zostali na lodzie.
Pomogli dopiero dziennikarze "Faktu", którzy znali się z Czeczenami. Dziennikarze przyjechali, gdy Czeczeni opowiedzieli im o swoim dramacie. Wspólnie zaczęli szukać miejsca w
jakimś prosektorium. W dzisiejszym wydaniu dziennika można przeczytać wstrząsającą relację z tych poszukiwań.
Czytamy tam, że około 3.00 w nocy Czeczeni i dziennikarze "Faktu" wspólnie pojechali do kolejnego szpitala. Tym razem udali na ul. Wolską. Tam również nikt nie udzielił
pomocy Czeczenom. Dziennikarka "Faktu" błagała wręcz lekarkę, by przyjęła ciała. Pokazywała na Czeczenów, którzy jechali kilka godzin do Warszawy. Tłumaczyła, że ci
ludzie są na skraju wytrzymałości psychicznej. Lekarka zasłaniała się jednak przepisami. Wskazywała na nieodległy szpital zakaźny. Mówiła, że może tam ktoś przyjmie zwłoki.
W szpitalu zakaźnym to samo. W Czeczenach coś pękło. Zaczęli płakać. Była czwarta nad ranem. Po długich negocjacjach lekarz dyżurny zgodził się pomóc. Ale znowu pojawił się problem. W
tamtejszym prosektorium było za mało miejsca dla trzech dziewczynek. Dwie z nich trzeba było pomieścić w jednej komorze. Postanowiono więc, że ciała dwóch mniejszych dziewczynek będą
układane jedno na drugim.
Karawan podjechał tyłem. Mężczyźni zamilkli i ustawili się w dwóch rzędach przy bagażniku karawanu. Pracownik prosektorium podprowadził wózek. Otworzyły się drzwi.
"Fakt" pisze o wstrząsającym widoku, który zastali dziennikarze. W karawanie leżały trzy czarne foliowe worki. Ktoś znów zaczął płakać.