Dziennik Gazeta Prawana logo

Kocham i zawsze mam czas

22 czerwca 2009, 19:55
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Kocham i zawsze mam czas
Inne
Sławomir Bralewski zwyciężył w konkursie "Tato roku" pokonując 9 tys. innych ojców. Opiekuńczy, sprawiedliwy i cierpliwy - tak Ania Bralewska uzasadniała, dlaczego jej ojciec zasługuje na ten tytuł i swoją szczerością przekonała członków kapituły.

: To bardzo trudne pytanie. Chyba przede wszystkim trzeba poświęcać dzieciom dużo czasu, kochać je i być z nimi. W każdej sytuacji.

Myślałem wtedy głównie o tym, że muszę wspierać dzieci. Zawsze poświęcałem im dużo czasu, ale wtedy całkowicie się na nich skoncentrowałem. To nie było łatwe, bo gdy Iwonka umarła, wszystkim nam ziemia usunęła się spod nóg. Tym bardziej, że moja Żona była osobą wyjątkową. Jako lekarz z wielkim oddaniem leczyła swoich pacjentów, chciała pomagać wszystkim i o wszystkich się troszczyła. Była duszą tego domu i czas, kiedy jej zabrakło, był dla nas niezwykle trudny. Najmłodsze dziecko miało wtedy niespełna 3 lata, a najstarsze 13. Na szczęście mieliśmy wokół siebie wielu wspaniałych ludzi, którzy nam pomagali. Bez ich wsparcia byłoby nam bardzo trudno.

A czy jest jakieś inne wyjście? Śmierć żony to taka sytuacja, gdy trzeba się wziąć w garść i wszystkiemu zaradzić. Na szczęście mam kochanych Rodziców, którzy pomagali nam w prowadzeniu domu i nadal to czynią. Takie praktyczne sprawy, jak chociażby wożenie dzieci do szkoły muzycznej, zajmowały sporo czasu i nie pozwalały rozpaczać. Gdyby nie było dzieci, to byłoby mi o wiele trudniej. Przy dzieciach długo płakać nie można.

Przepraszam, ale wciąż trudno mi o tym mówić. Wiem, że cząstka mojej Żony jest w każdym z nas. I to jacy jesteśmy, jest w dużym stopniu jej zasługą. Po śmierci żony chciałem dzieciom nieba przychylić. W naszym domu pojawiło się dużo zwierząt: króliki, potem kanarek, rybki, dwa koty cudem uratowane od śmierci i pies znajda. Drugiego z kotów córka przyniosła w swoje 18-te urodziny i powiedziała: "Tata, przecież mnie z nim nie wyrzucisz". Nie wyrzuciłem. Myślę, że te zwierzęta odgrywają w naszym domu ważną rolę, choćby dlatego, że trzeba się nimi zajmować, wyprowadzać, karmić.

Wożę dzieci do szkoły i na różne zajęcia pozalekcyjne. Robię zakupy. Asystuję przy odrabianiu lekcji. Czasem śmieję się, że przy moim biurku ustawia się kolejka petentów i wszyscy mówią: "tata, sprawdź!". Czytam więc wypracowania, biedzę się nad matematyką, powtarzam daty z historii, co jest najłatwiejsze, bo jestem historykiem. Każdy ma jakiś problem, każdy chce coś ze mną przedyskutować, a ja muszę znaleźć na to czas.

Podobno moją główną zaletą jest cierpliwość (śmiech). Ale mówiąc poważnie, ja po prostu się staram, by moim dzieciom pomóc. I jeśli tylko mogę, odkładam swoje zajęcia i zajmuję się ich sprawami.

Nie potrafię sobie przypomnieć jednej konkretnej sytuacji. Być może wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że zbyt mało uwagi poświęcam synowi, jedynemu chłopcu wśród całej czwórki. Aby temu zaradzić, kupiliśmy rowery i zaczęliśmy jeździć nawet na kiludziesięciokilometrowe wyprawy. Ale tak naprawdę nie było jakichś szczególnie trudnych chwil. Nam bardzo pomaga to, że jesteśmy ludźmi wierzącymi. I dla moich dzieci mam tylko jedno życzenie: żeby były zawsze blisko Boga.

Oczywiście, bo to są normalne dzieci. Ja zawsze powtarzam, że wychowanie jest jedną z najtrudniejszych nauk: tu nie ma żadnych schematów postępowania, trzeba każde dziecko traktować inaczej. Chłopców inaczej, a dziewczynki inaczej. Moja metoda polega na tym, że staram się dużo z nimi rozmawiać i to zazwyczaj wystarcza.

Oczywiście. Często brakuje mi na przykład konsekwencji. Bo jak się chce być dobrym ojcem, to trudno być konsekwentnym. Tylko ten, kto nie ma dzieci, może być pewny swojej stanowczości, rodzice zawsze kierują się przede wszystkim sercem.

Staram się. A przede wszystkim staram się im zaszczepić przekonanie, że ich wszystkich kocham i że tutaj jest ich dom, do którego zawsze będą mogły wrócić.

To były cztery momenty: gdy dzieci się rodziły. Jestem szczęsliwy, gdy dzieci okazują zaufanie, gdy przychodzą do mnie ze swoimi problemami i okazują uczucia. A także wtedy, gdy odnoszą małe i większe sukcesy. Choć ja nigdy od nich sukcesów nie wymagałem, chciałem tylko, by były

odpowiedzialne i wywiązywały się ze swoich obowiązków. Pamiętam jeden wzruszający moment: gdy najstarsza córka wytłumaczyła mi, jak to się stało, że zaczęła chętniej grać na pianinie.

Że po śmierci mamy nie chciała mi stwarzać problemów.

Podziękowanie: "Tak się złożyło, że tego samego dnia, kiedy odbieraliśmy z dziećmistatuetkę Złotego Anioła przyznawaną w konkursie "Tato Roku" zmarł nagle prof. dr hab. Waldemar Ceran,nestor bizantynologii polskiej, mój długoletni szef, który dla mnie imoich kolegów z Katedry Historii Bizancjum UŁ był jak Ojciec. Zdążył się jeszcze ucieszyć i pogratulować, ale statuetki już nie zobaczył. Chcę też podziękować organizatorom Konkursu Tato Roku i polonistce Ewie Kwiatkowskiej z 8 Gimnazjum w Łodzi za propagowanie idei konkursu wśród dzieci".

* Sławomir Bralewski, historyk akademicki na Uniwerystecie Łódzkim ojciec: Piotra, Basi, Ani i Magdy.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj