Dziennik Gazeta Prawana logo

"Głupi kaowiec" wychowuje nas od 40 lat

1 czerwca 2009, 16:06
Ten tekst przeczytasz w 10 minut
"Głupi kaowiec" wychowuje nas od 40 lat
Inne
Pierwsze prace nad "Rejsem" - kultowym filmem naszej kinematografii ruszyły w lipcu 1969 roku. Przy jego realizacji złamano chyba wszystkie zasady sztuki filmowej. Krytycy uznali go za sztubacki wygłup... Żeby tak w polskim kinie chciało być więcej podobnych "wygłupów".

Był maj lub czerwiec 1968 roku, na Krakowskim Przedmieściu czuło się jeszcze kwaśny zapach gazu łzawiącego, w zakładach pracy odbywały się masówki potępiające syjonistów i wyrażające poparcie dla towarzysza "Wiesława". - niedawny absolwent łódzkiej "filmówki", autor znakomitych etiud, m.in. "Muchotłuka", poszukiwał pomysłu na swój fabularny debiut.

" - wspominał , aktor i satyryk z STS-u. Był piękny, słoneczny dzień. Marek powiedział: . Spodobało się to nam. Że niby statek to Polska, źle sterowana i płynąca bez sensu. W rozmowie uczestniczył także , błyskotliwy pisarz i felietonista, którego scenariusz filmowy "Polowanie na muchy" był właśnie realizowany przez samego Andrzeja Wajdę. Pomysł z wiślanym statkiem, zapewne jeden z wielu pojawiających się podczas rozmów na murku, jednak chwycił i panowie, włączywszy do swojego składu także młodego operatora filmowego , zabrali się do pisania scenariusza.

Wymyślili fabułę, w której podczas wycieczkowego rejsu o względy pięknej wczasowiczki Krysi starali się pasażer na gapę - pan Raczek oraz kaowiec usiłujący za wszelką cenę nadać wypoczynkowi pasażerów słuszne ramy. Statek ścigany był lądem przez pędzącego samochodem marki Mikrus zazdrosnego męża pani Krysi, który spóźnił się na rejs. Scenariusz został zatwierdzony do produkcji w , a koniecznej w wypadku debiutów opieki artystycznej nad filmem podjął się jego szef . Piwowski od początku założył, że film powstanie na czarno-białej taśmie, co miało swoje uzasadnienie artystyczne (polska rzeczywistość końca lat 60. nie była zbyt barwna), ale i dlatego, że nie trzeba było jej oszczędzać tak, jak kolorowej. W kompletowaniu obsady twórcy posługiwali się przede wszystkim kluczem towarzyskim, zapraszając do współpracy znanych aktorów: (miał grać rolę kaowca), (kapitan), , , , , , satyryków: , , a także naturszczyków o niebanalnych osobowościach: pisarza i kamieniarza , publicystę , filmowców i .

i tego samego dnia ekipa usłyszała tragiczną wiadomość: w wypadku zginął Bogumił Kobiela. Rola kaowca została więc powierzona Stanisławowi Tymowi. Dla urzeczywistnienia swojej wizji Piwowski potrzebował jeszcze całego tłumu "oryginałów", dlatego już po rozpoczęciu pierwszych zdjęć zamieścił w "Expressie Wieczornym" ogłoszenie: Poszukujemy ludzi do filmu. Niech przyjdzie każdy, kto umie śpiewać, grać albo robić cokolwiek. Dodatkowo do zgłaszania się zachęcały czytelników notatki prasowe redakcji: Z Warszawy do Gdańska popłynie statek pełen gwiazd filmowych. Wprawdzie nazwiska tych gwiazd nie są jeszcze nikomu znane, ale cały statek, jego załoga i wszyscy pasażerowie wezmą udział w improwizowanej komedii filmowej pt. "Rejs", jako artyści amatorzy, z których każdy może stać się głównym bohaterem filmu.

Kandydaci tańczyli, śpiewali, grali na wszystkich możliwych instrumentach, a reżyser wybierał tych najmniej zdolnych. Piwowski - wspominał Stanisław Tym - zastosował naczelną zasadę realnego socjalizmu - selekcję negatywną. PRL to był raj dla nieudaczników i niedouków. Doświadczali najwyższych zaszczytów i pieniędzy. A skoro tak wyglądały peerelowskie hierarchie, to w filmie, który stał się zjadliwą satyrą na rzeczywistość PRL-u, gwiazdami mieli być ci najmniej utalentowani. Spośród osób, które zgłosiły się na casting, wybrano więc krawcową, niespełnionego poetę, ławnika sądu wojskowego będącego zagorzałym zwolennikiem kary śmierci oraz kilku niebieskich ptaków. Dziwnym trafem do obsady trafił także dziekan Wydziału Filozoficznego UW, światowej klasy logik Roman Suszko, który przyszedł na eliminacje tylko dlatego, że jego 15-letnia córka koniecznie chciała zagrać w filmie.

Rejs w górę Wisły co rusz napotykał trudności. Statek często osiadał na mieliźnie, wyjątkowo suche lato spowodowało bowiem, że poziom wody w rzece był bardzo niski. Dodatkowo w bufecie szybko skończyły się zapasy i z napojów alkoholowych pozostał jedynie likier orzechowy, więc trunkowe towarzystwo musiało robić częste wypady na brzeg w poszukiwaniu mniej zdradliwych napojów. Poza tym niezwykle trudnym zadaniem dla realizatorów okazało się zapanowanie nad ekipą i zapewnienie dyscypliny niezbędnej na planie filmowym, którym stał się statek. Jakby tego było mało, raz po raz uciekał ze statku, odnajdywano go w knajpach, izbach wytrzeźwień lub komisariatach milicji.

Jednak chaos na pokładzie, paradoksalnie, sprzyjał zamierzeniom Piwowskiego. Takie momenty, jak wybór rady rejsu czy zorganizowanie uroczystego występu ku czci kapitana, aktorom amatorom wydawały się zupełnie oczywiste, podobnie jak to, że kaowiec podczas prób wrzeszczy na nich, żeby "Sto lat" śpiewali z większą dozą optymizmu. Powaga i zupełny brak dystansu, z jakimi młody poeta zwany "Missisipi" opowiadał za pośrednictwem kaowca o swojej twórczości, prawdziwe łzy w oczach skrytykowanego śpiewaka, zaangażowanie pań ćwiczących chóralne śpiewy, dały nadzwyczajnie śmieszne sceny właśnie dzięki autentyzmowi. Bełkotliwy i zarazem przerażający monolog wojskowego sędziego był śmieszny właśnie dlatego, że "aktor" mówił własnym tekstem: Każdy może, prawda, krytykować, a mam wrażenie, że dopuszczanie do krytyki, panie, to nikomu... Mmmm... Tak, nie... Nie podoba się. Więc dlatego z punktu, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie. Tych naszych, prawda, punktów, które stworzymy.

p

Atmosfera chaosu i nieprzewidywalności sprzyjała improwizacji, ale jednocześnie robiła filmowi złą prasę. Reporterzy "Expressu Wieczornego" na bieżąco komentowali produkcję filmu, pytając dramatycznie: Czy "Rejs" dopłynie do kina? Antoni Bohdziewicz, szef zespołu filmowego, w pewnym momencie wycofał się z artystycznej opieki nad filmem, lojalnie jednak pozwolił Piwowskiemu na dokończenie obrazu.

W końcu, po trzech miesiącach zdjęć i trudnym montażu, Piwowski miał ponad trzygodzinny obraz, który na zamkniętym pokazie zobaczyli i niezwykle ostro skrytykowali przedstawiciele środowiska filmowego. Wady dzieła, takie jak nierówność, brak dramaturgii czy niekonsekwencje akcji, dostrzegał nawet sam reżyser, dlatego przemontował obraz, usuwając sceny z udziałem profesjonalnych aktorów (Pokora jest w filmie niemal niewidoczny, Jolanta Lothe i Czerwińska nie wypowiadają ani jednego słowa, Dobrowolski pojawia się tylko w jednej scenie). Po wprowadzeniu zmian osią fabularną filmu stały się przygotowania do uroczystości na cześć kapitana. Obraz został oceniony bardzo nisko. Na prośbę Jolanty Lothe członkowie komisji kazali reżyserowi usunąć scenę ukazującą imponujący biust aktorki, jak stwierdzono, scena ta nie miała żadnego artystycznego uzasadnienia. Cięć domagano się także ze względu na zachowanie poprawności politycznej.

Zalecono - jak głosiła notatka z posiedzenia komisji, w którym uczestniczył wiceminister kultury i sztuki Czesław Wiśniewski - następujące poprawki: - usunąć scenę "salonowca"; - skrócić sekwencję "sto lat", eliminując pokrzykiwania instruktora: "weselej", "optymistycznie"; - usunąć zbliżenie masek karnawałowych. Piwowski wspólnie z Głowackim zdołali jednak przekonać Wiśniewskiego, powołując się na jego słowa wyrażone w wywiadzie prasowym, że jest człowiekiem o dużym poczuciu humoru i jako taki nie powinien oponować wobec sceny gry w dupniaka, czyli salonowca, która jest tylko sztubackim żartem i nie ma w niej żadnych aluzji. Ostatecznie (wykonano tylko dwie kopie) w kinach studyjnych i dyskusyjnych.

p

W zamierzonych improwizacjach rewelacyjnie sprawdziła się . Wystarczyło, że reżyser dał im ramę fabularną scenki, a oni wypełniali ją stworzoną na poczekaniu treścią. Tak jak wtedy, gdy Himilsbach przychodzi na skargę do rodziców chłopca niesłusznie podejrzewanego o kradzież kiełbasy: Przepraszam państwa - to państwa? [...] Zachował się bardzo nieprzyzwoicie! Pozbawił mnie posiłku! [...] - Bardzo mi przykro. Inżynier Mamoń jestem. - Bardzo mi przykro - Sidorowski.

p

Choć recenzje w gazetach były miażdżące, wkrótce się okazało, że widzowie są innego zdania niż krytycy. Nieliczne projekcje "Rejsu" ściągały tłumy widzów, a bilety na film po raz pierwszy od czasów "Pana Wołodyjowskiego" stały się towarem czarnorynkowym. Reakcje publiczności były bardzo żywiołowe: wybuchy śmiechu, oklaski po każdej scenie, głośne recytowanie co trafniejszych kwestii. Z czasem zjadliwa satyra na rzeczywistość PRL-u według Piwowskiego obrosła w legendę. Im trudniej było zobaczyć obraz, tym chętniej o nim opowiadano. Cytatami z dialogów posługiwały się w rozmowach kolejne roczniki młodzieży.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj