p

Paul Kennedy*

Większości czytelników znane jest zapewne apokryficzne opowiadanie hinduskie o ślepych mędrcach, którym kazano dotknąć różnych części ciała słonia i opisać to, czego dotykają. Jeden z mędrców uderzył w szorstką nogę i oznajmił, że to musi być drzewo, drugi dotknął ogona i uparł się, że to wąż, itd. Żaden z nich nie potrafił wyobrazić sobie całego zwierzęcia. Większość uczonych - ja sam nie jestem tu bez winy - badających dzisiejsze zmienne warunki polityczne i ekonomiczne przypomina tamtych mędrców hinduskich o tyle, że skupia się na jednej z części całej sytuacji, ignorując (lub przynajmniej lekceważąc) pozostałe. Niektórzy gromadzą fakty, by udowodnić, że Chiny stwarzają nadzwyczajne możliwości inwestycyjne; inni utrzymują, że to ogromna, wciąż wzrastająca potęga militarna. Niektórzy naukowcy przestrzegają nas, że jesteśmy na krawędzi ekologicznego krachu, za to ich konserwatywni krytycy oznajmiają, że zgromadzone dowody są zbyt niejasne, by o nich w ogóle wspominać. Cóż mają zrobić biedni laicy?

W żadnym innym obszarze sporów nasza współczesna intelektualna wieża Babel nie wydaje się bardziej skłócona i zagubiona niż w obszarze globalizacji. To nie tylko wymiana ciosów między intelektualistami - całe partie polityczne, a nawet całe państwa spierają się, czy swobodna wymiana dóbr, kapitału, idei i ludzi jest korzystna, czy też stanowi śmiertelne zagrożenie.

W tej debacie można usłyszeć jedynie kilka umiarkowanych głosów. Zachęcani - jak można podejrzewać - przez swoich wydawców, autorzy skłonni są raczej przedstawiać bardziej skrajny czy raczej bardziej udramatyzowany obraz wypadków. Całkiem niedawno korespondent zagraniczny "New York Timesa", Thomas Friedman, wydał książkę zatytułowaną "Ziemia jest płaska: krótka historia zglobalizowanego świata w XXI wieku" ("The World is Flat: a Brief History of the Globalised World in the 21st Century"). Będąc pod wielkim wrażeniem rewolucji komunikacyjnej i swobodnego przepływu kapitału, wzmocnionym jeszcze przez wywiady z przedsiębiorcami działającymi w branży zaawansowanej technologii od Bostonu aż po Bangladesz, Friedman dowodzi, że globalizacja postępuje naprzód, czyniąc społeczeństwa bardziej "płaskimi" niż kiedykolwiek - to znaczy coraz bardziej podporządkowanymi zachodnim regułom wolnego rynku.

W tę debatę włączył się ostatnio kanadyjski filozof John Ralston Saul, ze swoją książką "The Collapse of Globalism and the Reinvention of the World". Saul - jako autor dzieł literackich i esejów - do swojej argumentacji wnosi szeroką wiedzę literacką i kulturową. Ma jednak własny wyraźny pogląd na sprawę i własne argumenty.

Czytelnik dobrze zrobi, jeżeli pominie komentarz na okładce: "Globalizacja - jak wiele innych geopolitycznych ideologii przed nią - umarła". Autor nie jest aż tak prymitywny. Dostrzega niektóre zjawiska przedstawiane przez Friedmana, na przykład fakt, że programiści w Bangalurze i kobiety pracujące przy taśmie produkcyjnej w fabryce Motoroli w Tajlandii zarabiają 10 razy więcej, niż ich rodzicie mogli kiedykolwiek marzyć. Saul wie, że w tej historii są zwycięzcy. Ale on sam pisze o przegranych, a dokładniej, o oporze przeciw globalizmowi i globalizacji. Dążenia, tęsknoty i wahania autora znajdują w końcu ukojenie w tym, co Hans Küng, wielki niemiecki teolog, opisał jako etykę globalną, która ma nam pomóc odnaleźć własną drogę w rumowisku XXI wieku. "Upadek globalizmu" to książka gniewna i mało wyważona, z powodów podobnych i zarazem całkiem odmiennych niż książka Friedmana. Każda z tych dwóch prac ukazuje inną część naszego globalistycznego słonia. Ze swej strony Saul dostrzega nie "spłaszczenie" świata, lecz coraz gwałtowniejsze zawirowania i nieład, coraz silniejszy opór i protest przeciw nieokiełznanemu kapitalizmowi, szczególnie w krajach rozwijających się. Jego zamiarem jest przestraszenie czytelnika nie tylko po to, by przyjął punkt widzenia autora, ale także by zaczął działać. Ta książka to rodzaj manifestu.

Reklama

Wiele rzeczy podoba mi się w nim i wiele jest dowodów wspierających argumentację Saula, który wykazuje, że z naszą planetą - z jej systemem ekonomicznym i społecznym, jak również z jej środowiskiem - jest bardzo źle. Gdyby czytelnik dokładnie przejrzał wspaniały album fotograficzny Dominique Reparant "Najpiękniejsze wioski Francji", odnalazłby tam zapierające dech w piersiach obrazy i jeden niezwykle uderzający szczegół - jak bardzo niewielu jest tam ludzi, jeśli nie liczyć starszych kobiet i zgarbionych weteranów. Świat współczesny wyssał populację z takich wiejskich, preindustrialnych i mało zaawansowanych technologicznie wspólnot. To samo dzieje się na szerokich równinach Nebraski, gdzie przetrwały tylko dwa miasta - Omaha i Lincoln, a ludzie mieszkający na wsi pogodzili się z koniecznością pokonywania 75 mil drogi do supermarketu. O ile stać ich na benzynę. Nie ma dobrych widoków na przyszłość - do tej pory tylko nieliczne regiony znalazły sposób na poradzenie sobie z tą implozją. A rewolucja Wal-Martu posuwa się naprzód...

Tymczasem daleko od starej Europy opór wobec globalizacji przybiera na sile. I to nie tylko w dotkniętych ubóstwem i recesją krajach rozwijających się. W jednym z ciekawszych fragmentów, rozdziale 22, Saul opisuje jak Nowa Zelandia z modelowego przykładu wolnorynkowego sukcesu zmieniła się w państwo rozdarte ekonomicznym kryzysem - i jak zaczęła wychodzić z tego kryzysu, wracając do systemu gospodarki mieszanej, w którym państwo pełni określoną rolę w zaspokajaniu podstawowych potrzeb obywateli. Członkowie Stowarzyszeń im. Adama Smitha na całym świecie oszaleją na samą myśl o tym. I jest raczej mało prawdopodobne, by Klausowi Schwabowi oraz przywódcom Światowego Forum Ekonomicznego w Davos spodobał się sposób, w jaki Saul opisuje reżyserowane przez nich doroczne przedstawienia entuzjastycznego globalizmu.

Jednak oburzenie autora wzbudza przede wszystkim to, co dzieje się w uboższych częściach świata - niedożywienie, AIDS, łamanie praw człowieka, ogromne różnice w dochodach, przerażające przykłady pracy dzieci, wzrastające zanieczyszczenie środowiska naturalnego, skorumpowane rządy w zmowie z fantastycznie bogatymi wielonarodowymi korporacjami, w których zarządzające grube ryby zarabiają więcej niż kiedykolwiek, nawet gdy usprawnienia w produkcji zawdzięczają krajom o taniej sile roboczej i zwalnianiu własnych pracowników. To jakby dawny "Przewodnik Socjalistycznego Robotnika" po planecie Ziemia. Anegdota goni anegdotę, statystyka statystykę. Czytelnik ma wrażenie, jakby dostał salwę całą burtą z HMS Victory.

Kontratak Saula skierowany przeciw entuzjastom globalizacji jest zdrowym odruchem. W sumie bliższe mi są jego zmartwienia niż optymizm spod znaku "Ziemia jest płaska". Wiele świadczy o tym, że stare i młode społeczeństwa, te z Północy i te z Południa, reagują gniewem na zachłanność Wall Street oraz pogodne prognozy ekonomistów ze szkoły chicagowskiej. Ale tempo tej książki nie daje wytchnienia, autor śpieszy od faktu do faktu i przypisuje sobie (zwłaszcza w zakończeniu) zbyt duże znaczenie. To nie jest współczesny odpowiednik "Economic Consequences of the Peace" Keynesa. I nie będzie się dobrze sprzedawać w Bangalurze.

Paul Kennedy

© "The Sunday Times"

przeł. Emilia Wrocławska

p

*Paul Kennedy (1945) - brytyjski historyk, specjalista w dziedzinie studiów strategicznych i stosunków międzynarodowych; obecnie wykładowca Uniwersytetu Yale. Zajmował się m.in. dziejami dyplomacji, historią II wojny światowej i imperium brytyjskiego; autor kilkunastu książek - najbardziej znana spośród nich to "Mocarstwa świata: narodziny, rozkwit, upadek" (wyd. pol. KiW, 1996).