Chłopiec nie może doczekać się powrotu do domu. "Paluszki już mnie tak bardzo nie bolą i chcę jechać do domu. Dostałem bardzo dużo zabawek, ale pod choinkę chciałbym jeszcze dostać samochód policyjny" - mówi Kacperek.
Lekarze jeszcze dziś pozwolą mu wyjść ze szpitala. Na zranioną rękę założyli mu gips. Są bardzo zadowoleni z postępów w leczeniu. "Mieliśmy kłopoty z jednym paluszkiem, ale teraz już jest lepiej i wszystko dobrze się goi. Chłopiec zaczął nawet wstępną rehabilitację" - opowiada chirurg Maciej Paruzel z trzebnickiego szpitala.
W piątek tydzień temu Kacperek z bratem Kamilem postanowili pomóc mamie. Chcieli porąbać drewno. Kamil chwycił siekierę, Kacper trzymał polano na pieńku. "Usłyszałam przeraźliwy krzyk chłopców, serce we mnie zamarło. Kiedy wybiegłam na podwórko, zobaczyłam przerażonego Kacperka, jak biegł do mnie bladziutki i rozdygotany z zaciśniętą rączką, a jego paluszki trzymały się tylko na kawałku skóry" - wspominała w rozmowie z DZIENNIKIEM Barbara Przybył, mama chłopców.
Lekarze ze Szpitala św. Jadwigi w Trzebnicy długo będą pamiętać ten dzień, gdy na izbie przyjęć zobaczyli bladego pięciolatka. Przytrzymywał dłonią zawinięte w gazę odcięte paluszki i prosił, by mu je przykleić. Co prawda nie przykleili, ale dokonali cudu, łącząc poprzecinane naczynia krwionośne w malutkiej dłoni. Bo były cieńsze niż najcieńszy wkład do długopisu.
Dziś mama Kacperka jest już spokojna. "Rodzina w domu szykuje Wigilię, dzwonią co chwilę pytając, co mają kupić i jak robić" - opowiada. "Kiedy wrócimy w sobotę, będzie jeszcze na pewno dużo pracy. Kacper już zapowiedział, że będzie ubierał choinkę, która jak co roku u nas będzie żywa, prosto z lasu" - dodaje.