p

Jürgen Habermas*

Ronald Dworkin - intelektualista zaangażowany

Było to we wrześniu 1983 roku, kiedy decyzję rządu federalnego o rozmieszczeniu rakiet w Mutlangen i w innych miejscowościach zwalczały blokady demonstrantów. Peter Glotz, ówczesny sekretarz generalny SPD, zaprosił mnie do Bonn na sympozjum dotyczące obywatelskiego nieposłuszeństwa. Po zaangażowanych przemówieniach podszedł do mnie Heinrich Böll i wskazując na przybyłego z Londynu amerykańskiego profesora, który nadał naszemu przedsięwzięciu argumentacyjnej siły i retorycznego blasku, zapytał: "Kto to właściwie jest?". Prawnicy usprawiedliwiający mocne obywatelskie nieposłuszeństwo należeli wówczas do rzadkości. Takim wyjątkiem był Ronald Dworkin. Jest on zjawiskiem niezwykłym zarówno w kręgu prawników, jak i filozofów, cieszy się świetną reputacją wśród intelektualistów swojego kraju, jest utalentowanym politycznym mówcą. Gdyby miał w sobie mniej wspaniałomyślności, geniuszu i ducha przekory, już dawno byłby sędzią Sądu Najwyższego w Waszyngtonie.

Jeżeli otworzą państwo wydaną niedawno książkę Ronalda Dworkina - "Justice in Robes" - to na pierwszych stronach znajdą historię o Oliverze Wendellu Holmesie, postaci legendarnej wśród amerykańskich sędziów. "Kiedy był sędzią w Sądzie Najwyższym, w drodze do pracy zabrał ze sobą do samochodu Learneda Handa [który później był nauczycielem Dworkina]. Hand - kiedy dojechali do miejsca, w którym chciał wysiąść - stanął na chodniku, pomachał ręką i krzyknął głośno za odjeżdżającym samochodem: >>Niech pan zadba o sprawiedliwość, sędzio Holmes<<. Holmes kazał szoferowi zatrzymać auto i zawrócić do zaskoczonego Handa, po czym wychylił głowę przez okno i powiedział: >>That's not my job<<. Potem samochód ponownie zawrócił i zawiózł Holmesa do pracy, która rzekomo n i e polegała na dbaniu o sprawiedliwość". Za pomocą tej historii Dworkin chce nam unaocznić kwestię, którą sam zajmuje się przez całe życie: jaki wpływ mogą (czy wręcz powinny) mieć, przekonania moralne sędziego na wydawane przez niego wyroki?

Oczywiście Dworkin zdaje sobie sprawę z faktu, że prawo i sprawiedliwość to dwie różne rzeczy. Ale czy sędziemu w todze wolno zupełnie ignorować wewnętrzne związki między prawem i sprawiedliwością? Czy może to czynić z własnej woli? Istotne jest tutaj pewne rozróżnienie, które omówię, odwołując się do wielkiego teoretyka społeczeństwa Niklasa Luhmanna.

Podczas gdy Niklas Luhmann opisuje system prawny z dystansu obserwatora-socjologa, a własne obserwacje prawnika i teoretyka prawa umieszcza w osobistych, wyraźnie oddzielonych uwagach, Dworkin rozwija teorie prawa z perspektywy uczestników, którzy w kwestiach spornych szukają sprawiedliwości i stosują prawo. Dworkin, w przeciwieństwie do wzięcia w nawias przez Luhmanna wszystkich uczestników, obstawał przy tym, że również socjolog, nim wycofa się na swoje obiektywizujące stanowisko, musi z punktu widzenia jednego z wirtualnych uczestników zrozumieć, o co w ogóle chodzi w praktyce sądowego orzecznictwa. Bez owego wcześniejszego hermeneutycznego spojrzenia sam sens systemu prawnego, czyli kwestia, co jest prawem, a co bezprawiem, pozostanie dla niego czarną magią.

Reklama

Jest rzeczą interesującą, że chodzi tu o coś znacznie poważniejszego niż tylko metodologiczny wybór między poglądami tej czy innej dyscypliny naukowej. Chodzi raczej o spór, jaki w przypadku pojęcia prawa toczą ze sobą prawnicy: czy można traktować prawo jako coś moralnie neutralnego? Jako że Ronald Dworkin i Niklas Luhmann udzielają - jako prawnicy, którymi są w pierwszym rzędzie - przeciwstawnych odpowiedzi na to pytanie, oddalają się od swojej pierwotnej dyscypliny w przeciwnych kierunkach. Obaj stworzyli wielkie i wpływowe teorie prawa i polityki, jeden z nich jako socjolog, drugi jako filozof. I obaj coraz bardziej oddalali się od siebie, ponieważ ich drogi rozeszły się już w punkcie wyjścia.

Chodzi o podejście do tradycji prawniczego pozytywizmu, który Luhmann akceptuje, a Dworkin zwalcza. Dworkin rozpoczął swoją karierę wywołującą sensację krytyką H.L.A. Harta, po którym zresztą przejął katedrę w Oksfordzie. Krytykę tę sformułował w 1977 roku w swoim pierwszym wielkim dziele "Biorąc prawa poważnie" i broni jej nadal w swoich najnowszych publikacjach przed ripostami, jakie odnaleziono w spuściźnie Harta. Pozytywizm prawniczy przyjmuje zmienność współczesnego prawa i trwałość medium prawnego. Ale jednocześnie podkreśla uwypuklone już przez Kanta formalne właściwości norm prawnych za cenę abstrakcyjnego oddzielenia prawa od moralności. Dworkin nie ma nic przeciwko rozróżnianiu tych dwóch rodzajów norm, ale nie zgadza się na moralną neutralizację prawa.

Dworkin jako student Harvardu zapoznał się z przemyśleniami, które później John Rawls opublikował w postaci swojej "Teorii sprawiedliwości". Wraz z tą sensacyjną publikacją bezprzedmiotowy stał się w filozofii analitycznej rozdział między wartościującą treścią sądów moralnych oraz rzekomo wolnym od wartościowania analizowaniem tych sądów. Od tego czasu filozofia anglosaska ponownie przyjęła założenie, iż wyroki moralne posiadają kognitywną zawartość, którą wolno krytykować i uzasadniać. Równie ważna była droga kantowskiego konstruktywizmu, na której Rawls dokonał rewolucji empirycznego sposobu myślenia. Właśnie na tej drodze bowiem Dworkin mógł wykrzesać ową rewolucyjną iskrę, bez popadania w jałowy spór między pozytywizmem i prawem naturalnym. Od tego momentu, by udowodnić moralną treść prawa w procesie jego stosowania, wystarczyło przyjąć kruche moralne stanowisko, według którego winni jesteśmy każdemu to samo poważanie i uznanie.

Jest rzeczą oczywistą, że sędzia pozostaje uzależniony od faktyczności obowiązującego, wprowadzonego przez ustawodawcę prawa oraz od tradycji dotychczasowego orzecznictwa. Bez bezpieczeństwa prawnego, a więc pewnej przewidywalności wyroków, prawo nie mogłoby bowiem spełnić swojej funkcji koordynowania działań i równoważenia rozmaitych oczekiwań. Z drugiej jednak strony sędzia nie może odwoływać się wyłącznie do przeszłości; musi także uwzględniać przekonujące standardy współczesności. Bez intersubiektywnie podzielanego założenia, że dany przypadek może zostać rozstrzygnięty "właściwie", załamałaby się cała praktyka orzecznictwa. W jaki sposób sędzia może to odniesienie do moralnych przekonań współczesności pogodzić ze zwróconym ku przeszłości odniesieniem do korpusu obowiązującego prawa? Nie wolno mu zawracać sobie głowy poszukiwaniem jedynego właściwego rozwiązania. Musi odważyć się na zinterpretowanie - z perspektywy pojedynczego przypadku - całego porządku prawnego jako zintegrowanej, ale zmiennej całości złożonej z zasad i reguł. Właściwe rozwiązanie odnaleźć można jedynie w wyniku konstruktywnego wysiłku, ponieważ odnośne zasady i reguły dopiero w wyniku uwzględniającej kontekst i konkretny przypadek argumentacji mogą zostać ułożone w odpowiednim porządku.

Tę odkrywczą myśl o zorientowanej na pryncypia wykładni prawa Dworkin rozwinął w swoim wydanym w 1983 roku dziele "Law's Empire" ("Imperium prawa") pod dwuznacznym hasłem "integracji". Dworkin nie ma zamiaru jedynie przeciwstawiać hermeneutycznych poglądów błędnemu modelowi stosowania prawa. Nie chodzi mu wyłącznie o holistyczne spojrzenie na spójność porządku prawnego. O "integracji" porządku prawnego możemy mówić dopiero wtedy, gdy moralne treści zasad prawnych powiązane są ze sobą w takim stopniu, że za sprawą tej całości legalność każdego wyroku otrzymuje moralną premię zgodności z prawem. To jest właśnie przypadek, kiedy "prawa brane są poważnie", a więc przypadek, kiedy w państwie demokratycznym prawa człowieka uważa się za podstawowe. Prawa człowieka nadają bowiem moralną treść formie praw indywidualnych. Moralne treści, w postaci praw podstawowych, uzyskują siłę obowiązywania prawa pozytywnego. I w ten sposób przenikają one i impregnują cały porządek prawny.

Taki pogląd zmusza Dworkina do walki na dwóch frontach. Walczy on nie tylko ze zwolennikami prawnego pozytywizmu, którzy neutralizują moralne treści prawa, ale z prawnymi realistami, którzy przystosowują prawo do polityki i używają go jako kolejnego instrumentu kształtowania przyszłości. Dworkin broni normatywnej trwałości medium prawnego przeciwko próbie narzucenia prawu roli narzędzia organizującego władzę państwową. Kto poważnie traktuje prawa, ten nie powinien zastanawiać się nad niepożądanymi konsekwencjami i po prostu podporządkowywać programy warunkowe, jak określiłby to Luhmann, programom docelowym. W obliczu inflacyjnego podejścia do "dóbr prawnych" Dworkin obstaje przy kategorialnym rozróżnieniu między normami i dobrami. Jeżeli prawa indywidualne mają zachować (wobec wciągającego je wiru utylitarnego szacowania konsekwencji) swoją deontologiczną rolę ochronnych powłok, muszą mieć wystarczającą siłę, by każdorazowo przebijać się na poziom wyższy niż kolektywne wytyczanie celów. W pełni ukształtowana teoria prawa Dworkina jest rzecz jasna jedynie punktem wyjścia szeroko zakrojonego, zakorzenionego w etyce i sięgającego filozofii politycznej dzieła, które dociera do samej teorii poznania. Uznanie Dworkina (jako filozofa) za teoretyka prawa oznacza tyle, co pomylenie Luhmanna - teoretyka społeczeństwa - z socjologiem prawa. Już wcześniejszy, opublikowany w 1978 roku, esej na temat liberalizmu pozwala na dostrzeżenie szerszego filozoficznego kontekstu. Dworkin od samego początku chciał umieścić filozofię polityczną i filozofię prawa na wspólnym, obszernym fundamencie. Podstawowe pojęcia i sposoby postępowania demokratycznego państwa prawa tworzył z substancji i wojowniczego ducha etycznego liberalizmu.

Arystotelik Dworkin nie obawia się antropologicznego uzasadnienia sprawiedliwego porządku politycznego. Właściwy obraz człowieka nosi estetyczno-ekspresywne ślady osoby twórczej, która poczuwa się do obowiązku uczynienia z własnego życia czegoś sensownego. Zaczynamy od poglądu, że każdy jest odpowiedzialny za kształt własnego życia. Kant nie ma tu ostatniego słowa. W dniu Sądu Ostatecznego musimy zdać rachunek, ale nie zawiera on w pierwszym rzędzie ran, które zadaliśmy innym, lecz zaprzepaszczone możliwości własnego, kształtowanego w niewłaściwy sposób życia. Poszanowanie innych uzasadnia się samo przez się za sprawą generalizacji tego obowiązku: "Nasza odpowiedzialność i rozmaite zobowiązania wobec innych wypływają z tej osobistej odpowiedzialności za własne życie. Tylko w przypadku specyficznych ról i okoliczności - przede wszystkim politycznych - ta odpowiedzialność wobec innych zawiera w sobie kryterium bezstronnego spojrzenia na siebie i innych".

Przewaga wolności etycznej pojedynczego członka społeczności nad moralno-polityczną wolnością obywatela państwa wyjaśnia tę interesującą różnicę między koncepcjami Rawlsa i Dworkina dotyczącymi sprawiedliwości dystrybutywnej. Socjaldemokrata Rawls uważa za zgodną z prawem w społeczności kapitalistycznej tylko taką dozę społecznej niesprawiedliwości, jaka może być zaakceptowana przez dotknięte nią klasy ze względu na ich własny interes. Dworkin natomiast w swojej ambitnej książce "Sovereign Equality" wydanej w 2000 roku rozwija socjalliberalną teorię sprawiedliwości dystrybutywnej. Ponieważ osobista wolność osób prywatnych znajduje się w centrum, każdy sam ponosi ryzyko wyboru życia, jakie chce prowadzić. Równość szans zagwarantowana jest tym, że wszyscy na początku posiadają te same zasoby i poprzez udział w pewnego rodzaju licytacji szukają równowagi między życiem bardziej lub mniej kosztownym. Z punktu widzenia równości zasobów niezawinione deficyty wynikające z okoliczności życiowych albo struktury genetycznej wymagają kompensacji. Ta bardzo wyrafinowana metoda doświadczalna zdobyła spore uznanie wśród ekspertów.

Nie można pominąć jeszcze jednej cechy charakteryzującej tego nader żywotnego człowieka. Mam na myśli aktywność intelektualisty, który od wielu dziesięcioleci wypowiada się w "New York Review of Books" i w prestiżowym "Law Review" w sposób rzeczowy i elokwentny na tematy poruszające całe społeczeństwo. Wyjątkowe połączenie argumentacyjnej bystrości i retorycznej elegancji zawdzięcza on także wcześniejszemu szkoleniu adwokackiemu. Jako obywatel i intelektualista Dworkin nie ma już rzecz jasna żadnych klientów, których musi bronić. Włącza się do debaty z własnej inicjatywy - także wtedy, gdy widoki na sukces są niewielkie.

W amerykańskiej debacie publicznej od lat 60. niemal nie było istotniejszej kontrowersji politycznej, która nie sprowokowałaby Dworkina do postawienia przeciwników w obliczu dobrze przemyślanych argumentów - czy chodziło o akcję afirmatywną, aborcję, pornografię, wolność prasy, "mowę nienawiści", eutanazję, czy też o podejrzanych kandydatów do Sądu Najwyższego albo jego ekscentryczne wyroki, które (jak w przypadku sporu Gore kontra Bush) raczej nadwerężają konstytucję niż ją chronią. W dysputach tych Dworkinowi jako prawnikowi sprzyja fakt, że w kulturze jego kraju spory polityczne przekształcają się w sprawy sądowe.

Jednak już sama teoria tego prawnika i filozofa tworzy - jeżeli we fragmentach obowiązującego prawa odnajduje ów system praw, który chciałby urzeczywistnić - łącznik z praktyką zaangażowanego intelektualisty. Już same smutne fakty dotyczące aktualnego stanu prawnego są zdradą wobec aspiracji do ustanowienia dobrze rozumianych rządów prawa. W tym kontekście Dworkin mówi o "aspirational concept of law" ("pojęciu prawa opartym na aspiracjach"). Widać w tym bardzo amerykański patriotyzm, którego namacalny impuls inny amerykański filozof, Richard Rorty, sprowadził do jednego określenia: "achieving our country" ("osiągnąć cele naszego kraju"). Ronald Dworkin swoją ostatnią książką ("Is Democracy Possible Here?", wydaną w 2006 roku) dał poruszające świadectwo tego brechtowskiego impulsu ulepszenia własnego kraju.

Ta niewielka książka rozpoczyna się wyznaniem: "Polityka amerykańska znajduje się w strasznym stanie". Początek jest tak sformułowany dlatego, że autor pragnie wskazać sposób wyjścia z zastraszającej polaryzacji między obozami religijnej prawicy i zmarginalizowanego lewicowego liberalizmu. Dworkin nie zapiera się oczywiście swojej roli jako adwokata strony liberalnej, ale broni tej sprawy niczym prezenter, który najpierw cierpliwie dopuszcza obie strony do głosu, by dopiero później przypomnieć im źródło wspólnych wartości.

Nie pomija najbardziej nawet kontrowersyjnych kwestii. W sposób bezkompromisowy rozpatruje sprawę Guantanamo - kwestię terrorystycznych zagrożeń i owych tortur, które bagatelizowane były jako "coercive interrogation" ("przesłuchiwanie pod przymusem"); dyskutuje o państwowych interesach w sferze bezpieczeństwa i atakach na indywidualne wolności obywatelskie, o karze śmierci i utylitarnym podkopywaniu prawa karnego, o fundamentalizmie religijnym i światopoglądowej neutralności państwa, o małżeństwach homoseksualistów i stosunku wiary biblijnej do autorytetu nauki. Omawia neoliberalną politykę gospodarczą oraz kwestię społecznej sprawiedliwości, problem państwa socjalnego jako prawomocnego warunku demokracji oraz niszczenie politycznej opinii publicznej przez władzę mediów należących do prywatnych koncernów. Tym razem jednak jego argumentację charakteryzuje to, że jako patriota odwołuje się - ponad bardzo głębokimi przepaściami - do wspólnej kultury politycznej. Do przeciwników apeluje w tonacji "We Americans" - by nie zapomnieć o lepszej części narodowych wartości.

Wiem, jak bardzo mnie samego nęcą polemiki w tego rodzaju napiętych sytuacjach. Nie będę zatem ukrywał podziwu dla intelektualnej formy tej nawołującej do konsensusu interwencji, która nawet w obliczu zaciekłych przeciwników nie chce zrywać nici dyskursywnego sporu. Ślepa wiara w nienaruszalność własnej kultury politycznej jest z pewnością niebezpieczna; ale w uzasadnionych przypadkach jest ona wyrazem dojrzalszej tradycji demokratycznej.

Jürgen Habermas

przeł. Viktor Grotowicz

p

*Jürgen Habermas, ur. 1929, filozof, najważniejszy intelektualny spadkobierca szkoły frankfurckiej i jeden z najbardziej wpływowych dziś zachodnich myślicieli. Jest twórcą teorii "działania komunikacyjnego". W Polsce wydano m.in. jego "Filozoficzny dyskurs nowoczesności" (2000), "Przyszłość natury ludzkiej. Czy zmierzamy do eugeniki liberalnej?" (2003), "Teorię działania komunikacyjnego" (1999-2002) oraz "Faktyczność i obowiązywanie" (2005). Fragment jego ostatniej książki "Zwischen Naturalismus und Religion" ("Między naturalizmem a religią", 2005) opublikowaliśmy w "Europie" nr 11 z 15 marca ub.r., a ostatnio w nrze 48 z 2 grudnia ub.r. ukazał się tekst "Poszerzanie horyzontów".